Światoobsesja, czyli przekraczanie granic inspiracji. O pisarstwie Henry’ego Millera

miller

Świat jest rakiem zżerającym sam siebie po kawałku…

H.V. Miller, Zwrotnik Raka

Henry Valentine Miller jest jednym z tych pisarzy, którzy nie doczekali się w Polsce należytego opracowania swojej twórczości; to autor problematyczny, znany, komentowany – ale z owych komentarzy zazwyczaj nie wynikało nic konkretnego. Możemy się o tej literaturze dowiedzieć niewiele, głównie za sprawą przedmów i posłowi znajdujących się w polskich wydaniach. Pisarstwo Henry’ego Millera budzi silne skojarzenia: w opinii czytelników, nawet niezaznajomionych z książkami amerykańskiego pisarza, jawi się ono jako kontrowersyjne, pornograficzne, skatologiczne, nihilistyczne, seksistowskie. Mógłbym wymienić jeszcze wiele przymiotników, problem w tym, że – w moim przekonaniu – te powierzchowne oglądy rozmijają się z prawdą. Lub inaczej – prawdziwe w jakiejś mierze są, lecz nie stanowią rdzenia, podstawy Millerowskich poglądów na człowieka i literaturę.

Głównym tematem książek Henry’ego Millera jest świat. Powiedziałbym, że tak, jak Heidegger ukuł pojęcie „światoobrazu”, tak światopogląd autora Zwrotnika Raka można określić słowem „światoobsesja”. Na szczęście nie mam na myśli obsesji rozumianej klinicznie, a potocznie. Można jednak dopatrzeć się tutaj jednego z objawów zaburzeń obsesyjnych – perseweracji. Na kartach swoich książek Miller z nerwicową częstotliwością (nad)używa słowa „świat”, aby dookreślić je wyszukanymi określeniami, czy rozwlekłymi, barokowymi wręcz opisami zepsucia, zgnilizny, choroby i szaleństwa. Ta „fiksacja” ma dwojakie znaczenie: z jednej strony Miller był światem rozczarowany, zniechęcony, z drugiej musiał o nim wciąż opowiadać, przepracowywać traumę; świat wokół, wraz z doświadczeniami samego autora, stanowił główną inspirację i pretekst do pisania. Spod ciężaru egocentrycznej narracji wyłaniają się, przepuszczone przez filtr egzaltacji i obsesji, nihilistyczne obrazy rzeczywistości, prorocze złorzeczenia.

Tak, Miller był nihilistą – w najbardziej podstawowym, nietzscheańskim sensie tego słowa, to znaczy: kimś, kto uważa, że najwyższe wartości utraciły swą wartość, a świat w obecnym kształcie jest nie do przyjęcia, natomiast świat, który być powinien – nie istnieje. Nie oznacza to jednak: istnieć nie może. Przesłanie, które można wyczytać z powieści Millera wielokrotnie bywa bardziej optymistyczne, niż mogłoby się z początku wydawać. Autor Klimatyzowanego koszmaru zmagał się z kryzysem nihilistycznym, co czyni z niego „typowego” przedstawiciela literackiej moderny, schyłkowej nowoczesności. Dlatego łatwo można wpisać go w nurt proroków-katastrofistów, biadających nad kondycją człowieka i świata. Miller miał swoją receptę na pewne przypadłości współczesnego mu świata, ale o tym chciałbym napomknąć nieco później. Obsesja na punkcie świata nie rozwinęłaby się, gdyby pisarz go nie poznał. Millerowi dużo bliżej jest do pisarstwa europejskiego, do tradycji surrealistów czy metafizyki ekspresjonistycznych malarzy[1] (sam był zresztą malarzem-akwarelistą, a tworzone przez niego opisy miały właśnie malarsko-surrealistyczny charakter) niż do literackiego dziedzictwa Ameryki.

Pierwsze próby pisarskie Miller podjął jako dwudziestokilkulatek, gdy mieszkał w Nowym Jorku. Nie był z nich jednak zadowolony, przez długi czas zmagał się z blokadą twórczą, choć, jak sam wspominał, miał ogromną potrzebę pisania[2]. Pierwszą podróż do Europy pisarz odbył w 1928 roku wraz ze swoją żoną, June Mansfield. Odwiedził między innymi takie kraje jak Francja, Niemcy, Polska, Czechosłowacja i Węgry. Powraca na Stary Kontynent po około dwóch latach, by osiąść w Paryżu i dołączyć tym samym do grupy expatriate writers – pisarzy amerykańskich, którzy opuścili ojczyznę w poszukiwaniu inspiracji[3]. Choć Miller napisał, że „w Europie człowiek przyzwyczaja się do bezczynności. (…) Ulega skażeniu. Gnije”[4], to jego sytuacja jest zgoła odmienna. To właśnie w Paryżu udaje mu się napisać Zwrotnik Raka i w wieku 43 lat zadebiutować jako „pełnoprawny” pisarz. Zmiana otoczenia i opuszczenie znienawidzonej Ameryki oddziałują korzystnie – Miller w końcu zaczyna czuć się w miarę pewny i zadowolony ze swoich prób tworzenia literatury, niemal dziesięcioletni pobyt we Francji wspominał między innymi tymi słowami: „Przypominało to wybuch wulkanu, przedarcie się przez skorupę”, a o samym sobie napisał, ze był wówczas „potworem w trakcie przeobrażania się”[5].

„Mam wrażenie, że jest to jedyna powieść na miarę człowieka, którą może poszczycić się wiek dwudziesty. (…) Od czasów wojny wszyscy próbują napisać coś takiego jak Zwrotnik.”[6] – napisał w swoim pierwszym liście do Millera jego późniejszy przyjaciel Lawrence Durrell. Zwrotnik Raka wpisuje się w ówczesne trendy pisarskie: to powieść będąca kwintesencją lat trzydziestych, w pewnym sensie katastroficzna, mająca stanowić przestrogę, wywołać zgrozę i wzburzenie, „wysadzić świat”. Równocześnie swoją egzaltowaną narracją, prowadzoną od jednostkowego, egzystencjalnego szczegółu do wszechświatowego ogółu, opowiada czytelnikowi zarówno o samym Millerze poprzez obecność porte-parole, ale także o ówczesnej rzeczywistości, kondycji świata i człowieka. Powieść tę można postawić na półce między Mdłościami Sartre’a czy Na szczytach rozpaczy Ciorana. Jednakże Miller jak na schyłkowego modernistę jest w swojej wizji świata wyjątkowo konsekwentny, nie antycypuje on postmodernizmu czy też elementów kondycji ponowoczesnej, jak niektórzy literaci międzywojnia – bliżej byłoby mu, próbując rozejrzeć się po „naszym podwórku”, do Witkacego niż na przykład Gombrowicza. Miller jest diagnostykiem, badającym świat, ale także wypisującym od razu – mniej lub bardziej skuteczne – recepty. Serwuje soczysty nihilizm, opisuje agonię świata – ale ta agonia może stać się zaczynem agonu. Rzeczywistość i ludzkość są w stanie się przeobrazić, zdaje się twierdzić Miller, i pomimo snucia pesymistycznych wizji pisarz nie utracił wiary w pewne wartości. Wartością i obsesją jest sam świat, ale także prawda. Kolejna idée fixe pisarza, z której uczynił swój artystyczny program. Widać to już w cytatach, służących za motta powieści z jego pierwszej „zwrotnikowej” trylogii, gdzie przywołuje słowa Emersona, Miguela de Unamuno i Piotra Abelarda. Wszelkie obawy autora Czarnej wiosny skupiają się na prawdzie – to znaczy odpowiedzeniu sobie na pytania: kim NAPRAWDĘ jestem, jaki jest świat, kim jest prawdziwy artysta i przede wszystkim – w jaki sposób tę prawdę opisać (aby była prawdziwa, dodałby Emerson). L. Durrell w jednym z listów do Millera napisał:

Kiedy jednak weźmie się pod uwagę zamieszanie, jakiego dokonałeś w dwudziestowiecznej literaturze, wydaje się, że najważniejsze w Twojej twórczości są wątki autobiograficzne, a nie eseje. W tych ostatnich dajesz świadectwo swego życia duchowego i intelektualnego. Natomiast w powieściach czuje się bezpośredni związek z życiem, widać działanie i jego skutki. Dlatego jedynie poprzez tę twórczość można pokusić się o analizę Twoich dokonań. Choć jest to autobiograficzny zapis doznań, poprzez formę ma on również wartość OBIEKTYWNĄ i w ten sposób staje się wdzięcznym materiałem dla krytyka. (DML 231)

Obsesją Millera jest nieustanne dokonywanie wiwisekcji na samym sobie – a poprzez ten zabieg dokonuje on także wiwisekcyjnego rozebrania świata na czynniki pierwsze. Choć w swoich strumieniach świadomości i rozwlekłych monologach wewnętrznych Miller często ucieka się do surrealizmu, to jego nadrzędnym celem jest dążenie do prawdy, próba opowiedzenia czegoś istotnego o sobie, swoim życiu, otaczającym świecie. Durrell miał rację twierdząc, że to wątki autobiograficzne stanowią rdzeń i najważniejszy element Millerowskiej prozy. Wydaje mi się, że to właśnie zbyt surrealizujące fragmenty jego pierwszej trylogii należy uznać za najsłabsze. „Sam stałem się nieco surrealistyczny w Czarnej wiośnie” (DML 26) „Nie staram się z założenia pisać jako surrealista” (DML 28) – zanotował w 1936 roku. „Nieco” to niedopowiedzenie, w swojej drugiej książce Miller wpadł w pewnym sensie w pułapkę surrealizmu, co uwidacznia się gdzieś w jej połowie, w takich rozdziałach jak „Jabberwhorl Cronstadt” czy „Nocne życie”. Podobnie rzecz ma się z kolejną powieścią, Zwrotnikiem Koziorożca, o którym Blaise Cendrars miał napisać Millerowi, że tylko 1/3 tej książki to konkrety. Coś w tym jest – nie sposób jednak odmówić Millerowskiemu „bełkotowi” swoistego uroku. Pisarz prawdopodobnie zastosował się do niektórych krytycznych uwag, ponieważ po zakończeniu przygody ze Zwrotnikami jego styl uległ wygładzeniu i przemianie, stał się mniej „asocjacyjny”. Przyczyną takiego stanu rzeczy była z pewnością kolejna podróż: Miller w 1939 opuszcza Paryż, aby odwiedzić Durrella na greckiej wyspie Korfu i przy okazji zwiedzić Helladę. Tam przejdzie wewnętrzne przeobrażenie, które zaowocuje napisaniem Kolosa z Massouri – książki uważanej przez wielu krytyków za klasykę literatury podróżniczej i najlepszą pozycję w dorobku Millera, a z pewnością będącą jedną z najprzystępniejszych i najciekawszych.

Fiksacja Millera, kurczowe trzymanie się prawdy i rozmyślania o niej, mogą stanowić ratunek dla przeżartego rakiem świata. Narzuca mi się trywialne skojarzenie, ale w tym wypadku w głowie samo pojawia się angielskie to fix: naprawiać coś, utwierdzać, mocować. Miller naprawia świat i utwierdza się w nim przy pomocy wartości – prawdy, miłości, ludzkiej bezinteresowności i życzliwości. Niektórym czytelnikom zapewne nie będzie to w smak, ale Miller był pisarzem skrajnie metafizycznym, w jakiejś mierze piewcą epistemologii, twórcą religijnym. „Bluźniercze” porównania, wybujała wyobraźnia, pornograficzne wstawki – wszystko to, wbrew pozorom, służy tylko i wyłącznie temu, aby jak najdosadniej uwidocznić prawdę o świecie. Cóż, to kwestia smaku. Jednych mierzi Miller obsceniczny, epatujący wulgarnością i seksem, drudzy wzdrygają się na myśl, że ich „ulubiony” kontrowersyjny pisarz mógłby mieć coś wspólnego z religią, więcej – tęsknić za „istotą rzeczy” i prawdą. Tymczasem nie widzę tutaj żadnej dychotomii. Miller sam o sobie pisał, że jest pisarzem religijnym – dlatego postawiłem go w jednym szeregu z Cioranem (nazywającym siebie „człowiekiem religijnym acz bez religii”. Cioran, podobnie jak Miller, dążył do prawdy, ale rozumianej specyficznie, nie jako hipostaza, lecz jako proces wyzwalania się z iluzoryczności[7]). Ten melanż duchowości i obsceny, który odnaleźć można w książkach Millera, nazwałbym Millerowską „eskatologią”. Religijność Ciorana i Millera (i, jak można zasadnie stwierdzić, większości pisarzy nowoczesnych) to egzystencjalna postawa „poszukiwacza”: nawet jeśli świat tętni bólem i jest przeżarty przez raka, światopogląd nihilistyczny nie prowadzi do pogrążenia się w rozpaczy, nie daje zgody na przygodność i relatywizm. Ta perspektywa wyjaśniacza-eksploratora przybliża Millera do filozofii Dalekiego Wschodu.

Jednym z powodów, dla których kładłem w swych utworach nacisk na amoralność, zło, brzydotę, okrucieństwo, była chęć pokazania, że są one równie ważne – jeśli nie ważniejsze – co rzeczy pozytywne. (…) W ten sposób oczyszczałem swój organizm z trucizny. I co dziwne, owa trucizna wywierała kojący wpływ na innych. To tak jakbym ofiarowywał im uodparniającą szczepionkę.[8]

Już w trakcie czytania Zwrotnika Raka wyrobiło się we mnie przekonanie, że Miller był pisarzem skrajnie egzystencjalistycznym i w swojej diagnostyce wyprzedził o ponad dekadę Camusa. Co więcej, były to trafniejsze oględziny. Chorobą cywilizacyjną naszego świata, skazą i plagą ludzkich sumień, umysłów i moralności jest rak, nie dżuma. Zresztą egzystencjalizm Camusa wydawał mi się zawsze nieszczery i naciągany, a on sam egzystencjalistą à rebours, kimś, kto rozprawia o ludzkiej kondycji, po sycącym obiedzie, siedząc wygodnie w fotelu. Tymczasem opis sytuacji egzystencjalnych i granicznych powinien wyrastać z Hamsunowskiego głodu. Thomas Merton tak pisał o Camusie:

Camus zdecydowanie nie jest egzystencjalistą. Opiera swe dzieło na podstawowych założeniach dotyczących natury człowieka, nawet jeżeli nigdy nie ujmuje tych przesłanek w terminologii wyraźnie esencjonalistycznej. Twórczość Camusa to humanizm zakorzeniony w człowieku jako autentycznej wartości, w życiu, które winno być afirmowane wbrew cierpieniu i śmierci, w miłości, współczuciu i zrozumieniu, solidarności ludzi buntujących się przeciwko absurdowi, braterstwo których posiada pewną czystość, gdyż opiera się na odrzuceniu wszelkich złudzeń, wszystkich zwodniczych ideałów, wszystkich kłamliwych i nacechowanych hipokryzją form społecznych.[9]

Czy podobnych zastrzeżeń nie można by mieć wobec Millera? Oczywiście, jednak ten autor, w przeciwieństwie do Camusa, zawsze w centrum stawia siebie, jednostkę, poświadcza swoje przemyślenia doświadczeniem i doznawaniem, nie uprawia suchego teoretyzowania na tematy „ogólnoludzkie”. Dżuma jest jak gorące, nieznośne powietrze Algierii, które opisuje, to powieść bezpłciowa, nijaka. Obcy ze swoją beznamiętnością i brakiem polotu w żadnym stopniu nie zbliża się do zaangażowanej[10] literatury. Niegdyś wydawało mi się, że szanuję i rozumiem egzystencjalistów – dopóki nie zacząłem ich czytać. Sartre w Egzystencjalizm jest humanizmem stwierdza, że egzystencjalizm jest filozofią pozytywną, czym skutecznie mnie do siebie zniechęcił. Zaś w późniejszym okresie autor Mdłości bawił się w wolnomyślicielstwo i komunizm: oksymoron. Filozofia powojennego egzystencjalizmu nie brała swoich korzeni w trzewiach, witkiewiczowskich „bebechach”, choć pozornie miała wynikać z ludzkich namiętności, cierpienia i poczucia absurdu. Znacznie prawdziwsze i ciekawsze spojrzenie na ludzką kondycję przedstawili nie filozofowie, ale literaci – i to w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. Do nich zalicza się właśnie Henry Valentine Miller, człowiek, któremu między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia „wydawało się, że oszaleje”. Przechodząc przez różnorakie przemiany wewnętrzne, zarówno jako człowiek i jako pisarz dramatyzujący i przetrawiający swój życiorys, borykając się z samym sobą oraz ze światem, Miller zdaje egzamin z zaangażowania, wiarygodności swojego pisarstwa.

„Połknąłem świat i teraz go wypluwam” (DML 61) – stwierdził Miller i to przepracowanie „światowej traumy” jest fundamentem jego pierwszych książek. Ale, co znamienne, świat nie zostałby połknięty, gdyby nie próby jego poznania: przekraczanie granic, podróże i ich opisy, walka z samym sobą i z uprzykrzoną rzeczywistością. Nabranie dystansu nie polega tylko i wyłącznie na oddaleniu – „zdystansowanie się” zawiera już w sobie obietnicę pokonania jakiegoś dystansu, pewnej przestrzeni, także geograficznej. Niesie to sposobność zbawienia zamkniętych głów. Osiągnięcie dystansu to nie eskapizm i kwietyzm, to zmiana perspektywy, spojrzenie panoramiczne, które pozwala na podjęcie próby uchwycenia świata i człowieka jako całości. „Nie bez powodu podróż jest przede wszystkim powrotem i uczy, jak mieszkać swobodnie, bardziej poetycko we własnym domu”, stwierdził Claudio Magris[11]. W przypadku Millera jest podobnie – pobyt we Francji i w Grecji zakończył się powrotem do ojczyzny i kolejną peregrynacją, próbą zrozumienia i odnalezienia swojego „domu”. Spotęgowało to jednocześnie marzenia o kolejnych wyprawach, zwłaszcza na Daleki Wschód, który Miller chciał ujrzeć i poznać przed śmiercią. Pisarz nic nie robił sobie z przestróg Canettiego, który twierdził, że ciekawski podróżny może zgadzać się na zło, które spotyka na swojej drodze. Henry-podróżnik jest ciekawy, ale i sceptyczny, kapryśny, i dobrze wie, gdzie i jak rozpoznać zło, a potem rozprawić się z nim za pomocą literatury. Na dobro reaguje zaś ekstatycznym rozczuleniem i zachwytem.

„Jedyna możliwa podróż, to podróż do wnętrza siebie” – stwierdza Miller i jest tak w istocie. Pielgrzymowanie, otwarcie się na świat i na ludzi zapewnia jednostce możliwość odnalezienia i zadomowienia się w swoim jestestwie, pozwala utrzymać higienę psychiczną. Choć cały świat trawi nowotwór, a rzeczywistość to oddział chorych na raka, nie oznacza to, że musimy trwać zduszeni i przygaszeni w chorobie. Frédéric Jacques Temple zwraca uwagę na postawę Millera:

(…)Miller miał wyraźną skłonność do kaznodziejstwa, niewątpliwie z przyzwyczajenia, którego nabrał w młodości (…). Nawet mu na myśl nie przyszło „nawracać”. Nic dziwnego więc, że pociągał go buddyzm, który nie jest ani religią, ani doktryną moralną. Po prostu potrzebował uszu, które by go słuchały, a nie beczących owieczek. Pamiętam, że zaprzeczał, jakoby wywarł jakikolwiek wpływ na niektórych młodych pisarzy amerykańskich, którzy się otwarcie do niego przyznawali, a zwłaszcza na poetów Beat Generation. Za dużo obracał się w kręgach anarchistycznych w młodości, by chcieć uchodzić za Boga albo Mistrza, a tym bardziej za kościół lub Guru.[12]

Wpływ Millera na bitników, choć pisarz temu zaprzeczał, jest czymś oczywistym. Miller czytywał zresztą ich teksty, bardzo pozytywnie wypowiadał się o Kerouacu (wspomina o nim w listach do Durrella). Łączy go z generacją bitu tematyka: motyw wędrówki i silna krytyka rzeczywistości, a konkretnie amerykańskiego stylu życia (który według Millera zapewne ani ze stylem, ani z życiem nie ma nic wspólnego), krwiożerczego kapitalizmu, zgnuśnienia, bigoterii i umysłowej ciasnoty. Zabawne, że druga powieść Millera (pierwszą była The Clipped Wings), wydana dopiero po jego śmierci, nosiła tytuł Moloch – kojarzy mi się to, rzecz jasna, z Ginsbergiem.

Nowy świat nie powstaje wyłącznie poprzez zapomnienie starego. Tworzy go nowy duch i nowe wartości. Nasz świat być może narodził się w ten właśnie sposób, ale dziś jest własną karykaturą. Nasz świat to świat rzeczy. Składa się z wygód i luksusu, a przynajmniej z przemożnej chęci ich posiadania. W obliczu nadchodzącej katastrofy najbardziej lękamy się utraty naszych błyskotek, ozdóbek, wszystkich tych swojskich udogodnień, z którymi wcale nie czujemy się znowu tak swojsko. W naszej postawie nie ma nic z odwagi, rycerskości, bohaterstwa czy wielkoduszności. Nie jesteśmy spokojnym ludem; jesteśmy zlęknionymi kołtunami na roztrzęsionych nogach.[13]

Kolejny wspólny mianownik łączący Millera i bitników to wpływy i fascynacja filozofią Wschodu (Millera pod koniec życia fascynowały i zajmowały także azjatyckie kobiety, co „wypomniał” mu Charles Bukowski w jednym ze swoich wierszy). Filozofia Dalekiego Wschodu to ten element, który pozwolił rozwijać się Millerowskiemu pacyfizmowi, optymizmowi (będącego jednak w stałej symbiozie z pesymizmem: yin i yang), pierwiastkowi miłości oraz obietnicy uzdrowienia, zmiany, jeśli nie świata, to przynajmniej swojego doń nastawienia. Idee orientalnych myślicieli pozwalają wytrwać i innym pisarzom, warunkują charakter ich twórczości. Mam tutaj na myśli na przykład Hermanna Hessego, który już w młodości zetknął się z buddyzmem (ten przemożny wpływ uwidacznia się oczywiście w Siddharthcie). Także Cioran, który odcinał się od tej filozofii, prezentował zbliżoną koncepcję docierania do prawdy, odkłamywania rzeczywistości i umysłu – co podobne jest do mędrców buddyjskich czy Upaniszadów[14]. Bohumil Hrabal i jego uwielbienie dla Lao-cy… Mógłbym wymieniać dalej. Filozofia Dalekiego Wschodu pozwala przetrwać pisarzom, którzy przesiąknięci są dekadencką, pesymistyczną kulturą Zachodnią. Miller stwierdza:

Bez względu na to, co człowiek od tego czasu osiągnął, bez względu na to, jakich cudów dokonał, słowo „Azja” zapełnia jego wyobraźnię niezrównanym przepychem i świetnością. Proroków, uczonych, mędrców, fanatyków, tyranów, cesarzy, zdobywców, wszystkich ich – daleko większych od tych, których kiedykolwiek znała Europa – wydała Azja. Religie, filozofie, świątynie, pałace, mury, fortece, malowidła, tkaniny dekoracyjne, klejnoty, narkotyki, trunki, kadzidło, szaty, żywność, sztukę kulinarną, metale, wielkie wynalazki, wielkie języki, wielkie księgi, wielkie kosmogonie, wszystko to wydała Azja. (…) Azja była natchniona. Wciąż jest. Jeśli w XIII wieku Azja wydawała się ziszczonym snem, to dziś wydaje się nim jeszcze bardziej. Azja jest niewyczerpana. Mongolia, Tybet, Chiny, Indie. Nasze pojęcie o tych miejscach, o ludziach, którzy je zamieszkują, o mądrości, którą posiedli, o duchu, który ich ożywia, o ich zmaganiach, celach i spełnieniu jest bliskie zeru.[15]

Henry Miller w swojej twórczości przekracza granice obyczajowe, progi tak zwanego „dobrego smaku”, pokonuje także granice geograficzne, poszerzając swoją wrażliwość, samowiedzę i sposób pojmowania świata. Porusza się w trzech głównych przestrzeniach: francuskiej (szerzej: zachodnioeuropejskiej), greckiej, by powrócić do Ameryki. Dodajmy do tego uwielbianą Azję, by zauważyć, że Miller jest w swojej twórczości pisarzem wszech-światowym, operującym ekstremalnymi, rozległymi kategoriami świata, ludzkości, całości. Zdecydowanie największe pokłady inspiracji i najwięcej duchowego pożytku pisarz wyniesie z Grecji, która jawi mu się jako kolebka: nie cywilizacji europejskiej, nie cywilizacji w ogóle, ale jako praojczyzna człowieczeństwa. Naiwne mogą się wydać czytelnikowi zachwyty i peany, które Miller wznosi na cześć Hellady i Greków, zwłaszcza Katsimbalisa, tytułowego Kolosa. Według Millera

Grecja jest tym, co każdy zna nawet in absentia, nawet jako dziecko czy idiota lub ktoś nie narodzony. Jest taka, jaką wyobrażamy sobie ziemię, gdyby jej dano sprawiedliwą szansę, Grecja jest podświadomym progiem niewinności. Jest taka, jak w chwili narodzin – naga i całkowicie objawiona. Nie jest tajemnicza, nie jest nieprzenikniona, nie budzi grozy, nie jest wyzywająca ani pretensjonalna. Składa się z ziemi, powietrza, ognia i wody. Zmienia się wraz z porami roku w harmonijnym, falistym rytmie. Oddycha, nęci, odpowiada na pytania.[16]

Pobyt w Grecji to dla autora Czarnej wiosny prawdziwe katharsis. Czuje się wolny, odnowiony, jest przekonany, że odnalazł dobro i harmonię. Grecja jest „lekarstwem na gnębiące nas choroby”[17], antidotum dla nowotworowego uniwersum. Po powrocie z Grecji Miller zawiera w Kolosie z Maroussi wykładnie, które wcześniej, w Zwrotnikach, były jedynie nieśmiałą, ledwie prześwitującą wzmianką. Millerowski pacyfizm i wiara w wartości krystalizują się.

Życie domaga się czegoś więcej – zapału, duszy, inteligencji, dobrej woli. Natura wciąż od nowa naprawia wyrwy uczynione przez śmierć, ale natura nie potrafi zrodzić inteligencji, woli, wyobraźni, potrzebnych do pokonania potęgi śmierci. Natura tylko przywraca i naprawia. Zadaniem człowieka jest wyplenić instynkt mordu o nieskończonych postaciach i przejawach. Na nic wołanie do Boga, tak jak bezcelowe jest odpowiadanie przemocą na przemoc. Każda bitwa jest małżeństwem skonsumowanym we krwi i rozpaczy, każda wojna – klęską ludzkiego ducha. Wojna jest tylko potężnym, dramatycznym przejawem fikcyjnych, czczych i fałszywych konfliktów, które bezustannie wybuchają na całym świecie, nawet w tak zwanych czasach pokoju. Każdy człowiek po trochu przyczynia się do ustawicznych rzezi, nawet tacy, którzy rzekomo stoją na uboczu. Jesteśmy w to wszyscy zamieszani, chcąc nie chcąc wszyscy przykładamy do tego rękę. Świat jest naszym tworem i musimy ponosić odpowiedzialność za skutki naszych poczynań. Dopóki nie zaczniemy myśleć w kategoriach dobra i dóbr dla całego świata, porządku i pokoju dla całego świata, dopóty będziemy wymordowywać się wzajemnie i zdradzać. Jeśli będziemy tego chcieli, może tak pozostać do końca świata. Nic nie potrafi stworzyć nowego lepszego świata, jedynie nasze własne pragnienie takiego świata.[18]

Po raz kolejny świat, znów troska o jego dobro…

Henry Valentine Miller wyróżnia się na tle innych pisarzy amerykańskich. To literat, którego pod względem stylu i tematyki moglibyśmy zaliczyć raczej do nurtu pisarstwa nowoczesnych autorów europejskich – jednak i tutaj należałoby przyjąć pewną poprawkę. Twórczość Millera dostarcza odbiorcy silnych wrażeń, potrafi być sprawczynią szoku natury etycznej i estetycznej, ale daje przy tym czytelnikowi rodzaj osobliwej nadziei. Ta literatura ma swoisty wymiar terapeutyczny i stanowi wręcz niedościgniony wzór splatania (auto)biografii z literaturą. Życie Millera i nieustannie poszukiwana, dookreślana prawda tego życia stanowią lustro, w którym zaangażowany czytelnik może się z łatwością przejrzeć. Miller zaczyna jako egoista, megaloman, „potwór” i „kanalia”, jest piewcą jednostkowości („mnie – tak jak Boga – interesuje wyłącznie indywidualna jednostka”) – lecz wraz ze zmianą swojego nastawienia zmienia się także jego literatura; samoświadomy pisarz rozpruwa swój życiorys, rozkłada na czynniki pierwsze i podaje czytelnikowi na tacy w trylogii zwrotnikowej oraz w trylogii Różoukrzyżowanie. To, jaką lekcję można z tego wyciągnąć, zależy już tylko od czytających. Nasze problemy i kryzysy egzystencjalne pozostają w dużej mierze własnością społeczną, czy tego chcemy, czy nie, przynależymy do wspólnoty. Miller doskonale o tym wiedział; w jego problemach od kilkudziesięciu lat czytelnicy wciąż odnajdują swoje własne zmartwienia i zgryzoty. Autor Klimatyzowanego koszmaru nieustannie toczy walkę z heideggerowskim Nicht-zuhause-sein i ośmiesza leibnizowski optymizm; podobnie jak Voltaire każe uprawiać swój ogródek – nie ma to być jednak bezsensowne walenie motyką po ugorze. Poprzez samodoskonalenie i wartościowe życie naprawiamy swoje relacje: z sobą, ludzkością, naturą. Skupienie się na sobie jest tutaj pierwszym etapem otwarcia się i wzajemnego, uzdrawiającego oddziaływania na świat.

 

Błażej Szymankiewicz

Zobacz także:


[1] Zwraca na to uwagę Lesław Ludwig, zob. Posłowie do Zwrotnika Raka, tłum. L. Ludwig, Kraków 1990, s. 328.

[2] Miller pisze o tym w liście do swojego przyjaciela Lawrence’a Durrella. List ten jest w moim przekonaniu genialnym przedstawieniem sytuacji i drogi pisarskiej artysty-literata. Por. L. Durrell, H. Miller, Listy. 1935-1980, tłum. Z. Stanisławska, Warszawa 2001, list z 1.04.1958.

[3] J. J. Szczepański, Przedmowa do Czarnej Wiosny, tłum. C. Wojewoda, Warszawa 1999, s. 7.

[4] H. Miller, Zwrotnik Raka, tłum. L. Ludwig, Kraków 1990, s. 55.

[5]Por. L. Durrell, H. Miller, op. cit., list z 1.04.1958.

[6]Ibidem, s. 15 (dalej w tekście jako DML wraz z numerem strony).

[7] Zwraca na to uwagę Ireneusz Kania w tekście Nihilista pielgrzymujący (przedmowa do: E. Cioran, Na szczytach rozpaczy, tłum. I. Kania, Kraków 1992).

[8]Zwrotnik Raka, s. 330-331.

[9] T. Merton, Siedem esejów o Albercie Camus, tłum. R. Krempl, Bydgoszcz 1996, s 20-21.

[10]Chodzi tutaj rzecz jasna o „angaż” egzystencjalny.

[11] C. Magris, Podroż bez końca, tłum. J. Ugniewska, Warszawa 2009, s. 10.

[12] F-J Temple, Z biegiem wspomnień, w: B. Cendrars, H. Miller, Korespondencja 1934-1979. 45 lat przyjaźni, tłum. K. Arustowicz, Szwajcaria 1999, s. 19-20.

[13]H. Miller, Klimatyzowany koszmar, tłum. R. Sudół, Szwajcaria 2000, s. 22.

[14] I. Kania, op. cit., s. 11.

[15] H. Miller, Klimatyzowany koszmar, s. 179.

[16]Idem, Kolos z Maroussi, s. 130.

[17] Ibidem, s. 174.

[18] Ibidem, s. 76.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *