Literatura i poziomki
Uwielbiam jedną z pierwszych scen filmu „Tam, gdzie rosną poziomki”.
Profesor Izaak Borg, wraz ze swoją synową, Marianną, wyrusza samochodem ze Sztokholmu do Lund. Ma tam odebrać tytuł doktora honoris causa. Marianna, ponad rozsądną miarę piękna Szwedka, okazuje się być również kobietą nieprzeciętnie inteligentną. Podejmuje bowiem rozmowę ze swym teściem, w której poddaje jego osobowość drobiazgowej – i jakże przy tym trafnej – analizie.
Jestem przekonany, że scena ta mogłaby się znaleźć w każdym innym filmowym arcydziele. Bo to jest scena osobna, osobne arcydzieło. Niczego o bohaterach nie trzeba wiedzieć, aby cieszyć się w pełni tymi pięcioma minutami rozkoszy. Nieposłuszne gesty, zdradliwa mimika oraz naiwnie skrywane pomiędzy słowami intencje czynią wszelkie wprowadzenia zbędnymi; widz bez większego problemu może się domyślić fabuły. Niestety, filmu nie umieszczono na Youtubie, wobec czego nie mogę wkleić do tekstu odnośnika, co gorsza, sam nie mogę sobie tej magicznej sceny odświeżyć, co mogłoby być w zasadzie mocno problematyczne; takim na szczęście nie jest. Scenę widziałem wprawdzie raz w życiu, lecz do tego stopnia zapadła mi w pamięć, że potrafię mówić o niej godzinami i bez momentów zawahania.
Zanim jednak to zrobię, chcę jeszcze zwrócić uwagę na fakt nieobecności w internetowych recenzjach zachwytu nad tą właśnie sceną. Bywają w świecie recenzenckim drobne niedopatrzenia, bywają przykre nietakty, bywają też niemałe wpadki. Ten przypadek natomiast kwalifikuje się do rzędu grzechów śmiertelnych. Nie mogę tego pojąć. Mówi się na przykład o pierwszym ze snów profesora Borga, pełnej symboliki retrospektywie, która – co wszyscy recenzenci zauważają – okazuje się być jawnym nawiązaniem do „Furmana śmierci” Victora Sjostroma. Jak powszechnie wiadomo, jest to klasyka niemego kina z 1921 roku. Mówi się również o tym, że poziomki, które w ramach innej retrospektywy zbierała kuzynka Borga, Sara, miały symbolizować takie wartości, jak czystość, ufność czy brak zakłamania. Trudno mi zatem pojąć, czemu nie wspomniano o owej przepysznej, olśniewającej scenie analizowania osobowości Borga przez Mariannę. Czas, aby uzupełnić tę przerażającą lukę.
Podpuszczona przez chytrego Borga Marianna rozpoczyna swój monolog. Widać, że jest bystrą obserwatorką – zauważa drobne, ale przecież istotne detale w zachowaniu teścia, a potem – połączywszy je z wiedzą, którą posiada na jego temat – wyciąga bardzo słuszne wnioski. I Marianna nie jest w swojej analizie ani uprzejma, ani wyrozumiała. Ze skrywanymi emocjami niemalże punktuje Borga. Lecz nie o talenty pięknej Marianny tutaj chodzi. W tym właśnie kunszt Bergmana, że kamera niemal cały czas skierowana jest na zasłuchanego w analizie synowej, milczącego profesora. Na samym początku profesor jest zdumiony postawą subtelnej zazwyczaj Marianny, potem jednak łagodnie poddaje się dźwiękowi jej głosu. Choć Marianna nie osładza swej krytyki, posądzając go o egoizm, egotyzm i inne tego rodzaju przypadłości, Borg nie oburza się. Przeciwnie, rozkoszuje się monologiem Marianny, a jego ciało przeszywa cichy dreszcz uniesienia. Na krótkie momenty – albowiem, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, to on prowadził wówczas samochód – odchyla głowę do tyłu i w upojeniu zamyka powieki.
Kogoś może to dziwić. Nie tak przecież reaguje człowiek, kiedy ktoś przypiera go do muru i brutalnie obnaża. Wstyd przyznać, ale gdy swego czasu przyparłem do muru i brutalnie obnażyłem w ten sposób moją przyjaciółkę, ponad pół roku walczyłem o powrót do jej łask. Na nic to się – oczywiście – zdało. Borg jednak przeżywa chwile duchowej ekstazy i jest daleki od oburzenia się na Mariannę.
A dzieje się tak ponieważ – wierzę w to z całego serca – doświadczenie Borga nie jest doświadczeniem człowieka, tylko doświadczeniem estety. Esteta, jak najwspanialej w świecie opisywał Kierkegaard, traktuje swoje życie i przez to swoją osobowość jako dzieło sztuki. Dzieło sztuki zaś istnieje wtedy, gdy ktoś się do tego dzieła odnosi, a więc – zauważa je i traktuje jako dzieło sztuki. Marianna tak właśnie robi: analizuje słowa i gesty Borga, interpretuje je, a następnie wyciąga odpowiednie wnioski. Dodać należy, iż osobowość Borga bez wątpienia może uchodzić za dzieło sztuki, gdyż jest zjawiskiem wielobryłowym i niemożliwym do ogarnięcia bez odwołania się do jego głębokiej struktury.
Wyobrażam sobie, że Borga przeszywa dreszcz rozkoszy, ponieważ ktoś – być może po raz pierwszy – posłużył się jego własną metodą: analizą. Nie ulega kwestii, że Borg przez całe życie – udając głupiego – w milczeniu przesiadywał przy stole pełnym zadufanych w sobie intelektualistów i dyskretnie obserwował ich zachowanie. Udawana skromność oraz pokora doskonale maskowała rzeczywiste poczucie wyższości, a nawet pogardy. Kiedy owi intelektualiści z sympatią odnosili się do zasłuchanego i zapatrzonego w nich Borga, nie mogli zdawać sobie sprawy, że Borg nie dlatego słucha i patrzy, ponieważ podziwia, ale dlatego, że dekonstruuje i szydzi.
A teraz ktoś sięga po jego własne ostrze i w dodatku wbija je w niego samego. To najwspanialszy wyraz umiłowania jego własnych metod. Zabić mistrza bronią mistrza. Kiedy Borg wysłuchuje oskarżeń Marianny, nie Mariannę przecież widzi, ale… siebie samego w przebraniu pięknej Szwedki. Dlatego właśnie przymyka oczy i wsłuchuje się w dźwięk jej głosu. Borg jest do granic możliwości zakochanym w sobie narcyzem, a największą rozkoszą dla narcyza jest – rzecz jasna – ujrzeć siebie samego. Gdy Ingmar Bergman nakazuje skierować oko kamery w kierunku upojonego Izaaka Borga, to robi to dlatego, ponieważ chce uwspółcześnić mit o Narcyzie, który przygląda się sobie w tafli wody. Stary profesor jest w tym wszystkim równie godny pożałowania i równie groteskowy, co sam Narcyz. U kresu życia, oschły, beznamiętny, jedyne uczucia żywiący do sędziwej matki, która zamknęła się w równie solidnym – co on – pałacu obojętności, Izaak Borg zachwyca się przedstawionym przez Mariannę swoim własnym portretem. Tak samo Narcyz, „…kiedy już odszedł do podziemnego królestwa,/ Jeszcze w stygijskiej wodzie przyglądał się sobie”.
A mówię o tym wszystkim dlatego, że doświadczenie, a właściwie przeżycie profesora Borga jest przeżyciem natury literackiej.
Chyba Tołstoj powiedział, że wszelkie pisarstwo to forma spowiedzi. Odnoszę teraz wrażenie, że tak zwana „wielka literatura światowa” jest w istocie pożywką kierowaną przez egotyków do innych egotyków. Ci pierwsi spowiadają się ze wszystkich swoich bolączek, rozterek czy traum, a ci drudzy czytają o czyichś bolączkach, rozterkach oraz traumach i widzą w nich swoje własne bolączki, rozterki i traumy. Tomasz Mann pisze „Tonia Krögera”, a młodzi i nieszczęśliwi literaci z trudem powstrzymują łzy wzruszenia, okazuje się bowiem, że nie sami są na świecie, że jest ktoś, kto miał niegdyś podobne do nich problemy i to nie byle kto – sam Tomasz Mann, wielki pisarz! Czytają o dylematach młodego Tonia, które to dylematy niczym nie różnią się od ich własnych dylematów. Błogosławiony promień lustracji uwalnia młodych i nieszczęśliwych literatów od poczucia beznadziejnej alienacji, niezrozumienia i ignorancji ze strony bliskich. Teraz mają poważny argument do dyskusji, teraz mają najwspanialsze plecy, jakie można sobie wyobrazić – mają bowiem plecy samego Tomasza Manna, ich bratniej duszy! Samotność odchodzi wreszcie w niepamięć, ukazuje się zaś perspektywa nieustającego dialogu z innymi bratnimi duszami żyjącymi na przestrzeni całej historii. Dialog ten umożliwia literatura, a konsekwencją tego dialogu jest przeżycie literackie.
Co zaś do Borga, jego przeżycie jest przeżyciem literackim, ponieważ Marianna, analizując osobowość profesora, czyta mu w istocie książkę, która jest książką skierowaną do niego, Borga – egotyka nad egotykami – a to dlatego, że jest książką o nim samym.
PS: Nie ulega wątpliwości, że tytuł niniejszego tekstu, nieco egzaltowany, ale przecież o niepodważalnym uroku, nie ma w zasadzie większego związku z treścią. Zostawiam go, ponieważ – pozornie naiwny – skłania mnie obecnie do refleksji. Jeśli bowiem przyjąć interpretację jednego z recenzentów filmu „Tam, gdzie rosną poziomki”, iż poziomki symbolizują czystość, ufność i brak zakłamania, to jak to się ma do literatury? „Literatura i poziomki” czy raczej „Literatura a poziomki” ?
Artur Hellich, 29 lipca 2010 roku



























najnowsze komentarze: