Jak można mówić o PRL-u?
Od niedawna w Polsce możemy zaobserwować prawdziwy boom na filmy fabularne na temat PRL-u. Tylko w 2009 roku powstały dwie filmowe biografie (Generał Nil, Popiełuszko. Wolność jest w nas), thriller (Dom zły), czarna komedia (Rewers) i film społeczno-obyczajowy (Wszystko co kocham). W 2010 roku do tej grupy dołączyła Różyczka (w tym przypadku trudno określić gatunek), a teraz – u progu roku 2011 – do kin wszedł dramat historyczny Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł. Nie jest to oczywiście lista kompletna, w pewnym sensie jednak – reprezentatywna. Powyższe filmy można bowiem z powodzeniem podzielić na dwie grupy: te, które mają ambicje artystyczne i te, które takich ambicji nie mają.
Do tych ostatnich zaliczam Generała Nila, Popiełuszkę… i Czarny czwartek… – charakteryzuje je przyjęcie perspektywy historiograficznej. W gruncie rzeczy są to sfabularyzowane dzieje historii najnowszej. Co więcej, realizatorzy powyższych filmów w mniejszym lub większym stopniu wykorzystali konwencję hagiograficzną, za pomocą której utrwalili obiegowe stereotypy i uprzystępnili odbiór całości. W ten właśnie sposób sfabularyzowane dzieje historii stały się zarazem dziejami spauperyzowanymi.
W polskim – jak zwykle specyficznym – kontekście ten stan rzeczy można w pewien sposób wytłumaczyć. Istnieje bowiem dość oczywisty popyt na kino przedstawiające fakty historyczne, których ze względów politycznych nie można było przedstawić przed 1989 rokiem. Co więcej, jako swoiste odreagowanie kłamstw komunistycznej propagandy, istnieje dzisiaj społeczne przyzwolenie na idealizację peerelowskiej przeszłości Polaków (do niedawna było ono możliwe jedynie przez ucieczkę w komizm i absurd, czego przykładem są oczywiście filmy Stanisława Barei). Idealizować można w różny sposób, na przykład jednostronne ukazując sylwetki postaci z założenia pozytywnych. Takim bohaterem jest stoczniowiec Brunon Drywa, bohater Czarnego czwartku…, filmu, którym chciałbym się teraz zająć. Realizatorzy ukazują Drywę jako kochającego męża, troskliwego ojca oraz osobę powszechnie lubianą i zawsze uśmiechniętą. Naturalną koleją rzeczy będzie więc złożenie go na ołtarzu ojczyzny, aby wywołać jak największe wzruszenie u widzów. Jest to bardzo prosty chwyt, utrwalony w polskiej świadomości między innymi przez Elizę Orzeszkową w opowiadaniu Gloria victis. Ale naprzeciw niewinnej ofiary musi stać winny kat. Nie jeden nawet: Władysław Gomułka to nawiedzony starzec dotknięty demencją, członkowie Komitetu Centralnego PZPR to przeważnie pozbawieni elementarnych uczuć cynicy, a funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej – bezwzględni sadyści. Są oczywiście wyjątki, ale również i one nie wychodzą poza stereotyp „dobrego policjanta”.
Jak wiemy z historii, w starciu „złej władzy” z „dobrym ludem” wygrał silniejszy. Realizatorzy dokonali zatem heroizacji aktu podjęcia nierównej walki i za pomocą odpowiednich ujęć, a także dzięki odpowiedniej oprawie muzycznej, upatetycznili jeszcze dantejskie sceny, jakie rozgrywały się w grudniu 1970 roku.
Druga część Czarnego czwartku… opowiada o dalszym losie ofiar strajku, a więc o rodzinach zamordowanych stoczniowców. Twórcy filmu sięgnęli w niej po inną, równie popularną konwencję – dramatu obyczajowego utrzymanego w tonacji naturalistyczno-fatalistycznej. Najpierw ukazana jest szczęśliwa rodzina Drywy, która wprawdzie nie opływa w luksusy (warunki lokalowe przedstawione są z werystyczną dokładnością), ale akceptuje swoje położenie i przystosowuje się do niego. Następnie – po śmierci ojca rodziny – na Drywów niczym gromy z jasnego nieba spadają kolejne nieszczęścia. Motyw niezawinionych cierpień połączony z brakiem widoków na poprawę sytuacji świetnie wpisują się w schemat zapisu martyrologicznego. Zatem zgodnie z narodowo-wyzwoleńczym schematem ukształtowanym w latach 30. XIX wieku, szczegółowy opis cierpień Polaków łączy się z uwydatnieniem ich cnót, zestawionych na zasadzie kontrastu z przywarami najeźdźców.
Na koniec należy jeszcze dodać, że od strony technicznej film zrealizowano bardzo poprawnie i widowiskowo. Z tego względu nie miałbym do niego większych zastrzeżeń, pod warunkiem, że nie kierowano by go do widza młodego, niepamiętającego czasów PRL-u – a zatem w celach dydaktycznych. W takim wypadku bowiem młody widz ma prawo podejrzewać, że twórcy Czarnego czwartku… uważają go za pozbawionego empatii debila.
Tymczasem w poprzednim roku uzyskaliśmy dowód na to, że można o PRL-u opowiedzieć w sposób ciekawy, oryginalny i w dodatku zyskowny. Mam tu na myśli sukces Różyczki, moim zdaniem najlepszego spośród filmów, które wymieniłem na początku.
Jest to opowieść o trzech osobach: znanym pisarzu, pięknej kobiecie i prostym ubeku. Brzmi stereotypowo, lecz takie nie jest. Wszyscy oni przedstawieni są w trudnym dla nich okresie życia, wszyscy również składają się z wewnętrznych napięć i sprzecznych namiętności. Ubek, który nakłania swoją dziewczynę, aby uwiodła znanego pisarza i zdobyła obciążające go dowody, nie potrafi pogodzić się z myślą, że zamieszkuje ona w domu znanego pisarza i przyjmuje jego oświadczyny. Popada w alkoholizm. Piękna kobieta z miłości dla ubeka zgadza się inwigilować znanego pisarza, a potem z miłości do znanego pisarza (a może z nienawiści do ubeka?) przyjmuje jego oświadczyny. Wreszcie znany pisarz, z pozoru wyrachowany i zdystansowany, szczerze i naiwnie zakochuje się w pięknej kobiecie, gotów wyjawić jej wszelkie swoje sekrety.
Początkowo może się wydawać, że to ubek jest w tym trójkącie postacią najmniej pozytywną, ale jest to mylne wrażenie. Z własnej woli nigdy nie oddałby ukochanej w ręce innego mężczyzny. Otrzymał jednak rozkaz od swego przełożonego i był zmuszony go wykonać. Jego przełożony z kolei dostał zarządzenie od członków Komitetu Centralnego PZPR, ci natomiast kierowali się wytycznymi Kremla. Czy to jednak znaczy, że Leonid Breżniew jest wszystkiemu winien? Bo jeśli nie on, to może Stalin? W takim razie również Lenin? A Marks? A Hegel?
Siła Różyczki polega na tym, że niesztampowo ukazane są w niej losy ludzi, którzy zbłądzili, bo żyli w złym systemie. Czwartym bohaterem tego filmu jest bowiem system komunistyczny i to on gra tutaj rolę bohatera negatywnego. Zupełnie inaczej jest w przypadku Czarnego czwartku… Ostrze krytyki wymierzone jest tam w konkretne jednostki, ponieważ ludzie – zgodnie z ideą filmu – dzielą się na dobrych i złych; zupełnie jak w baśni. Nie trzeba pamiętać PRL-u, aby zdawać sobie sprawę, że rzeczywistość nigdy baśni nie przypominała i nie będzie jej przypominać. Tu zresztą można przywołać cytat ze Stefana Kisielewskiego, który we wspomnieniu o Zbigniewie Herbercie napisał: „kiedy z nim nawiązałem kontakt po latach, wydał mi się zarozumiały za bardzo i (…) wywyższający swoją moralność ponad innych. Czego ja nie lubię, bo wszyscy jesteśmy wychowani przez Stalina i nie ma się co tak za bardzo wywyższać”.
Z tego względu do wyobraźni młodego człowieka przemówi Różyczka, która łamie obiegowe stereotypy i świetnie wykorzystuje ogromny potencjał fabularny, jaki tkwi w historii najnowszej (aż dziw bierze, że dwa tak różne filmy opowiadają o wydarzeniach dziejących się w odstępie zaledwie dwóch lat). Natomiast wydaje się wątpliwe, że trafi do niego Czarny czwartek… Młody człowiek ma bowiem to do siebie, że jak nikt inny jest wyczulony na wszelkie niekoherencje. I należy przypuszczać, że nie przypadnie mu do gustu film, który wizualnie jest wprawdzie kolorowy, ideowo jednak pozostaje czarno-biały.
Artur Hellich
12 komentarzy »
Skomentuj!


























Parę uwag.
Ja rozumiem, że „Generał Nil” mógł się komuś nie podobać, ale pisanie o nim, że „nie ma ambicji artystycznych” to IMO jest nadużycie. Przypominam, że mówimy o Ryszardzie Bugajskim, w którym naprawdę „siedzi” temat rozliczenia się z komunizmem i który zaangażował się w wspieranie podziemia w latach 80. Robienie z niego wyrobnika kręcącego filmu z cyklu „komuna jest zła” nie doprowadzi nas do właściwej analizy.
Czy ja wiem, czy partyjniacy wypadają w „Czarnym czwartku” cynicznie? W większości, poza Kliszką i Gomułką, stanowią tylko dekorację. Kliszko sprawia wrażenie raczej ponurego psychopaty mówiącego nowomową, ale widać po nim, że w zawarte w niej frazesy wierzy do tego stopnia, iż gotów jest w ich imię podejmować decyzje o masakrowaniu ludzi. Podobnie rzecz się ma z Gomułką, u którego śladów demencji jakoś nie widać.
Różyczka, tu się zgodzę, jest stosunkowo dobra(spierałbym się czy akurat najlepsza z wymienionych, ale to już kwestia gustu), lecz zauważ, że przy odrobinie dobrej woli do tego trójkąta dałoby się przypiąć role jak najbardziej tradycyjne. Warczewski, pisarz, przez całą akcję filmu pozostaje „czysty” moralnie(chyba, że uznamy, iż w jego wieku sypianie z młodą dziewczyną jest zbrodnią), a jego prześladowania robią tak głębokie wrażenie na widzu po prostu z powodu dobrego rozrysowania jego postaci – jest żywym człowiekiem, a nie papierową wycinanką. Sama Kamila – Różyczka rzeczywiście jest niejednoznaczna, ale ona została z kolei wpisana w schemat katharsis, pokuty po popełnionej winie itd. To też jest raczej wyraz wiary reżysera w to, że ludzie są jednak w większości moralni i posługują się sumieniem. Jak to wyglądało w rzeczywistości, może świadczyć choćby historia pierwowzoru bohaterki – Zofii O’Bretenny.
No i wreszcie ubek, który „Z własnej woli nigdy nie oddałby ukochanej w ręce innego mężczyzny.” Tę perspektywę maci nieco fakt, że z własnej woli wstąpił do odpowiednich służb. No cóż, kto sieje wiatr…
Piotrze,
spodziewałem się, że zwrócisz uwagę właśnie na te aspekty.
Może właśnie dlatego, że Bugajski kiedyś działał, nakręcił film przeciętny. Przyczyna jest bardzo prosta – chciał powiedzieć o czymś, w co mocno zaangażował się emocjonalnie. Na tym polega problem tego filmu: brak dystansu do tematu.
Z mojego odbioru „Czarnego czwartku” wynika, że Kliszko jest wyjątkowo cyniczny i wcale nie wierzy w to, co mówi. Z tego względu właśnie sięga po frazesy. Pomysły Gomułki na rozwiązanie kłopotu ze stoczniowcami świadczą o oderwaniu od realiów, zatrzymaniu się w czasie. Z tego powodu, kiedy Gomułka wychodzi odebrać telefon od Breżniewa, Cyrankiewicz daje towarzyszom do zrozumienia, że Gomułka się starzeje i trzeba coś z tym zrobić (to jedyna kwestia premiera w tym filmie).
„Różyczka”, o czym nie napisałem, jest dobra również dlatego, że wcale nie skłania widza do doszukiwania się, kto mógł być pierwowzorem danych postaci, a więc nie skłania widza do przyjęcia tak zwanej: „postawy rozliczeniowej”. Bo to nie jest film o żadnym Pawle J. czy żadnej Zosi, tylko o ludziach uwikłanych w system. Postacie, jak zauważyłeś, są dobrze rozrysowane, ale jednocześnie nikt nie faszeruje ich zachowań i wypowiedzi aluzjami, które mogłyby skłaniać do przyjęcia określonej, jasno wyznaczonej postawy wobec odpowiednich postaci historycznych. Na tym polega klasa tego filmu.
Nie sądzę, żeby reżyser filmu podpisał się pod stwierdzeniem, iż ludzie „są jednak w większości moralni i posługują się sumieniem”. W ogóle nie wiem, czy znalazłbyś sporo osób, które by się pod takim sformułowaniem podpisały. Ludzie są raczej tacy, jakie mają geny, jak zostali wychowani i w jakiej czasoprzestrzeni się urodzili. Między innymi dlatego byłbym raczej daleki od oceniania „własnej woli” tego czy innego człowieka, szczególnie jeśli człowiek ten żył w czasach, których my nawet nie zasmakowaliśmy.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz
Artur
Arturze,
O ile nadal się nie ze wszystkim zgadzamy w ocenie filmów, to ja dziękuję z kolei za Twój komentarz, bo doprecyzowałeś w nim swoje stanowisko. Jeszcze więc tylko małe dopowiedzenie w sprawie „Różyczki”: to jest jednak, wbrew temu, co piszesz, film silnie aluzyjny, a przy budowaniu postaci Warczewskiego twórcy umieścili sporo odwołań do Jasienicy i Kisielewskiego (wspomnieć wystarczy scenę przemówienia na zebraniu ZLP i kwestię o „dyktaturze ciemniaków”). Zgadzam się jednak, że reżyser chciał przy tym powiedzieć coś własnego, dlatego stworzył taką sfikcjonalizowaną konstrukcję, a nie nakręcił prawdziwej biografii.
Pod twierdzeniem o sumieniu ja też bym się nie podpisał (tu osobiście bliżej mi do wizji Smarzowskiego), tyle że ono wynika z interpretacji ukazania przemiany samej Różyczki.
Pozdrawiam również
PS Nie rozmawiam w swoim życiu wyłącznie z moimi rówieśnikami. Znam więc trochę osób, które posmakowały „tamtych czasów” i jakoś wszyscy przeżyli je bez konieczności wspierania „silnego ramienia Partii”. W związku z tym nadal uważam czynnik wolnej woli za decydujący. Zwłaszcza, że potem wszystko można usprawiedliwiać połączeniem „takie czasy były” ==> „wykonywałem tylko rozkazy.” A co najmniej od Norymbergi wiadomo, że to drugie tłumaczenie jest jakieś nie bardzo…
Piotrze,
określenie „sfikcjonalizowana konstrukcja” bardzo mi się podoba. W moim odczuciu wszelka aluzyjność „Różyczki” to swego rodzaju skutek uboczny wykorzystania i twórczego przetworzenia potencjału fabularnego tkwiącego w historii Pawła Jasienicy.
Twoja interpretacja przemiany Kamili jest interpretacją łatwą do uzasadnienia, ale nie – jedyną obowiązującą, czego zapewne jesteś świadomy.
Pozdrawiam
PS: Szczerze powiedziawszy, też zdarzyło mi się rozmawiać z osobą, która nie była moim rówieśnikiem, niemniej jednak nie chciałbym się podejmować oceny ludzi żyjących w PRL-u. Nie dlatego, że za mało usłyszałem albo za mało przeczytałem, ale dlatego, że za mało przeżyłem.
Doceniam opinie oraz komentarz autora dotyczące filmu „Czarny czwartek”. A to dlatego, że są one przedstawione z punktu widzenia artystycznego. Ale nie zgadzam się w większości z nimi. Najpierw cofnąłbym się o krok, zadałbym pytanie; w jakim celu powstał ten film? To nie jest fabularna opowieść z „wydarzeniami” grudniowymi w tle. Tylko film fabularno- dokumentalny, który pokazuje w sposób realistyczny masakrę grudnia 70 roku. Jest przede wszystkim filmem autentycznym i moim zdaniem reżyser właśnie jasnością przekazu kierował się tworząc ten film. Nie nazwałbym tego jednostronnym ukazywaniem postaci z założenia pozytywnych. Należy zwrócić uwagę na to, że wśród ofiar Brunon Drywa był jednym z najstarszych, zatem wyróżniał się z poległych, Gomułka w jakimś sensie był nawiedzony, bał się reakcji sowietów, został odsunięty przy pomocy zwolenników Gierka, a w MO pracowali zbrodniarze, bandyci i kryminaliści, którzy katowali ludzi, no bo jak inaczej nazwać bicie pałką tyle razy ile liter miało nazwisko czy ucinanie włosów nożem? Moim zdaniem poszukujesz w tym filmie cech, których miał on nie posiadać z samego założenia. Martyrologia? Żona Drywy wychowywała trójke dzieci po śmierci męża zbierając butelki i szmaty z ulicy. Na marginesie stwierdzenie „nie upływa w luksusy ” jest w mojej ocenie nie prawdziwe. Ponieważ otrzymanie mieszkania, choinka, szynka na święta to w tamtych czasach to ogromny luksus. Dlatego jeszcze raz doceniam Twoją opinie, ale być może zabiegi kreacji bohaterów pozwalające widzowi na domyślenie się czy dopowiedzenie sobie pewnych stanów rzeczy pozwoliłyby skrytykować reżysera za zbyt dużą fabularyzację i pokazanie grudniowej masakry tylko na drugim planie. W mojej ocenie popyt na filmu tego rodzaju powinien trwać bo wśród młodych widzów mało jest osób takich jak Ty, które potrafią skrytykować film pod względem artystycznym, ale są świadomi historii. A niestety nie ma przyszłości bez przeszłości i należy o tym zawsze pamiętać i uświadamiać po to by więcej takie sytuacje miejsca nie miały.
Dziękuję za komentarz,
wciąż uważam, że można nakręcić dobry – też artystycznie – film, który skłoni nieświadomą historii młodzież do refleksji nad historią swych rodziców i dziadków. Sposób wybrany przez realizatorów „Czarnego czwartku…” odrzuci sporą część odbiorców wrażliwych na artystyczne walory dzieła, w przeciwieństwie do sposobu wybranego przez twórców „Różyczki”, który spodoba się zarówno jednym, jak i drugim.
To właśnie chciałem powiedzieć w tym tekście: o PRL-u można mówić na wiele sposobów, przy czym niektóre sposoby są wyraźnie lepsze od innych sposobów.
Pozdrawiam
Okey, ale kontekst historyczny „różyczki” i „czarnego czwartku” to dwie różne sprawy. Poza tym geneza obu filmów też się różni. Stanowczo się z Tobą nie zgadzam. Pozdrawiam.
„w MO pracowali zbrodniarze, bandyci i kryminaliści, którzy katowali ludzi”
mój dziadek pracował w MO i nie wychowywał dzieci młotkiem ani nożem, z tego co mi wiadomo O ZGROZO! był postacią powszechnie szanowaną. człowieku, świat nie jest tak czarno-biały jak pokazują w filmach tego typu
Pozdrów dziadka ode mnie. Kolego, ale budowanie sobie opinii na podstawie jednego filmu jest mało wiarygodne. Oprócz tego są jeszcze ksiązki i wiele innych filmów. To nie zmienia faktu, że tacy ludzie pracowali w MO.
spoko. też uważam, że opinia zbudowana na podstawie jednego filmu jest mało wiarygodna (? zastanawiam się, czy w ogóle czyjąś opinię można rozpatrywać w kategoriach wiarygodności). nie robię tak zatem. ze swojej strony uważam jednak, że filmy i książki, które pokazują milicjantów jako zgraję psychopatów, są jeszcze bardziej niewiarygodne. ale dobrze, przyjmijmy że tak było. to przecież tylko niewielkie intelektualne uproszczenie, taki tyci skrót myślowy, a o ile łatwiej sobie wszystko poukładać.
szczerze chciałbym pozdrowić od Ciebie dziadka. niestety już nie żyje, przykra sprawa
Z faktami się nie dyskutuje. A jak się zaczyna to robić to to jest propaganda.
dla mnie propaganda to przedstawianie tylko tych faktów, które pasują do teorii. ale że szanuję Twoje zdanie na ten temat, Maćku, kończę tę dyskusję, bo mam wrażenie, że nie dojdziemy do porozumienia. żegnam się z partyjnym pozdrowieniem