Wstyd filologii polskiej (i jak się go pozbyć)

źródło: wikipedia.pl

Po co piszę ten tekst? Otóż jest to moja ostatnia publikacja dla „Niewinnych Czarodziejów”, tekst zatem pożegnalny. Powody odejścia z redakcji portalu, który towarzyszył mi prawie niezmiennie, choć z różnym natężeniem, przez ostatnie sześć lat mojego życia, są oczywiste dla każdej osoby w moim wieku. Jest to arcypolonistyczny, jak zauważył niedawno Artur Hellich, brak czasu, rozdzielonego niekoniecznie po równo między pracę nad doktoratem, życie osobiste i wyznaczane przez nie obowiązki oraz pracę zarobkową.

Tak czy inaczej – żegnam, traktując formułę tekstowego pożegnania jako przyczynek do powiedzenia czegoś, co (bardzo bym tego chciał) przyda się studentkom i studentom filologii polskiej, tej zalęknionej o przyszłość, wyobcowanej wspólnocie ludzi zastanawiających się przynajmniej kilka razy w tygodniu, czy cokolwiek z tego, czego się uczą, pomoże im przeżyć w niedalekiej przyszłości. Tak się bowiem złożyło, że mimo różnorakich deziluzji, które stały się moim udziałem przy okazji redaktorowania w „Niewinnych Czarodziejach” i studiowania filologii polskiej, i mimo tego, że od ponad roku pracuję jako copywriter, jedno pozostało bez zmian. Wciąż myślę o sobie jako o filologu, o kimś, kto zna się na języku i na czytaniu tekstów, nie tylko literackich. Dlatego też chciałbym pomóc studentom/studentkom polonistyki w ich codziennej niedoli, wynikającej z wyboru takiego, a nie innego kierunku studiów.

To, co chcę powiedzieć, wyraża się w jednym prostym zdaniu:

Doświadczeniem określającym Twoją egzystencję, egzystencję studenta/studentki filologii polskiej, filologa/filolożki, jest wstyd.

Oto moja teza o współczesnej filologii, czyli o życiu osób współtworzących, czy tego chcą, czy nie, wspólnotę, o której pisałem przed chwilą. Cała reszta tekstu to tylko komentarz – celowo przerysowany czarną kredką, skupiający się na tym wszystkim, co cechuje oraz współtworzy ów wstyd. Bo będę mówił o rzeczach nieprzyjemnych.

***

Na potrzeby tego komentarza nie ma po co grzebać w etymologii polskiego „wstydu”, chociaż to bardzo filologiczna rzecz. Słownik języka polskiego pod redakcją Witolda Doroszewskiego w zasadzie wyczerpuje to, jak chcę rozumieć wstyd przynależny kondycji filologa/filolożki polskiej, wstyd odpowiedzialny za paraliżujący nastrój, który da się wyczuć (w mniejszym lub większym stopniu) na wszystkich polonistykach w Polsce:

  1. «przykre, upokarzające uczucie spowodowane świadomością niewłaściwego, złego, hańbiącego postępowania (własnego lub czyjego), niewłaściwych słów, świadomością własnych lub czyich braków, błędów itp., zwykle połączone z lękiem przed opinią» (…)
  2. «niewinność, skromność, cnota» (…)

Jest tutaj wszystko, o co mi chodzi. Po pierwsze – mglistość uczucia, jakim jest filologiczny wstyd. Słownik informuje co prawda, że mowa o czymś „przykrym, upokarzającym”, ale w tych dwóch przymiotnikach kryje się przecież całe spektrum cierpień studenta/studentki filologii, od lekko kłującego w brzuchu przyłapania się na myśli „po co ja to czytam, skoro nie zarabiam na życie, nie buduję sobie CV?” do potrafiącego poharatać cały dzień tępego i zarazem arcyświadomego wpatrywania się w pustą ścianę jako alegorię swojej przyszłości. Ten charakterystyczny dla studiowania filologii polskiej wstyd może być odczuwany z różnym natężeniem, niemniej pojawi się, prędzej czy później.

Po drugie – w definicji ze słownika Doroszewskiego wstyd generuje nieprzyjemny podział na mnie, który się wstydzi, i innego mnie, za którego lub w imieniu którego się wstydzę. To uczucie może pojawić się samo, w najmniej oczekiwanym momencie (czytam książkę sprawiającą mi ogromną przyjemność i nagle wstydzę się – za tego innego mnie – że czytam tę książkę zamiast starać się o staż w portalu kulturalnym czy wydawnictwie), ale może być też wywołane przez kontakt z człowiekiem posiadającym umiejętności czy wykształcenie w znacznej mierze zabezpieczające jego „dorosłe” życie. W tej drugiej sytuacji wstydliwe rozdwojenie wywołuje we mnie refleksja, że jeśli porównam siebie ze studentem/studentką informatyki, to czas poświęcony na czytanie tekstów literackich lub naukowych, wymagających intelektualnego, emocjonalnego zaangażowania, jest czasem zainwestowanym w pustkę. On/ona dysponuje swoim czasem lepiej, bo skuteczniej przygotowuje się do życia po studiach. Wszelkie próby wyciągnięcia siebie z tego stanu, wytłumaczenia przed samym (już rozdwojonym) sobą, że tak naprawdę informatyka nie mówi nic o człowieczeństwie, sprawach Ważnych, że bycie-ku-śmierci czyni z jego/jej sposobu dysponowania czasem coś niepoważnego, tylko pogłębiają wstyd. Taka wewnętrzna lub (co gorsza) uzewnętrzniona gadanina przypomina bowiem rozpaczliwe starania dziecka, które robi bardzo smutną minę, aby wypaść na poważną osobę przed dorosłymi.

Po trzecie – słownikowa definicja wstydu jasno wskazuje na jego społeczny charakter. Wstyd wywołuje świadomość „własnych lub czyich” braków, wstyd wiąże się z lękiem przed opinią innych. Społeczny charakter wstydu filologii odpowiada niszczącej sile, z jaką ów afekt oddziałuje na relacje międzyludzkie wśród studentów/studentek. Wstydzenie się za kolegę/koleżankę, który/która spędza zbyt dużo czasu nad lekturami, czyta i wie więcej od wstydzącego, kuluarowe żarty z osób piszących prace zaliczeniowe/licencjackie/magisterskie na tematy tak zatęchłe, że aż śmieszne („motyw rzeki w Wiernej rzece”). To wszystko konsekwencja przeświadczenia, że w takim zapamiętaniu się w filologicznych sprawach jest coś nieprzyzwoitego, niebezpiecznego, że kolega/koleżanka skończy jako osoba utrzymywana przez rodziców, zamknięta w czterech ścianach swoich lektur.

Wstydzenie się za kogoś powoduje, że nie można zauważyć elementarnej rzeczy: nasza sytuacja, sytuacja filologów/filolożek polskich na rynku pracy, jest taka sama. Jednak gdy wstydzę się za kogoś, na moment czuję się lepiej, nieco bardziej „życiowo” w porównaniu do „bibliotecznego świra”. Niestety, wstyd filologii pozwala na pompowanie własnego „ja”, zamiast kształtować refleksję nad „ja-z-innymi-ludźmi”. Bo chyba najtrudniej jest się przyznać, że zarówno ktoś studiujący ironicznie, jak ktoś, kto uwielbia swoje studia, boi się tego samego.

Wreszcie po czwarte – wskazane przez Doroszewskiego archaiczne znaczenie wstydu („niewinność, skromność, cnota”) doskonale współgra z podstawowym sposobem na racjonalizowanie, zagadywanie wstydu filologii polskiej. Proponują go nam – świadomie lub nie – wykładowcy/wykładowczynie, uczymy się go w rozmowach z kolegami/koleżankami, utwierdzamy się w nim za każdym razem, gdy chcemy czytać dalej bez wpadania w stany bliskie depresyjnym. Jest nim tworzenie mitu filologii polskiej jako niewinnej, niezaangażowanej w doczesne sprawy, hermetycznej działalności, zajmującej Schulzowską niemalże boczną odnogę czasu. „Tak”, mówi hipotetyczny student/hipotetyczna studentka filologii polskiej, „zajmuję się czymś nieprzydatnym na rynku pracy. Ale czyż z tego powodu filologia nie jest czymś wyjątkowo pięknym? Całym światem rządzi brudny pieniądz i jeszcze brudniejsza polityka, a ja rozkoszuję się poezją X-a oraz jej niezmiennym blaskiem”.

Taki wstyd filologiczny, polegający na rozsmakowywaniu się w rzekomej skromności studiów filologicznych oraz ich nieprzystosowaniu do Rzeczywistości, skutkuje różnymi zachowaniami. Pół biedy, jeśli jego konsekwencją jest tworzenie szeregu inicjatyw studenckich mających skupiać czytających/czytające wokół czytania. Dynamika wspólnego działania, wspólnego dyskutowania, częściej otwiera niż zamyka, pozwala wyjść poza ciasny egoizm i zrewidować siebie, swoje relacje z innymi, ze światem. Znacznie gorzej natomiast, jeżeli filolog/filolożka chce wzmacniać swoją niewinność za pomocą znacznie bardziej elitarystycznych praktyk: fetyszyzowania „ponadczasowych walorów estetycznych literatury”, dramatycznego odcinania się od pospólstwa, które nie czyta i gardzi boczną odnogą czasu filologii, lub od tych dziedzin wiedzy o człowieku, gdzie znienawidzonej Rzeczywistości jest dla niego aż za dużo (historia, kulturoznawstwo, socjologia, ekonomia, you name it). To prosta droga do zamiany niewinności w zgorzknienie, frustrację albo… przekucia wstydu we wzmożoną aktywność naukową i (w dłuższej perspektywie) zatrudnienie na uczelni. Niestabilne, stresujące, czyli dokładnie takie, jak znienawidzona Rzeczywistość.

Oprócz niewinności z zaciśniętymi zębami istnieje jeszcze inny sposób na zagadanie wstydu filologii, symetryczny do pierwszego. Jest nim głęboka pogarda w stosunku do tego, co się studiuje, traktowanie studiów jako etapu przejściowego na drodze ku Dorosłości. Historia literatury polskiej i powszechnej, poetyka, teoria literatury, gramatyka opisowa, gramatyka historyczna… wszystko to ma stanowić barierę, za pomocą której Niemyślący Rynkowo wykładowcy/wykładowczynie odgradzają mnie od Dorosłości, od Wejścia Na Rynek Pracy, i chcą zamknąć w świecie zatęchłych (bo nieprzydatnych) idei, abstrakcyjnych zagadnień, nikogo niejarających dzieł martwych ludzi komentowanych przez zdechlaków. Wielopoziomowa pogarda w stosunku do filologii polskiej może działać motywująco – odpychając się od studiów, można zacząć zarabiać na siebie, zaczepić się w środowiskach pozauniwersyteckich, rzeczywiście wypróbować się w nowych zajęciach itp., itd.

Pogarda może też jednak, aby sparafrazować klasyka polskiego youtube’a, odebrać smak życia na studiach. Przesłonięta przez pracę i sprowadzona wyłącznie do przeszkody na drodze ku Dorosłości, filologia polska staje się faktyczną stratą czasu, odbębnianiem wykładów i ćwiczeń w znudzonym półśnie przerywanym zerkaniem za okno lub na zegarek, niedoczytywaniem lektur, bo albo nie są tego warte, albo po pracy w barze, kawiarni, restauracji, sklepie czy call center nie ma się na to sił. Tak przeżywane studia faktycznie nie mają sensu. Winszuję więc tym osobom, które w pewnym momencie powiedziały pass i zrezygnowały z filologii, aby pracować na pełny etat, lub poszły na kierunek studiów w ich mniemaniu gwarantujący więcej psychiczno-ekonomicznego spokoju. Wiem jednocześnie, jak trudno jest podjąć taką decyzję w sytuacji, w której dla części osób ze wsi, miasteczek, średniej wielkości miast czy państw byłego bloku wschodniego jakiekolwiek studia w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach, Toruniu, Bydgoszczy lub Białymstoku to – pozbawiona pokrycia – obietnica awansu społeczno-ekonomicznego oraz swobodniejszego wyrażania siebie (np. mówienia wprost o swojej orientacji seksualnej), zaś rzucenie studiów wiąże się z groźbą powrotu do środowiska, do którego wracać się nie chce.

***

A zatem: impas, wstyd jako niezbywalny warunek istnienia studenta/studentki filologii polskiej? To byłoby zbyt proste – zawiesić problem na kołku i oczekiwać, aż zostanie domyślany do końca. „I żadnego – bezsiło! – rzucania ręcznikiem”, pisał na końcu Nagrobka ciotki Cili Stefan Szymutko, filolog, więc i ja nie zamierzam pozostawiać Was z rozgrzebanym tematem. Na koniec chciałbym zatem pokazać, jakimi sposobami można wstyd filologii wymazać – bez jego ignorowania czy zagadywania. „Pokazać”, czyli prześledzić trajektorię decyzji, spostrzeżeń (moich i nie moich). Tylko tyle i aż tyle. Nie zamienię się w Mateusza Grzesiaka filologii polskiej, serwującego proste odpowiedzi na trudne pytania[1].

Z pewnością perspektywa na sytuację „humanista – Rzeczywistość”, bo to wokół niej krąży cała moja typologia wstydów filologii, zmienia się wówczas, gdy zdamy sobie sprawę z faktu, że (domniemane) dostosowywanie kierunków filologicznych do (domniemanych) kryteriów rynku pracy, czyli tworzenie specjalizacji przygotowujących studentów/studentki do wykonywania „jakichś” zawodów, to de facto sprzedawanie nadziei na zatrudnienie, nie zaś sprawdzonego fachu[2]. Po pierwsze dlatego, że na prawie żadnej z takich specjalizacji student/studentka nie dowie się, jak funkcjonuje współczesny rynek pracy, nie wspominając o tym, że z pewnością nie będzie wiedział/wiedziała nic na temat swoich praw pracowniczych. Po drugie, mgliste zajęcia specjalizacyjne, stanowiące często kompilację wiedzy z kilku innych przedmiotów, mimo iż teoretycznie mają uczyć studentów/studentki pewnych przydatnych „życiowo” umiejętności, nigdy nie zastąpią wiedzy wyniesionej z pracy, stażu, praktyk. Na filologii polskiej uczymy się zawsze o jakiejś przeszłości, o faktach kulturowych, które musiały się ustabilizować, aby znaleźć swoje miejsce w sylabusach, zaś praca w (dajmy na to) agencji reklamowej to przyswajanie teraźniejszości mediów w jej fragmentarycznych, chaotycznych przepływach. Przykład? Pamiętam, jak w 2013 r. na pewnych zajęciach w ramach mojej specjalizacji prowadzący opisywał sytuację współczesnych mediów społecznościowych – które kanały komunikacyjne liczą się najbardziej, które dopiero zaczną zdobywać popularność itp. Wszyscy robili dokładne notatki z prezentacji liczącej 40 slajdów, jak gdybyśmy mieli zdawać egzamin z wiedzy o Facebooku. Na żadnym ze slajdów nie było jednak mowy ani o Instagramie, ani o Snapchacie. Wykład zdążył się zdezaktualizować w dwa lata.

Dlaczego próby uzawodowienia filologii polskiej w ramach samych studiów polonistycznych często wypadają groteskowo? Nie chodzi o czyjąś złą wolę czy cynizm. Problemem jest po prostu nieusuwalna różnica między rozbudowaną strukturą nabywania wiedzy humanistycznej (będącej często wiedzą czysto erudycyjną) a narzędziową, elastyczną (bo używaną na co dzień) wiedzą przydatną w pracy. Próby łączenia ich obu muszą wypaść nieporadnie.

A może w ogóle nie trzeba nic ze sobą łączyć? Co jeśli idea „dostosowywania” filologii do Rynku Pracy, która odpowiada za powstawanie specjalizacji, quasi-kierunków, studiów podyplomowych itp., jest po prostu z gruntu fałszywą ideologią? Pomyślcie – to przecież ona generuje w nas wszystkich filologiczny wstyd, szczególnie wówczas, gdy przybierze postać osoby. Kiedyś na Wydziale Polonistyki odbywało się spotkanie dotyczące tematu „polonista/polonistka i praca”, w którym wzięła udział m.in. przedstawicielka Biura Karier UW. Karzącym, grobowym głosem mówiła, że studenci polonistyki są roszczeniowi i leniwi, że nic nie robią, tylko czytają książki, że są nieprzygotowani na to, co ich czeka po studiach. Czułem się, jakbym słuchał Leszka Balcerowicza mówiącego do byłych pracowników PGR-u. A zaraz po tym – znów poczułem wstyd.

To konotowany przez ideę „dostosowywania” obraz filologii jako kulki plasteliny, którą modeluje twarda ręka Rynku, odbiera nam smak życia. Filolog i filolożka wcale nie muszą się dostosowywać do rzekomych żądań Rynku Pracy, tego zsekularyzowanego bożka. A wiem to od moich znajomych, którzy studiowali polonistykę razem ze mną.

Magda Mika, która razem ze mną tłumaczyła przedmowy Williama Faulknera do The Sound and The Fury i napisała pracę magisterską dotyczącą opisu w narracji, pracuje jako nauczycielka w świetnym liceum oraz współorganizuje szkolenia dla biznesu.

Patrycja Rogacz, która wciągnęła mnie w pisanie dla „Niewinnych Czarodziejów”, jest teraz gwiazdą PR-u. Nie wierzycie, to wygooglujcie.

Karol Stefańczyk, działający razem ze mną w Kole Literaturoznawców UW, zaczytany w filozofii i teorii literatury autor pracy magisterskiej dotyczącej awangardowej prozy Leopolda Buczkowskiego, po polonistyce zaczął studia ekonomiczne, a niedługo potem dostał pracę jako informatyk. Jednym z powodów, dla których go zatrudniono, były wykształcone przy okazji studiów filologicznych umiejętności.

A to tylko kilka przykładów – bo mógłbym wspomnieć jeszcze np. o Matyldzie Skubikowskiej, Tomku Gocławskim, Asi Dobosiewicz, Marcinie Wodyńskim, Oli Żdan, Agacie Styczeń, Oli Berce, Sylwii Borowskiej-Kazimiruk, Justynie Kot, Piotrku Kosie, Konradzie Szczęsnym, Sylwii Rzący, Asi Głuszek, Dawidzie Bujno… Wszyscy ci bliżsi oraz dalsi znajomi tak samo jak ja zaczytywali się w długich powieściach, przykurzonych wierszach, mniej lub bardziej nudnych rozprawach teoretycznoliterackich. Wszyscy uczyliśmy się podstaw językoznawstwa ogólnego czy przemian polskiej deklinacji na przestrzeni wieków. Wszyscy pisaliśmy prace semestralne, roczne, licencjackie, magisterskie na tematy, które z perspektywy pani z Biura Karier sprawiały, że bożek Rynku Pracy nie będzie chciał nas tknąć. A zupełnie przy okazji tych wszystkich filologicznych aktywności trenowaliśmy się w myśleniu, analizowaniu, krytykowaniu na bardzo wysokim poziomie skomplikowania. Kształciliśmy w sobie i między sobą inteligencję, empatię, zdolność do korzystania z języka na setki różnych sposobów – i świetnie się bawiliśmy.

Wszystkie te osoby – w mniejszym lub większym stopniu – żyją z tego, czego nauczyły się na filologii polskiej. I bardzo się z tego cieszę. Czy wszyscy oni/wszystkie one uznają, że studiowanie filologii polskiej to był dobry wybór? Nie mam zamiaru odpowiadać na to pytanie za nich wszystkich/za nie wszystkie. Są jednak dowodem na to, że „dostosowywanie” się filologii do Rynku Pracy to szkodliwa bzdura, którą warto wyrzucić ze swoich głów. Te osoby pracują bowiem nie pomimo swoich studiów, lecz dzięki całej masie narzędzi, które wykształcili w ich toku. Chyba warto mówić o tym głośno i wyraźnie.

Nie znaczy to bynajmniej, że żyjemy na najlepszym z możliwych światów, że jest super. Życie filologów/filolożek po filologii nie należy do najprzyjemniejszych, a i w trakcie studiów bywa złe. Oczywistym jest np. to, że jakąkolwiek radość czerpaną z filologii może odebrać konieczność zarabiania na siebie i na swoją rodzinę, nie związana z opisywanym przeze mnie wstydem. Dlatego gdy widzę, jak swoje umiejętności wykorzystują np. Paweł Kaczmarski, Marta Koronkiewicz, Dawid Kujawa, Jakub Skurtys, Maja Staśko (filolodzy/filolożki z Poznania, Wrocławia i Katowic), redakcja „Małego Formatu” czy osoby tworzące Stowarzyszenie Korektorsko-Redaktorskie, to cieszę się, że filologia jest obecnie jednym z tych kierunków studiów, na których kształcą się także aktywni krytycy rzeczywistości. Bo zacierany przez polską deklinację logos tkwiący w „filologii” to coś znacznie szerszego niż słowo.

Łukasz Żurek

[1] Więcej na okrążany przeze mnie w tekście temat ma do powiedzenia Marcin Napiórkowski na blogu Mitologia współczesna, zwłaszcza w dwóch tekstach: Opłaca się zostać humanistą oraz Humanista = inżynier od ludzi.

[2] Wyjątkiem są chyba nadal specjalizacje redaktorskie, chociaż i w ich przypadku trudno mówić o regule. Chciałem napisać, że spokojniejszą przyszłość zawodową do pewnego stopnia zaspokaja specjalizacja nauczycielska, ale widoczne od jakiegoś czasu odgórne rozwalanie systemu edukacji nie pozwala mi być pewnym co do trafności tego stwierdzenia.

 

Zobacz także:

Pochwała eufemizmu – cztery przykłady z rzędu

Something Stranger This Way Comes

Z jaką miną poeci piszą wiersze?

 

8 Replies to “Wstyd filologii polskiej (i jak się go pozbyć)”

  1. Świetny artykuł! Jako studentka specjalizacji redaktorskiej mogłabym tylko dodać, że często jest ona ponura kpiną, a nie nadzieją na ,,lepszą dorosłość”. A jeżeli jakimś cudem przedmioty redaktorskie są dobrze poprowadzone i ułożone, cała specjalizacja nie przestaje być frustrująca, gdyż kończysz ją będąc po trochu filologiem, redaktorem, historykiem drukarstwa i projektantem – czyli właściwie kim? Czy pisząc pracę licencjacką o projektowaniu stron tytułowych w XIX wieku mogę uważać się za filologa, czy raczej za wyrobnika na obrzeżach prawdziwej filologi? Nie jestem pewna, czy mglista perspektywa zatrudnienia w wydawnictwie wynagradza nasza dziwną pozycję w świecie filologi polskiej.

  2. Bardzo dobry artykuł. W końcu coś, co nie podpada ani pod filologiczny onanizm, ani pod czepianie się popkulturowych fajerwerków, ani pod porównywanie marchewek z bananami, ani pod: „piszę o tym, co ktoś napisał o tym (…) co ktoś kiedyś napisał”. Zamiast snucia autotematycznych wywodów o mistycznym charakterze i „Świętym Graalu” ukrytym w podziemiach warszawskiej polonistyki, o Wyjątkowości rzekomej, zamiast niepotrzebnych pytań i odpowiadania sobie na nie (koniecznie tak, by poczuć się lepiej i mądrzej) – celnie i prawdziwie o rzeczach trudnych.

    Pragnę dodać od siebie, że wstyd o którym mowa w tekście nie musi koniecznie wynikać z przyczyn ekonomicznych i społecznych – jak mnie widzą, czy jestem przydatny.Na filologii można czuć się źle, i czuć wstyd za siebie samą/siebie samego we własnych czterech ścianach, przy własnym biurku i przy własnej lampce (czego nikomu nie życzę…). Taki wstyd zostaje na dłużej.

  3. Mnie trochę wstyd, że kiedyś wyśmiewałem się przy polonistach z oderwania od życia polonistów. Nie domyślałem się, że sami poloniści też się tym martwia. Tak nawiasem mówiac, to specjalizacje na innych studiach też marnie przygotowuja do zawodu (z autopsji znan ekonomię).

  4. Kiedyś, w ramach pracy zaliczeniowej, na wykładzie u profesora Zieniewicza, napisałam tekst składający się z cytatów profesora i luźnych refleksji na ich temat. Mina pana profesora podczas wpisywania oceny na kartkę z ocenami była super i bez wątpienia nie była to wybitna praca naukowa ale myślę, że być może miła odmiana, zważywszy na staż zawodowy profesora Zieniewicza i na liczne legendy o tym, że prac zaliczeniowych nawet nie czyta. Polecam takie eksperymenty. Piątka gwarantowana.

    Nie jestem pewna, czy czułam wstyd zadawając nurtujące mnie pytania profesorowi Bąbiakowi, po zajęciach dotyczących historii Wydziału ani też wtedy, gdy wykładowca prowadzący konwersatrium o twórczości Czesława Miłosza powiedział, że możemy iść do domu, bo właśnie dowiedział się, że został dziadkiem.
    Myślę sobie, że Pana teza jest straszną generalizacją. Nie każdy musi czuć wstyd.

    Nie wiem, czy czułam wstyd gdy po moich nieudolnych próbach udawania, że przeczytałam Iliadę, podczas jednego z dyżurów, pani profesor zorientowawszy się, że jej nie przeczytałam – po prostu zaczęła mi o niej opowiadać, słowami pełnymi ciepła oraz zachwytu nad tekstem i szacunku do tekstu. Czułam wtedy raczej wdzięczność.

    Nie wiem, czy czułam wstyd odwołując się w pracach zaliczeniowych do słów profesora Dąbrowskiego o tym, że tekst literacki jest magicznym pudełkiem synchronicznego zapisu (wrażliwości, talentu i mądrości twórcy); o tym, że literackość jest prowokowaniem do refleksji i zmiataniem kurzu z serc odbiorców; o tym, że poznając autora, czytując jego biografię, listy – poznajemy go takim, jakim był nie ze wścibstwa, ale po to by głębiej rozumieć (a zrozumienie jest sensem humanistyki jako takiej) jego teksty i patrzeć na nie bardziej wielopłaszczyznowo i naprawdę nie ma potrzeby ucieczki od biografizmu w analizie tekstu ze strachu przed nadinterpretacją.

    Wygooglowałam sobie słowo „wstyd” i, poza wikipediową definicją, odnalazłam również wiersz Czesława Miłosza, pt. „Miasto młodości”, zawierający to słowo.

  5. Dodam tylko, w ramach refleksji. Co by powiedział na to profesor Szymanis, który, podobno, jest patronem tej strony? Propozycje proszę wysyłać mailowo, zapraszam serdecznie i pozdrawiam życząc miłego dnia.

  6. Po raz kolejny na tej stronie czytam o wstydzie związanym związanym z kierunkiem studiów i w konsekwencji wykształceniem. Stąd moje pytanie, po co studiujecie polonistykę? Żeby się wstydzić? Bo już nie rozumiem czy czy Wy się chwalicie czy żalicie. Mi polonistyka (mimo że z przyczyn niezależnych ode mnie nie dokończyłam studiów) dużo dała, przede wszystkim poszerzyła horyzonty, otworzyła oczy na wiele spraw, sprawiła, że jestem bardziej świadoma. I oczywiście, że tzw. Rynek Pracy tego nie doceni, ale to JA świadomie wybieram. Pracę. Priorytety. To ja kreuję a nie jestem kreowana.
    Nie tak dawno przeczytałam tu tekst dr Hellicha, który pisał, że nie może wyjechać na majówkę ze znajomymi, cytował też prof. Iwasiow. No cóż, takie sa realia pracy nauczyciela akademickiego (zapewniam, nie tylko polonisty). I naprawdę, nie ma na co narzekać, bo można wziąć ten komputer i pójść pod przysłowiową gruszę. Nie macie źle i nie narzekajcie. Bo i cóż powiedzie np. pielęgniarce, która nie może być w domu na Wigilii bo akurat ma dyżur? Służba. A dr Helllich narzeka, że nie może zażyć słoneczka.
    Poloniści, jesteście kimś wyjątkowym. Macie wrażliwą duszę, pełną wszystkiego tego, czego większości brakuje. Jesteście sumieniem, refleksją, zadumą. Powiecie, ok. Ale jak za to utrzymać rodzinę. Nie wiem.Ale wiem, że jeśli ktoś ma pasję tak wielką, że nią żyje, oddycha, to prędzej czy później znajdzie sposób, żeby przekuć to na pracę.

  7. Artykuł znalazłam, bo słowa „polonistyka”, „ja” i „wstyd” przygniatają mnie od tygodni. Bardzo dziękuję za te słowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *