12 najlepszych książek
Ostatnio poproszono mnie o pomoc w wyborze dwunastu książek z całego dorobku literatury światowej, które każdy powinien przeczytać. Zastrzeżenie było jedno: miały to być książki dla przeciętnego czytelnika. Zadałem sobie pytanie: Kim jest przeciętny czytelnik? Bo przecież nie jest to takie oczywiste. Z przeciętnym czytelnikiem kojarzą mi się zarówno kwiaciarka, która jednym tchem czyta Panią Bovary i różowe harlequiny, jak i student politechniki, który, dajmy na to, w wolnych chwilach pożera zbiór felietonów Clarksona, a poza tym zna na pamięć wszystkie kryminały Chandlera. Wychodząc z tego założenia, łatwo dojdzie się do wniosku, że o ile stereotypowa kwiaciarka, choćby zżerała ją nuda, nie zaczyta się w felietonach Clarksona, ale w kryminałach Chandlera być może już tak, o tyle student niehumanista z pewnością nie tknie żadnego harlequina, ale może – od biedy – przeczyta chociaż Panią Bovary.
Z takiego rozumowania nie wypływają oczywiście żadne mądre wnioski. Zastanowiłem się wobec tego, czym ów kanon dwunastu lektur dla przeciętnego czytelnika miałby się różnić od kanonu lektur do liceum. Zajrzałem na stronę Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, aby przypomnieć sobie, jak wygląda obowiązujący kanon lektur dla liceum. Wybór literatury powszechnej dla poziomu podstawowego okazał się bardzo skromny (zaledwie osiem pozycji), z czego można wyróżnić między innymi: Cierpienia młodego Wertera, Jądro ciemności czy Wybór pieśni Horacego. Nie ulega wątpliwości, że tak skonstruowany kanon ma na celu sformułowanie i utrwalenie pewnego kodu kulturowego, którym – wedle założeń Ministerstwa – powinien posługiwać się przeciętny polski absolwent szkoły ponadgimnazjalnej. Niepisaną tajemnicą jest to, że w kanonie znalazły się takie książki, po które (najprawdopodobniej) przeciętny polski uczeń szkoły ponadgimnazjalnej z własnej woli nigdy by nie sięgnął.
A nie sięgnąłby dlatego, że są to pozycje trudne w lekturze, a przez to, jak zapewne wyraziłby się niejeden licealista: po prostu nudne. Rzecz jasna, należy wziąć poprawkę na to, że określenie „trudne w lekturze” jest jak najbardziej względne – trudne jak dla kogo. Pan Tadeusz może okazać się skomplikowany choćby ze względu na archaizmy i dużą ilość partii opisowych, może być lekturą nieprzystępną dla przeciętnego gimnazjalisty, mdłą dla licealisty i pasjonującą dla studenta (mówię z autopsji). Potwierdzają to zresztą słowa Patrona naszego portalu, Eligiusza Szymanisa, który z poczuciem oczywistości mawiał, że Pana Tadeusza powinno się czytać dopiero na studiach, a najlepiej po „trzydziestce”.
Jeśli jednak zgodzimy się z wnioskiem, że w światowym kanonie najlepszej literatury istnieją zarówno takie pozycje, które bez względu na wiek, wykształcenie, poziom inteligencji emocjonalnej czytelnika można nazwać „trudnymi w lekturze”, jak i takie, które, z różnych względów, są „łatwe w lekturze”, dojdziemy do wniosku, że w wyborze dwunastu książek dla przeciętnego czytelnika muszą się znaleźć książki jednocześnie mieszczące się w światowym kanonie najlepszej literatury (a więc: uznane za dobre, ambitne, wielokrotnie interpretowane, mające wielu entuzjastów, wielokrotnie cytowane itd.) i „łatwe w odbiorze” (czyli „po prostu ciekawe”).
Pozostaje ostatnia wątpliwość: co to znaczy, że dla przeciętnego czytelnika książka jest „ciekawa”? Bo trzeba się zgodzić, że książka „łatwa w lekturze” niekoniecznie musi być dla każdego „ciekawa”. Przejrzysta linia narracji, utrzymany w ramach popularnych konwencji styl, brak kluczowych dla zrozumienia treści odniesień intertekstualnych, logicznie skonstruowana fabuła – między innymi te cechy mają wpływ na łatwość odbioru tekstu, ale czy faktycznie czynią książkę atrakcyjną?
W poszukiwaniu odpowiedzi na powyższą wątpliwość odwołałem się do postaci, która w moim odczuciu stanowi zaprzeczenie przeciętnego czytelnika, mianowicie do Jacques’a Derridy. W pamięci zapadł mi opublikowany w Acts of Literature wywiad (znany jest w Polsce pod tytułem: Ta dziwna instytucja zwana literaturą) przeprowadzony z Derridą. W rozmowie francuski filozof (bez najmniejszych ogródek) oznajmia, że czytaniem literatury, dla samej przyjemności czytania, nigdy się właściwie nie zajmował i tylko w młodości zdarzało mu się czerpać przyjemność z podążania za fabułą, a to za sprawą „naiwnych utożsamień” (z bohaterami z książek). Warto podkreślić, że „naiwne utożsamienia” nabierają w ustach Derridy zabarwienia skrajnie pejoratywnego, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że autor Positions ma żal do samego siebie, że kiedyś zdarzyło mu się (nieopatrznie) utożsamić z jakimś bohaterem literackim.
Trudno powiedzieć, z jakim bohaterem utożsamił się niegdyś Jacques Derrida, o wiele łatwiej – z jakim mógłby się utożsamić przeciętny czytelnik. Z dużą dozą pewności można chociażby stwierdzić, że przeciętny czytelnik raczej nie utożsami się z narratorem Łaskawych Jonathana Littela – Maximilianem Aue – który jest oficerem SS, erudytą, dekadentem i homoseksualistą. Bardziej prawdopodobne, że utożsami się z Emmą Bovary czy Julianem Sorelem, bo oni są – by posłużyć się terminologią marksistowską – jednostkami typowymi i reprezentują dążenia właściwe grupom społecznym, do których należą. Przeciętnemu czytelnikowi nietrudno będzie się również utożsamić z bohaterami wyidealizowanymi, funkcjonującymi w świecie opartym na ściśle dychotomicznych podziałach. Potwierdza to niesłabnąca popularność na przykład Trylogii Sienkiewiczowskiej albo Trylogii Tolkienowskiej (i niech to zestawienie nie będzie przypadkowe).
Co więcej, można również stwierdzić, że przeciętnego czytelnika nie będą obchodziły zagadnienia, które fascynują Derridę. Taki odbiorca będzie więc unikał, przejawiających się w rozmaitych eksperymentach literackich i grach, pytań o to, czym jest literatura, jak literatura działa itd. Wspomniane gry i eksperymenty zakłócają bowiem swobodny odbiór fabuły książki, zmuszają do refleksji nad sensem i sposobem konstrukcji lektury, co z perspektywy przeciętnego czytelnika jest bezzasadnym zawracaniem głowy. Jeśli Derrida czytał książki po to, by dowiedzieć się czegoś o literaturze, to przeciętny czytelnik będzie je czytał, aby dowiedzieć się czegoś o życiu, bo dla przeciętnego czytelnika interesująca literatura jest „namiastką życia” i tym większą jest „namiastką”, im bardziej przypomina rzeczywistości czytającego.
Wychodząc z powyższych założeń, dokonałem wyboru dwunastu książek, które według mnie mogłyby zainteresować przeciętnego czytelnika. Oto one:
1. Odyseja Homera;
2. Makbet Szekspira;
3. Don Kichote Cervantesa (wybrane fragmenty);
4. Niebezpieczne związki Choderlos de Laclosa;
5. Czerwone i czarne Stendhala;
6. Pani Bovary Flauberta;
7. Łagodna Dostojewskiego;
8. Dzika kaczka Ibsena;
9. Wzgórza jak białe słonie Hemingwaya (ze zbiorów opowiadań);
10. Rok 1984 Orwella;
11. Sto lat samotności Marqueza;
12. Antygona w Nowym Yorku Głowackiego.
W ramach krótkiego komentarza mogę jeszcze dodać, że starałem się ze wszystkich sił, aby mój wybór był możliwie przekrojowy, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wiele epok literackich, czy też prądów, nie posiada swoich reprezentantów. W wyborze nie ma chociażby żadnej pozycji reprezentującej epokę romantyzmu. Przyznam się, że w początkowej fazie ustalania kanonu bez wahania, niemalże intuicyjnie, zamieściłem pierwszą część Fausta Goethego. Co więcej, mając na względzie mój niegdysiejszy zachwyt nad Wolterem, w wyborze znalazły się również fragmenty Traktatu o tolerancji. Poważnie myślałem również o Kwiatach zła Baudelaire’a.
Okazało się jednak, że powyższe trzy książki nie mogą zainteresować przeciętnego czytelnika. Z pewnością jest tak, że o wiele łatwiej zdefiniować przeciętnego czytelnika poprzez stwierdzenie, czego na pewno nie będzie chciał czytać niż poprzez stwierdzenie, co na pewno chciałby czytać.
A czy precyzyjne zdefiniowanie przeciętnego czytelnika jest w ogóle możliwe i, co za tym idzie, czy jest sensowne (praktyczne)? Tego, szczerze mówiąc, wciąż nie wiem.
Artur Hellich
14 komentarzy »
Skomentuj!



























Wielki szacunek za ten tekst, przede wszystkim za świetnie, logicznie poprowadzoną metodę dowodzenia w tak niełatwym przecież temacie.
Miałbym tylko jedną wątpliwość: co sądziłbyś o przeciwstawieniu Balzac vs Stendhal? Bo proza tego pierwszego bardziej by może okazała się przystępna dla „przeciętnego czytelnika” (jeżeli za takowego przyjmiemy konstrukt w Twoim artykule). Powieści Stendhala biorą jednak na początku trochę rozbiegu i w tym sensie wymagają nieco lekturowego samozaparcia. Można by się zastanawiać, co bardziej by zagrało w odbiorze: romantyczna uczuciowość Sorela czy problematyka społeczna u Balzaca (patrz słynny monolog Vautrina, który praktycznie nikogo nie pozostawia obojętnym). W tym przynajmniej punkcie rozumiem, dlaczego kazano nam czytać „Goriota” zamiast „Czerwonego i czarnego.”
Gratuluję i pozdrawiam
Dzięki za miły komentarz, szczerze mówiąc spodziewałem się raczej negatywnej recepcji z Twojej strony :)
Zgadzam się najzupełniej z tym, że Stendhal nabiera rozbiegu i z tego względu wymaga lekturowego samozaparcia. Ale z drugiej strony, czyż podobnego samozaparcia nie wymaga przedzieranie się przez pochodzące z nadmiernej dbałości o milieu opisy u Balzaca? Nie wiem, chyba czerpałem z własnych doświadczeń i Stendhal po prostu bardziej mnie kiedyś wciągnął, ale nie zdziwiłbym się, gdyby Twoja intuicja była lepsza.
Przyznam, że większy dylemat miałem z Flaubertem, jeśli już znaleźliśmy się przy realizmie…
Pozdrawiam
Bardzo dobry tekst! Też serdecznie gratuluję. Na szybko może wybrałbym inne pozycje, ale … nie bardzo umiałbym usunąć jakąkolwiek z zaproponowanych! Chylę czoła. A „Wzgórza…” – nie wiem, czy same z siebie, czy postkunderowska to miłość, ale od tego opowiadania powinni zaczynać wszyscy „humaniści” w liceach.
Dziękuję!
„Postkunderowska to miłość” – i o tym Autorze myślałem długo i namiętnie… „Coś za coś”, jak mawiał Jerzy Grzegorzewski, gdy mu zarzucano, że scenografia zasłania aktorów. Tworzenie kanonów jest pełne okrutnych dla filologa dylematów.
Pozdrawiam
„Postkunderowska…” – bo ten Autor bodajże w „Zdradzonych testamentach” (choć pewien nie jestem w tym momencie) rewelacyjnie odnosi się do „Wzgórz..”. Anegdota z Grzegorzewskim – pyszna. pozdrawiam serdecznie.
Ciekawy tekst. Jednak widzę, że zaproponowane lektury pokrywają się raczej z kanonem licealnym i nie ma tu nic nowego. I dlaczego „Łagodna” Dostojewskiego, a nie – pozostańmy już przy klasyce – „Zbronia i kara” albo „Idota”? Za długie?
Dziękuję za komentarz. Wydaje mi się, że o wielu lekturach mówi się na zajęciach z j. pol., ale raczej się ich nie czyta. Z tego, co mi wiadomo, lekturą jest „Makbet” i „Dzika kaczka”. O „Odysei”, „Don Kichocie”, „Czerwonym i czarnym” i „Pani Bovary”, „Roku 1984″ i „Stu latach samotności” wspomina się więcej lub mniej, w zależności od poziomu nauczania. „Łagodna” była lekturą kiedyś, dziś Dostojewski kojarzy się licealistom tylko ze „Zbrodnią i karą”. O pozostałych pozycjach zasadniczo nie mówi się wcale.
Dlaczego „Łagodna”? Być może dlatego, że – jak pisał sam Dostojewski – to dzieło „najrealniejsze i najprawdziwsze ze wszystkich, które napisał”.
Pozdrawiam
PS: Długość książki też jest, niestety, dość istotnym kryterium przy takim wyborze.
Nie jestem kobietą i ciężko mi powiedzieć, jak płeć piękna odbiera tę książkę, ale każdy chłopak powinien przeczytać „Trzech muszkieterów”!
O to, to :) Z tym, że taka lista to byłby temat na zupełnie inny artykuł. (Arturze… ?)
(Piotrze… ?)
:)
Ejj no, prawdziwy chłopak odpowiada na wyzwanie, a nie je zrzuca na kogoś innego :P
Artur zaaplikowałeś dla przeciętnego czytelnika jakieś cegły, lektury obowiązkowe, starożytna Grecja i do tego stare, anachroniczne i nie przystające do rzeczywistości. Może tak trzeba aby być przeciętnie wykształconym człowiekiem. A może trzeba zaproponować coś nowoczesnego, ze świata wyobraźni coś po co może z przekory sięgnie ten przeciętny człowiek. 50% populacji w Polsce nie czytało ani jednej książki w 2010 roku, straszna i przerażająca informacja, otaczają nas dresiarze, kibole jakieś po tatuowane ludzie. Jestem przeciw tolerancji.
12 książek : Antoine de Saint-Exuperi: Twierdza, Stephen King Mroczna Wieża, 8 tomów to już mamy 9, dodał bym jakąś powieś Jacek Londona np: Eden, obowiązkowy Witkacy Nienasycenie, i na koniec coś Lema. To jest literatura dla przeciętnego człowieka. Zgadzasz się? Być może Ty już stosujesz egocentryzm i miarę nad literata. Aczkolwiek artykuł przeczytałem z zainteresowaniem , bije z niego nadzieja dla przyszłości.
Na pewno nie zgodzę się, że lektury, które podałem, są anachroniczne i nieprzystające do rzeczywistości :) Wszystkie traktują o tematyce uniwersalnej, więc są zawsze aktualne, problemem jest tylko (a może aż) to, że są osadzone w nieaktualnych realiach i czasem trudno je odnieść do współczesności. Żadna z nich nie jest napisana trudnym językiem i nie jest szczególnie skomplikowana w odbiorze, więc teoretycznie wszystkie nadają się do lektury dla przeciętnego czytelnika. Pytanie jest tak naprawdę o kanon, czy kanon powinien skupiać lektury potencjalnie najatrakcyjniejsze lekturowo, czy może najwartościowsze? Prawdopodobnie podane przez Pana lektury są atrakcyjniejsze lekturowo dla przeciętnego czytelnika, ale mam wątpliwości, czy są najwartościowsze. Więc zgadzam się, to jest „literatura dla przeciętnego człowieka”, ale nie jest to kanon. Bo kanon nie ma zachęcać do czytania w ogóle, ale ma zachęcać do czytania tego, czego nikt sam z siebie nie przeczyta (a powinien), a do Kinga czy Lema nie trzeba zachęcać – trudno zliczyć wszystkie wydania (ludzie czytają to po prostu sami z siebie).
Pozdrawiam całą Rodzinkę :)
Artur
Po dodatkowej argumentacji zgadzam się z Twoim kanonem. Dzięki za pozdrowienia.