Livin’ la vida loca. Latynoskie sentymenty polskich lat dziewięćdziesiątych i późniejszych

Ilustracja: Łucja Stachurska
Odcinek I – Artur Hellich
Odcinek II – Tomasz Jędrzejewski
Ratata!
(Shakira)

I.

Moja babcia wzrusza się do łez, kiedy słyszy Ave Maria. Myślę, że takie samo wzruszenie przeżywały jesienią 1998 roku ona i moja mama, gdy oglądaliśmy wspólnie Esmeraldę. Codziennie, od poniedziałku do piątku, o osiemnastej na TVN. Miałem dziewięć lat i nie odczuwałem tych emocji co one, ale starałem się je zrozumieć.

Główna bohaterka, piękna kobieta z bujnymi, czarnymi włosami, leży w szpitalnym łóżku, a na oczach ma opatrunek. Lekarz, przystojny blondyn, podchodzi i delikatnie zdejmuje bandaż. Esmeralda przeszła operację, dzięki której zaczęła widzieć. Kątem oka patrzę na policzki mamy i babci (tata nie oglądał z nami). Spod ich okularów wypływają łzy. „Płaczecie?” – pytam retorycznie. „Oj, daj nam spokój”. Spoglądam znów na ekran. Esmeralda zachwyca się, kiedy najpierw dostrzega doktora, potem figurkę Matki Boskiej (od razu modli się do niej), a następnie okno z widokiem na zielone drzewa. Ale to nic w porównaniu z tym, co zobaczy po powrocie do domu. Czeka tam na nią jej własne, niedawno narodzone dziecko. Prawie omdlewająca ze wzruszenia bohaterka wchodzi do pokoju, gdzie w białej kołysce leży jęczący bobas, synonim cudu i niewinności. Pochyla się nad nim. Wyglądają razem jak wyjęci z kiczowatych wizerunków Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus. Starsze kobiety (służące?) składają ręce jak do modlitwy i ryczą jak bobrzyce. W tej łzawej telenoweli, z sentymentalno-romantyczną melodią w tle, ich płacz pełni tę samą funkcję co śmiech z puszki w sitcomach. Podpowiada, że czas na emocje.

A ściślej – na szczególny rodzaj płaczu, który wywołują wszystkie latynoskie telenowele melodramatyczne i który stanowi klucz do ich tajemnicy. Nie ma on nic wspólnego z płaczem spowodowanym bólem fizycznym, poczuciem bezsilności czy żałobą. To płacz religijnego uniesienia. Okazuje się, że istnieje coś potężniejszego od nas, nieprzemijającego i uniwersalnego. Tym czymś jest obiektywne Piękno, które w rzadkich chwilach objawia się nam, zwykłym, grzesznym śmiertelnikom, pozwalając odczuć choćby lekki powiew Absolutu. Jeszcze wtedy emocja mamy i babci była mi obca. Teraz dobrze ją rozumiem i sam czasem odczuwam, zazwyczaj podczas oglądania wydarzeń sportowych, kiedy – pomimo przeciwności losu i wobec niedowierzania faworyzowanych Niemców czy innych przedstawicieli bogatego Zachodu – dominują nasi (złoto Zbigniewa Bródki, dawniej rekordy Adama Małysza). Ale doceniam Esmeraldę. Nie dalej niż tydzień temu znalazłem na YouTubie fragment jednego z odcinków. I prawie się wzruszyłem.

Nie był to pierwszy i nie ostatni raz, kiedy sentymentalne, kiczowate romansidło stało się w Polsce takim wydarzeniem. Wcześniej oglądano Niewolnicę Izaurę, później śledzono losy Zbuntowanego Anioła. Mama wyrywała się z pracy i z zegarkiem w ręku wstawiała wodę na poobiednią herbatę. Babcia pokrzykiwała, że reklamy już się kończą. Wracaliśmy z kolegami ze szkoły i w rozmowie okazywało się, że w ich domach też ogląda się telenowele. Z jakiejś przyczyny to właśnie Latynosom udało się odpowiedzieć na zaistniały w sercach Polaków popyt.

Z czego to wynikało? Z bliskości naszych katolickich kultur? Pamiętam, że przykładów udanego transferu świata Latino do Polski było znacznie więcej. Żeby daleko nie szukać: Paulo Coelho. Jego Alchemik pojawił się nagle i zaskoczył polskich czytelników jak zima drogowców. Nie wiadomo było, co z tym zrobić, jak to traktować. Jedni mówili, że to paskudny kicz i stek frazesów, inni – że książka odmieniła ich życie, że to jakaś nowa superliteratura. Nie byliśmy przygotowani na Coelho, polskich księgarni nie zalewały jeszcze powodzie poradników, a słowo coach kojarzyło się co najwyżej z kanapą. Kiedy czytałem słynną mowę noblowską Olgi Tokarczuk, dopominającej się o powołanie „czwartego narratora”, który opisywałby świat przedstawiony z jakiejś niezwykłej perspektywy, pomyślałem, że dla wielu Polek i Polaków marzenie autorki Biegunów spełniło się już kilkanaście lat temu, właśnie dzięki twórczości Coelho.

Nie pamiętam boomu na literacki realizm magiczny, który zazwyczaj prezentował wyższy poziom niż pisarstwo Coelho, ale wydaje mi się, że zjawisko było podobne. Niespodziewanie pojawiły się w księgarniach powieści nieprzypominające niczego, co do tej pory znano. Jedni bezkrytycznie wpadali w zachwyt i wykupywali wszystkie książki z serii „Proza iberoamerykańska”, inni szydzili w prasie krytycznoliterackiej.

Idźmy dalej: muzyka. Moją pierwszą fascynacją był Portorykańczyk Ricky Martin. Jego La copa de la vida, usłyszana akurat w radio, wprawiała w szczególne emocje. Kiedy dziewczynki oklejały swoje pokoje plakatami z Britney Spears, chłopcy – oprócz wizerunków piłkarzy – często wybierali właśnie Ricky’ego, bo dobrze wyglądał, super śpiewał i tańczył, no i w ogóle był fajny. Jego mundialowy przebój istniał w dwóch wersjach językowych: hiszpańskiej i angielskiej, można więc było dyskutować, którą się woli. A jakoś niedługo później w popularnych stacjach radiowych pojawił się intrygujący głos Kolumbijki Shakiry, nagrywającej przebój za przebojem. Od tej pory wiadomo było, co włączać w kulminacyjnych momentach przyjęć urodzinowych, a potem imprezek, by nikt nie narzekał. Nieważne, że część tych wybitnie imprezowych i bezpretensjonalnych hitów była po hiszpańsku: jako dzieci uczyliśmy się ich fonetycznie na pamięć, co ambitniejsi dowiadywali się znaczenia najważniejszych słów refrenu.

Podobnie z piłką nożną. Dobrze pamiętam czasy, kiedy powszechnym idolem nie był jeszcze perfekcyjny i zawsze profesjonalny Robert Lewandowski. Na moim podwórku, a później w klubach dominowała moda na latynoski luz i właściwą mu finezyjną kiwkę, choć te zalety odnosiły się także do Hiszpanów (kto nie marzył o koszulce Raúla Gonzálesa?) i Portugalczyków. Ale najczęściej uwielbialiśmy Latynosów: Brazylijczyków Ronaldo i Ronaldinho, później Argentyńczyka Messiego. Oni ucieleśniali wszystko to, czym nie była i wciąż nie jest toporna, nieefektowna i brutalna piłka w Polsce. Wiadomo, kochaliśmy też francusko-algierskiego Zidane’a, przy czym on, tak jak i później Portugalczyk Cristiano Ronaldo, stanowił futbolową osobistość i zarazem osobliwość, wyjątek od wszelkich reguł. Tymczasem Latynosi (do nich można by jeszcze dopisać Rivaldo, Neymara), choć wszyscy na swój sposób wyjątkowi, byli jakoś reprezentatywni dla stereotypu południowoamerykańskiego gwiazdora futbolu. Pamiętny gol Ronaldinho z Chelsea stanowił wydarzenie, które następnego dnia – na nierównych, betonowych boiskach z bramkami bez siatek – wszyscy próbowaliśmy nieudolnie odtworzyć. Tak mógł strzelić tylko geniusz, ale geniusz właśnie latynoski, który nigdy nie zapomniał, że w piłkę gra się dla przyjemności, i na Camp Nou zachowywał się tak, jakby bawił w siatkonogę na słonecznej Copacabanie. Grał z fantazją i od niechcenia, bez cienia grymasu zdyszanego polskiego piłkarza (który chciał, ale nie mógł).

Zdaję sobie sprawę, że cały czas odnoszę się do przykładów z przełomu lat dziewięćdziesiątych i zerowych. W moim dzieciństwie, które przypadało na ten okres, produkty kultury latynoamerykańskiej pojawiały się nagle jako objawienia, by później stać się nieodłącznym elementem (czy tylko mojego?) duchologicznego elementarza. Pewnie było tak dlatego, że gdzieś od lat osiemdziesiątych, wraz z otwarciem na Zachód, zaczęliśmy łapczywie pochłaniać kulturę nie tylko Europy i północnej Ameryki, lecz także krajów latynoskich. O nich wiedzieliśmy chyba najmniej, więc one potrafiły najbardziej nas zaskoczyć. Żywiliśmy się barwnymi wyobrażeniami, które chętnie nam podsuwano. W Ameryce Łacińskiej istniały rody skazane na sto lat samotności, piękne kobiety przeżywały dramatyczne rozterki serca w ogrodach z palmami i osłonecznionych willach, na ulicach miast w środku dnia śpiewano i tańczono sambę, a na biednych i groźnych przedmieściach rodzili się genialni piłkarze. Świat Latino jawił się jako egzotyczny i pociągający, a zarazem jakiś taki bliski. Na pewno było tak ze względu na (zrozumiałą dla nas) jego emocjonalną religijność, a zwłaszcza z uwagi na dominujący w nim kult wolnej ekspresji i luźnej improwizacji, których niechętnie uświadamianym rewersem są – całkiem dobrze nam znane – prowizorka i tandeta.

Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że być może w zwierciadle świata latynoskiego dostrzegliśmy samych siebie w lepszych wersjach i w lepszej (a na pewno bardziej pogodnej) rzeczywistości. Podwórkowy grajek, leniwy i zarazem głodny zachwytów nad sobą, chętniej niż niezawodnego Franza Beckenbauera ujrzy w sobie Ronaldinho, który przez cały mecz się nie przemęcza, by potem jedną zagrywką („efektownym sztychem”) zmienić jego przebieg. Nieśmiałemu tancerzowi łatwiej zacząć podrygiwać do Despacito, wszak na teledysku wszyscy tańczą – nie trzeba znać ruchów, nie trzeba specjalnie się starać. Wystarczy bardzo chcieć, powiada znów Coelho, a cały wszechświat będzie potajemnie sprzyjał naszym zamiarom. Wystarczy być dobrym, zwyczajnym i oddanym Bogu człowiekiem – dowiadujemy się z Esmeraldy – a u kresu naszej drogi popłyną nam z oczu łzy szczęścia.

Cóż – odpowiem nieśmiało – była to i tak niewielka rekompensata za poziom naszej piłki na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, za niepewność czasu przełomu i dramatyzm ekonomicznej zmiany, za muzykę i tańce towarzyskie na naszych przaśnych weselach, wreszcie za zmęczenie całym tym kinem moralnego niepokoju, przygnębiającym jak widok samotnej hałdy i ciężkim jak worek brunatnego węgla…

II.

Kiedy w zachodniej telewizji – odkrytej w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – MTV i Viva rozbrzmiewały hity Ricky’ego Martina albo Shakiry, a także piosenki co prawda europejskie, ale wzorowane na tamtych (Bellini – Samba de Janeiro, Sash! – Ecuador), nie miało znaczenia, że to określony muzyczny genre: latino. To była raczej lubiana przez dzieci i młodzież muzyka. Ja też uważałem ją za fajną. Nie gorszą od tego, co wcześniej włączał ojciec z płyt winylowych.

Telewizja odgrywała kluczową rolę w formowaniu nowego gustu muzycznego. Z importu trafiały do nas kawałki hip-hopowe, rockowe, popowe, disco, techno. Miszmasz i groch z kapustą. Stacje telewizyjne uprawiały wolną amerykankę, co było dużą zmianą w obsłudze gustów kultury rozrywkowej wobec dekad wcześniejszych. W tych stacjach nie było już etatowego gatekeepera, który podpowiadał, co dobre i czego warto słuchać. W jakimś sensie gust zaczął się pauperyzować, bo zamiast autorytetów Wojciecha Manna albo Marka Niedźwieckiego pojawili się emitenci muzyki trochę z zawodu, a trochę pewnie z przypadku. Oczywiście Mann i Niedźwiecki, przeze mnie także szczerze podziwiani, wciąż byli obecni (Niedźwiecki nawet na MTV), ale obok nich znaleźli się inni. Tacy bardziej do nas – nastolatków – podobni, choćby wiekiem. Na komercyjnych kanałach puszczali muzykę, która się spodoba dzieciakom, która chwyci i którą uczniowie będą nagrywali na kasety. (Później te dzieci dorosną i będą to samo odtwarzać z YouTube’a). Miało to swoje minusy, ale i spory katalog plusów.

Z pauperyzacji gustu często jest sporo pożytku, bo z czasem okazuje się, że to, co traktowano jako pauper, objawia swoje zalety. Z brzydkiego kaczątka robi się łabędź, z nieznanej piosenkarki urodzonej w Barranquilli – gwiazda świecąca nam już ćwierć wieku[1]. Nie chcę przez to powiedzieć, że „stara dobra muzyka” nadawana w radiowej Trójce już wtedy się przeżyła i że to właśnie latino ją przyćmiło. Ale w jakimś sensie bezpośredniość, umiejętnie wyprodukowana spontaniczność czy wprost naiwność, kazały odbierać nowe latynoskie dźwięki w diametralnie innych rejestrach.

W mojej nastoletniej świadomości istniał taki rodzaj muzyki, który kojarzył się z etosem radiowca. Ten etos ma swój specyficzny głos: niski, męski, często zachrypnięty. Głos mówił, jak było kiedyś na koncercie Stonesów („Teraz z państwa głośników zabrzmi Satisfaction”). Niezależnie, czy był to rock, pop-rock, jazz, blues czy jeszcze coś innego, to miałem wrażenie, że nie zrozumiem i nie docenię, choćbym chciał. „Za perkusją Heniek Warysiuk, bas Maciek Skowron, wokal Rysiek Mazurkiewicz…” – hermetyczny świat, którego i tak nie poznam. Na kontrze do tego wszystkiego najwyraźniej zagrało właśnie latino – i ono akurat zapraszało mnie do środka.

Kiedy oglądało się teledyski z lat dziewięćdziesiątych i niemal wszystkie późniejsze – aż do Despacito, to widziało się obrazy barwne, słoneczne, energetyczne, ludzi serdecznych i rozbawionych jak podczas wiecznego karnawału. Ale co mi się wydaje najważniejsze, to fakt, że były to migawki z krajów, gdzie jest ładnie, mimo że ubogo. Co mogło być atrakcyjniejszego w tamtej epoce i w naszym kraju, gdzie było ubogo i bynajmniej nie ładnie? Częste w latynoskich hitach sceny imprez wydawały się megaimprezami, na które i my przy odrobinie szczęścia (gdyby tylko urodzić się w Kolumbii!) moglibyśmy trafić. Wystarczyłoby mieć garść pesos w kieszeni na drinki. Lambada (1989) Kaomy przedstawia przednią zabawę w zwykłym plażowym barze. W Estoy aquí (1995) Shakiry jesteśmy w baśniowej atmosferze, mimo że akcja rozgrywa się w gospodarstwie wiejskim, jakie mogłoby znajdować się nie tylko na kolumbijskiej prowincji, lecz również w dowolnym miejscu Polski. Jak pierwszy raz zobaczyłem klip Luisa Fonsiego, zauważyłem, że nagranie zaczyna się od motywu wiszącego prania, odrapanych desek i chłopca łapiącego trzepoczącą kurę. Tak bywa przecież nie tylko w Puerto Rico.

Wiadomo: Ameryka Południowa jest obszarem ubóstwa i protestu społecznego. W muzyce to także się odbija. Nie przez pomyłkę Michael Jackson pojechał do brazylijskiego Salvadoru, żeby nakręcić klip do They Do Not Care About Us (1996). W teledysku do kultowej już Gasoliny (2004) Daddy’ego Yankee przewijają się obrazy portorykańskich chłopców z ulicy, gotowych chyba nie tylko do rozbijania szyb. Może to paradoks, że akurat taka muzyka wprawia nas w dobry humor. Nie możemy mieć sobie jednak tego za złe: Gasolina powstała do dobrej zabawy. Pod względem społecznej symboliki wiele kawałków latino zbliżało się do hip-hopu: nawiązywało porozumienie ze światem prostym i niewystawnym. Jednak rapsy od początku miały w sobie coś napastliwego, a latino przeciwnie. Gniew rozładowywał się w emocjach sportowych i tanecznych. Ekonomiczny niedostatek na chwilę przestawał dokuczać, obszar ubóstwa w magiczny sposób przeistaczał się w pięknie malowany krajobraz prowincji. Można odnieść wrażenie, że i Jan Kochanowski zasmakowałby w Estoy aquí, a Juliusz Słowacki nie pogardził wodospadami z Whenever, wherever (2001). Kiedy hip-hop ostrzega cię, żebyś nie przyjeżdżał do Kielc i żebyś nie zadzierał ze „scyzorykami”, to latino zaprasza na imprezę bez biletów i dla każdego.

Ten demokratyczny rys latino sprawia, że to właśnie w tym nurcie stworzono największe futbolowe hity, hymny Mistrzostw Świata: w 1998 roku La Copa de la Vida Ricky’ego Martina, w 2010 roku – Waka waka Shakiry, piłkarską piosenkę wszech czasów. Futbol i muzyka latynoska podają sobie ręce i wyciągają je również w stronę zwykłych ludzi, dziewczyn i chłopaków, biegających po zakurzonych boiskach i placach. Fala popularności muzyki latynoskiej zbiegła się w czasie z okresem, nie pierwszym i nie jedynym oczywiście, wielkiej chwały piłkarskiej reprezentacji Brazylii. Wtedy canarinhos mieli czarodziejów, jakich świat nie widział. Duety Romário – Bebeto (mundial 1994; złoty medal); Ronaldo – Rivaldo (mundial 1998; srebrny medal); Ronaldo – Ronaldinho (mundial 2002 – złoty medal). Ich się właśnie podziwiało. Jeszcze zanim zaczął się mecz, widać było różnice – nawet w sposobie spoglądania w kamerę – między gwiazdami z Anglii, Francji i Niemiec a Brazylijczykami, w których było coś, co nazwałbym portugalskim słowem espontâneo. Mówiło się o latynoskim tańcu z piłką i odnosiło wrażenie, że tak samo jak w finale Mistrzostw Świata canarinhos graliby (i być może rzeczywiście kiedyś grali) na klepiskach i betonowych podwórkach. Razem z nimi moglibyśmy pójść do klubu i tańczyć wężykiem jak w Lambadzie.

Moje ówczesne wyobrażenia na temat kultury latynoskiej były naiwne. Trudno jednak, żeby były inne. Naiwność naiwnością, ale mieliśmy odbiorniki – nie tylko radiowe i telewizyjne, lecz także mentalne – żeby przyjmować tę kulturę na odpowiednich falach. Latino wytworzyło swoją własną estetykę, swoich bohaterów i swój karnawałowy nastrój, a tego chyba w potransformacyjnej polskiej rzeczywistości brakowało. Czy była w tym jakaś wyższość nad innymi nurtami muzyki popularnej? Może nie, ale różnica z pewnością istniała. Wokół rapu, grounge’u, rocka, metalu wytwarzały się subkultury, a to jednak oznaczało jakąś insajdowość. Gdy na imprezach ktoś włączał Ice Cube’a, Nirvanę albo Sepulturę, z któregoś kąta zawsze odzywało się charakterystyczne „oeeesuu”. Muzyka latynoska wywołała najmniej tego typu narzekań i nie dzieliła ludzi na muzyczne sekty.

Kiedyś ktoś powiedział mi w rozmowie, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ludzie gromadzili się w małych stłoczonych mieszkaniach. Nawet muzyka rockowa była w społecznym użytku muzyką kameralną, dobrą do tego, żeby wyszaleć się na prywatce u przyjaciół. W latach osiemdziesiątych moda na syntezatory i w ogóle na elektronikę oznaczała przesunięcie gustów i przyzwyczajeń: ludzie bawili się coraz chętniej w klubach, gdzie oprócz znajomych zbijał się też tłumek nieznajomych. Jednak dopiero z początkiem lat dziewięćdziesiątych przyszła łącząca ludzi rewolucja latino. W teledyskach widać otwarte przestrzenie: plaże, morze, góry. Działało tu chyba to samo prawo co w futbolu: antyekskluzywizmu i poczucia, że wszyscy są zaproszeni do gry i zabawy. Ekskluzji podlegali tylko ci, którzy nie chcieli się dobrze bawić, cała reszta była mile widziana.

Shakira śpiewa od dwudziestu pięciu lat. Coś mi mówi, że w przeciągu tego ćwierćwiecza zmieniłem się bardziej niż ona. Cieszy mnie to. Nawet jeśli ja nie jestem odporny na upływ czasu, to inne rzeczy (i ludzie) umieją się uodpornić. Gdyby jednak jakimś przykrym zbiegiem okoliczności zdarzyło się tak, że Shakira zejdzie ze sceny – i skończy karierę tak jak kiedyś Romário, Ronaldo, Ronaldinho, za parę lat Messi czy Neymar – to i tak nas nie opuści. Dźwięki Waka wakaBicyclety będą lecieć z głośników naszych laptopów. Przy odpowiednich okazjach wciąż będę włączał hity, do których bawiła się generacja dorastająca pod koniec XX wieku.

***

Na dłuższą metę latino nie okazało się pewnie receptą na szczęście. Emocje, które budziły hity, seriale, powieści i popisy gwiazd futbolu, dziś są już tylko sentymentami (prawdopodobnie takimi samymi, jakie w czasach Lambady wywoływali Beatlesi albo Pink Floyd). Jednak na krótszą metę – było ono czymś więcej niż tylko modnym nurtem kultury popularnej. Zasięg zjawiska i jego siła w różnych wymiarach życia sugerowały, że z importu dostajemy ciekawszą ofertę do wzruszeń. To, że nasze disco nas drażni, a disco z Iberu porywa do karnawałowej zabawy – mówiło coś ważnego o przemianie gustu, na który przyszedł najwyższy czas. Było coś niesprawiedliwego w tym, że gdy stamtąd płynie disco latino, u nas słychać disco polo. Że gdy Ronaldo podnosi w górę puchar mistrzostw świata, my wciąż razem z rodzicami i dziadkami próbujemy wzruszać się golem Polaków na Wembley w 1973 roku, kiedy Shiltonowi piłka prześlizgnęła się pod brzuchem.

Artur Hellich, Tomasz Jędrzejewski

[1] Shakira.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *