Dlaczego nie można wierzyć Tomaszowi Mannowi?
Wyobraźcie sobie nieprzeciętnego cwaniaczka, który obraca się w towarzystwie (oczywiście: w odpowiednim towarzystwie) niczym słynny Nikodem Dyzma, urokiem osobistym nie odstaje od Leonarda DiCaprio z filmu Catch me if you can i jest przy tym nie mniej sympatyczny niż Franek Dolas, który, jak wiadomo, rozpętał drugą wojnę światową. Ponadto niesłychanie przebojowy, wygadany, elokwentny, bystry jak potok w Himalajach i tak zakochany w sobie, że Maciej Maleńczuk to przy nim święty Aleksy.
Oczywiście przesadzam, ale usprawiedliwia mnie to, że jestem świeżo po lekturze ostatniej powieści w dorobku Tomasza Manna – Wyznań hochsztaplera Felixa Krulla, a tam przesada jest na porządku dziennym. Wszystko za sprawą tytułowego bohatera Felixa, o którym trzeba jeszcze powiedzieć, że jest piekielnie stary. Tak stary, że w każdej chwili może umrzeć. Swe pełne niewiarygodnych przygód życie, jak to przychodzi w udziale narcyzom wszelkiego autoramentu, przepędził samotnie. Żył chwilą, żył okazją i nie miał czasu na oglądanie się za siebie. Wolał tworzyć historie niż je powtarzać.
Jednak po wielu latach hochsztaplerskich praktyk, będąc już jedną nogą w grobie, Felix uznał, że warto by było spisać swoje dzieje. Zasiadł więc do biurka i zabrał się do pisania w pierwszej mierze i głównie dla własnej rozrywki i zatrudnienia, choć ukradkiem, jak gdyby zerkając kącikiem oka, zwracając przy pisaniu odrobinę uwagi także i na czytelnika. „Pyszna zabawa – jak pisze Redakcja PiW-u w 1957 roku – pospolity goguś, bon viveur i eks-kelner — (a więc prawdziwa twarz Felixa Krulla) — pisze o swych przygodach pamiętnikarskim stylem dyplomatów z Wilhelmstrasse”. Wiele prawdy w tym stwierdzeniu, ponieważ Felix nie jest tak naprawdę nikim szczególnym, ot – kolejny mieszczuch z nader spuchniętym ego, co więcej, nawet jego przygody nie są w gruncie rzeczy aż tak nieprawdopodobne, jak można by sobie wyobrazić. Prawdziwe hochsztaplerstwo Felixa ujawnia się dopiero w opisie, w nad wyraz umiejętnym przedstawieniu perypetii swego życia.
Felix jest wiarygodny, bo wyjawia czytelnikowi również te mniej chwalebne zdarzenia z przeszłości. Za każdym razem jednak z finezją godną najwytrawniejszego pyszałka bagatelizuje swe przywary i potknięcia oraz akcentuje zalety i sukcesy. Pudruje tam gdzie trzeba i podkreśla szminką całość. Jest, jak powiedziałby Baudelaire, człowiekiem miasta: nie obawia się poprawiać natury, gdyż pragnie być kulturalny.
Gdy zatem wspomina swe młodzieńcze spotkanie z komisję wojskową, wstydliwe dla niego fakty natychmiast komentuje, aby lepiej wypaść w oczach czytelnika. Pisze więc o tym, jak to z nerwów zaczął drżeć, co natychmiast zarzucił mu starszy lekarz sztabowy: „Czyście nerwowi? Czemuż to drgacie i podrzucacie tak łopatkami? Istotnie – komentuje Felix w poniższym akapicie – od kiedym tu stał, odruchowo, ni stąd, ni zowąd, wprawiałem w sposób nie natarczywy, nie mniej ponawiający się często i sprawiający osobliwe wrażenie, w drganie ramiona, co z jakiegoś powodu wydało mi się wskazane”.
Tego rodzaju kuglarskich popisów jest w Wyznaniach hochsztaplera Felixa Krulla mnóstwo. Do historii literatury przeszła również scena z madame Houpflé, perwersyjną autorką książek, „qui sont énormément intelligents”, jak sama twierdzi. Bardzo wiele zyska Felix, dając się całować „po malutkich gwiazdach swych piersi, po złotawych włoskach na śniadym tle swych pach”. Madame Houpflé ma do niego słabość, Felix jest bowiem pięknym młodzieńcem „o udach Hermesa” (a przynajmniej takim go widzi roznamiętniona kochanka). Dociekliwy czytelnik natomiast bez trudu dostrzeże, że Houpflé pojawia się na kartach powieści nie tylko po to, by zapewnić ciągłość fabularną, ale również po to, by Tomasz Mann mógł beztrosko zadrwić sobie z fanatycznych wyznawców psychoanalizy w wydaniu freudowskim.
Ale dociekliwy czytelnik zainteresuje się również inną sprawą. O czym tak naprawdę jest ostatnia w dorobku powieść słynnego noblisty? Czy to możliwe, że Tomasz Mann, który zawsze mocno angażował się w bieżące sprawy polityczne i zabierał głos w większości ważnych dysput, napisał na starość powieść niemalże rozrywkową? Przepyszną wprawdzie, stanowiącą niemały popis stylistyczny, ale nie wnoszącą nic więcej? (Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że ostatnim słowem ostatniej powieści Tomasza Manna jest – o ironio, o ironio – biust, który „faluje pod żarliwym czułościami” Felixa).
Więc – zabawa i przyjemność najwyższymi wartościami? Modernistyczny postulat sztuki dla sztuki zrealizowany w postmodernistycznym, jakkolwiek by nie było, utworze?
Rzecz jest o tyle zabawna, że sam Mann – odrobinę prowokacyjnie – tuż przed śmiercią nazwał Wyznania najlepszą książką w swym dorobku. I nawet jeśli przypniemy jej łatki „kolejnego erudycyjnego popisu”, „arcydzieła stylizacji i persyflażu” czy też „pisarstwa ironicznego najwyższej próby”, nie pozbędziemy się uczucia niedosytu. Bo czytając Wyznania hochsztaplera Felixa Krulla, ma się nieodparte wrażenie, że jest to powieść o czymś więcej niż o perypetiach pewnego cwaniaczka z prowincji. Bardzo ciężko jednak jednoznacznie stwierdzić, o czym traktuje ona w istocie. Zawarte w niej „traktaciki naukowo-filozoficzne – jak pisze Redakcja PiW-u – o teatrze, cyrku, walce byków oraz tajemniczej magii tych widowisk; o socjologii życia hotelowego; o paleozoologii i powstaniu życia i człowieka; wreszcie o fenomenologii i filozofii miłości” wcale nie naprowadzają na jedyną słuszną ścieżkę interpretacji; przeciwnie – otwierają raczej pole do rozmaitych, może nawet sprzecznych ze sobą odczytań.
Przyznaję, że mam do Tomasza Manna, a więc do jego ostatniej powieści również, bardzo specyficzny stosunek. Wielbię „leniwy tok Mannowskiej narracji” (autorem tego sformułowania jest bodajże Miłosz) i z bólem muszę stwierdzić, że nie jestem w stanie czytać twórczości Manna w oderwaniu od wiedzy na jego temat. Biorąc do ręki Wyznania, oczami wyobraźni widzę wielkiego literata, „geniusza w szlafroku” – by użyć jednego z jego ulubionych sformułowań (to akurat dotyczyło Goethego), który osiągnął już wszystko, co może osiągnąć artysta. Ma ponad osiemdziesiąt lat, jest żywą legendą i pisze właśnie – z pełną tego świadomością – swoją ostatnią powieść. Doskonale wie, że potomni potraktują ją szczególnie, będzie to bowiem jego ostatnie słowo, mądrość jego życia. Liczą więc na kategoryczne stwierdzenia, na szczerą spowiedź, może nawet na patos. I Mann nie mógłby sobie pozwolić na zlekceważenie czytelniczych oczekiwań. Niech jednak nikt nie oczekuje, że odpowie na te oczekiwania w sposób przewidywalny. Przewidywalność nie jest przecież domeną geniusza.
Z ironicznym błyskiem w oku napisał więc Mann powieść-metaforę. Podjął w niej swój młodzieńczy temat – temat artysty – z którym rzekomo już dawno (a konkretnie, jak sam twierdził: po napisaniu Śmierci w Wenecji) zdążył się uporać. W ten sposób zamknął swoją twórczość klamrą. I nie można powiedzieć, że zaprzeczył dawnym odkryciom, ale trudno też utrzymywać, że je beztrosko powtórzył. W Wyznaniach hochsztaplera Felixa Krulla Mann nie postrzega już artysty jako „księcia na obłoku”, który heroicznie obawia się utraty kontroli nad emocjami podczas tworzenia. Z rozbrajającą otwartością i bez findesieclowego nadęcia porównuje natomiast artystę do nieszkodliwego hochsztaplera, zręcznego kuglarza, który posiada umiejętność przedstawiania rzeczy zwyczajnych, nieciekawych, a najlepiej wstydliwych w zajmujący i przyjemny dla odbiorcy sposób.
Można by rzec: wielki artysta na chwilę przed śmiercią zrywa maskę i dokonuje szczerego aktu spowiedzi. Tu jednak pojawia się wątpliwość, a właściwie odwieczny paradoks. Bo kto właściwie próbuje nas przekonać, że będzie się nam spowiadał z wielką szczerością? Czy nie ten sam, o którym od samego początku było wiadomo, że jest hochsztaplerem?
Więc mielibyśmy wierzyć hochsztaplerowi?
Artur Hellich


























najnowsze komentarze: