„Myślisz, że jesteś taki super, że ekstra kolo z ciebie?
choć raz chcę usłyszeć, jak wyjesz z bólu – posłuchaj rapu!”
Trener Szewczyk
Ich twórczość to brutalny demakijaż rzeczywistości, oparte na absurdalnych podstawach gorzkie zderzenie ze światem. Czasem wywołujące rozpaczliwy śmiech, czasem ironiczny uśmieszek, a jeszcze kiedy indziej – smutny uśmiech. W „Machinie” pisali o nich „czarna komedia z prawdziwie murzyńskim soundtrackiem”.
Zaczynali wtedy, kiedy zaczynał polski rap. I zaczynali jako kapela punkowa. Dziś mówi się o nich, że to hiphopowcy. Ale tak właściwie to nie wiadomo, co oni grają. Raz słychać jazz, raz funk, innym razem – synth-pop. A czasem rzeczywiście pobrzmiewają gitary. Kompletnie nie wiadomo, co z nimi zrobić, gdy chce się ich gdziekolwiek zaklasyfikować. Nie wiem też, czy jest w Polsce drugi zespół z tak zróżnicowaną publiką. Słucha ich przede wszystkim młodzież – inteligentna, pseudointeligentna i głupia; hip-hopowa, rockowa, indie, metalowa, jazzowa, reggae i electro. Oni sami za bardzo nie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi, ale nie można powiedzieć, żeby ich to jakoś specjalnie obchodziło.
Melancholijna błazenada Afro Kolektywu, jak ją określają w „Lampie”, posyłająca ironiczny uśmieszek mądrościom prezentowanym nam dotąd przez polskich raperów, daje się podziwiać na czterech płytach: nielegalu Negatywne wibracje, Płycie pilśniowej, Czarno widzę i Połącz kropki. Z płyty na płytę coraz lepsi i coraz bardziej dopracowani, w tekstach coraz bardziej „przechodzą samych siebie”, a Afrojax ma coraz mniejsze problemy z wymawianiem „r”. Swoją drogą, zawsze mnie to fascynowało – facet ma problemy z wymawianiem „r”, a zostaje MC. I ludzie nie zwracają na to uwagi, bo nikt na całej polskiej scenie hiphopowej nie potrafi tak dobrze operować głosem. Co więcej, często słyszy się opinie, że jego wada wymowy nadaje twórczości Afro Kolektywu jeszcze więcej czarnego humoru.
Negatywne wibracje wydali własnym nakładem w 1999. Płyta rozeszła się w Warszawie w około 200 egzemplarzach i Afro Kolektyw pokazał się światu. W jaki sposób? O rany. To jest najbardziej absurdalna płyta, jakiej w życiu słuchałam. Większość piosenek, jaka się na niej znalazła, pojawiła się również na Płycie pilśniowej, więc może płynnie przejdę w swej opowieści do twórczości legalnej… Płyta pilśniowa była nagrana w całości jako live band, na żywych instrumentach, co w polskiej muzyce hiphopowej spotykane jest rzadko (żeby nie zaryzykować stwierdzenia „wcale”). Nie miała żadnej promocji. I była niespecjalnie znana aż do wydania reedycji Płyta pilśniowa/Czarno widzę. Wtedy to zaczęto się zachwycać Smutnym i nudnym, Karlem Malone’em czy Czytaj z ruchu moich ust (wszystkim, którzy znają Afro Kolektyw, rozbrzmiało właśnie w głowie: „już jako młokos / najbardziej lubiłem, gdy murzyn bił w kokos”). Nie wspomnę o Seksualnej czekoladzie, bo się wstydzę.
Nie wiedzą jeszcze, jak trafić do publiczności. Ostatecznie, „nigdy nie wiadomo, co ludzie kupią, a do czego raczej obrócą się tyłem”; Afrojax wyznaje jedynie: „nie chcę być nikim, bo tym już byłem” (Smutny i nudny). „No bo nikt nas ze złudzeń nie odrze / jest wyjątkowo niedobrze / mój Boże, Boże jak niedobrze / Chryste Panie jak strasznie niedobrze” – tyle na temat własnych początków w branży. „Gdyby było od razu wiadomo, czym ludzi uraczyć / to dziś bylibyśmy piękni, sławni i bogaci. / A my gdzie? Nigdzie. Stoimy bez gaci”. Ale jako muzycy nie mają jeszcze wtedy na co narzekać – jeszcze nie wiedzą, że zostaną źle przyjęci i jeszcze nie ma 2002 roku, kiedy to opuszcza ich współzałożyciel Nestor. Afrojax nie ma się jeszcze na co wściekać i polska scena muzyczna nie jest jeszcze dla niego tak poważnym rozczarowaniem [pisze o tym szerzej Łukasz Konatowicz na porcys.com]. Jeśli chodzi o teksty, płyta wydaje mi się odrobinę mniej dojrzała i z pewnością o wiele mniej zgorzkniała niż następne (choć już wtedy słyszymy w Seksualnej czekoladzie: „jesteście za głupi na mój mesaż”). Płycie pilśniowej z pewnością czegoś brakowało i z pewnością coś było w niej niedopowiedziane. Może sam Afrojax, który zdefiniował się jako artysta chwilę później? Większość z nas zaczynała przygodę z Afro od ich następnej płyty. A o Płycie pilśniowej sam Afrojax pisał na stronie internetowej zespołu: „Mogło być gorzej”.
Czarno widzę z 2006 roku to wielkie odświeżenie – zarówno dla samego zespołu, jak i słuchaczy. Od Czarno widzę zaczyna się dla mnie prawdziwy Afro Kolektyw. Doskonały wstęp do Połącz kropki, czyli najlepszego krążka w ich karierze. Jak mówiłam na początku, Afro Kolektyw nie przestaje nad sobą pracować. W wywiadach z nimi często można przeczytać w różnych (raczej dość skromnych, oni są niemożliwie skromni!) kontekstach, że „zaskoczyli samych siebie” lub „przeszli samych siebie”. „Przerażające idiotyzmy mojej sztuki, które nigdy nie przestaną mnie zachwycać…” – mówił o sobie Gombrowicz, a oni „przechodzą samych siebie”, bo sami już nie rozumieją własnych tekstów (Połącz kropki). Dla mnie z płyty na płytę „przechodzą samych siebie” w zupełnie innym sensie – po prostu przestają panować nad własnym geniuszem i stają się tak dobrzy, że już tego nie pojmują. Czarno widzę to był pierwszy taki przełom i nie chcę myśleć, co by było, gdyby zawiesili działalność przed tą płytą. Mieli zawiesić. Mam ciarki na samą myśl.
Płyta jest muzycznie znacznie spokojniejsza niż późniejsza Połącz kropki i z tego powodu jest też niemożliwie depresyjna. Gorzkie i chwilami dość rzewne podkłady w połączeniu z przytłaczającą i wulgarną treścią („proszę pana, no skąd / czuwa nad panem Bóg / nie wszyscy pana w dupę kopną / są ludzie bez nóg” w Czarno widzę) to dla słuchacza dość okrutne połączenie. Czarno widzę to płyta, do której trzeba mieć nerwy i płyta, na którą trzeba mieć nastrój. Muzykom nie zależy przecież na tym, żeby się nam podobać. Muzycy są obrażeni na polską scenę muzyczną. Wcale nie chcą być dla nas mili. Mówią o sobie: „Afro Kolektyw – dźwięk mętny, a teksty do korekty” (Mamo co to jest Afro Kolektyw) i mówią do nas: „czy bawicie się źle? to wspaniale!” (Gramy dalej). Co za świnie.
Mimo wszystko jest to płyta, do której się wraca. Być może przez czysty masochizm. Wsłuchiwanie się w kawałki takie jak Czarno widzę, Trener Szewczyk, Dziesięć sekund czy Paranojanabloku pogłębia istniejące w nas już problemy egzystencjalne i z powodzeniem tworzy nowe, a przesłuchiwanie całości wzbudza negatywne nastawienie do dosłownie wszystkiego. Ale to nic. Dla momentów typu: „jasne, że będzie / oczywiście, że będzie / naturalnie, że będzie / mała tancereczko” (Dziesięć sekund) włącza się konkretne piosenki po kilka razy z rzędu. Czarno widzę to śmiech przez łzy. Osobiście kocham jeszcze wszystkie zabawy językowe Afrojaxa: „poszliśmy na spacer, usiadłem na ławce / mówiąc JeZU ChrySTE, bo przesunął mi się akcent”, czy: „płaczesz…? straszne! zajrzyj do umowy / choć twoja nagość sprawia mi radość, bo jestem z Częstochowy” (Paranojanabloku). Okropnie mnie to śmieszy, nic na to nie poradzę.
Trudno powiedzieć, czy krążek Czarno widzę odniósł sukces. Na płytę Połącz kropki (z połączonych kropek na okładce powstaje Afrojax z wycelowanym w nas pistoletem) czekali jednak z pewnością już zdeklarowani fani. I w listopadzie 2008 r. większość z nas doznała totalnej ekstazy już po usłyszeniu pierwszych słów. „Jestem Franka Sinatry nieślubnym dzieckiem / i wiecie, w ten właśnie sposób odziedziczyłem wszystko i więcej / oprócz słuchu, wyglądu i głosu” (Chciałbym umrzeć zagłaskany na śmierć). Trudno było się po tym nie poderwać. Nie było żadnych wątpliwości, że są bardzo dobrze uzbrojeni. „O w dupę, nie widziałaś nigdy z bliska rapera? / no, to się rozkoszuj tym widokiem, teraz!” – mówi Afrojax, a ja nawet dziś, po dwóch latach, jestem na granicy omdlenia. Obrzydliwy, flegmatyczny i ponury Jax z Czarno widzę nagle uderza energicznie, mocno i prowokacyjnie. Afro Kolektyw to nagle muzyka, którą można wlać rano do kawy. Muzyka, która pobudza. Tak doskonale dopracowana, że nawet po dwóch latach się nie nudzi.
Jax powiedział o tym krążku w „Lampie”: „zawsze chcieliśmy być z boku, a teraz jesteśmy tak z boku, jak chyba jeszcze nigdy w życiu nie byliśmy”. W utworze Łzy w uszach rozprawia się z polskim show-biznesem w sposób dla siebie typowy: opluwa wszystkich, deprecjonując samego siebie. To cecha charakterystyczna dla piosenek Afro Kolektywu – w każdej z nich kryje się drugie dno i dopiero po którymś z kolei odsłuchaniu zaczynamy rozumieć, że znaczenie tekstu jest zupełnie inne, niż się pozornie wydawało. We Łzach… deszcz paskudnych obelg kierowanych w stronę znajomych z branży („widzisz się w świetle estrad? super! / Hitler też chciał uprawiać sztukę”) kończy się stwierdzeniem: „jeszcze zaskoczymy świat spełnioną misją / docenią nas remizy i garaże / ale żeby dokonało się nasze posłannictwo / my – ludzie z powołaniem – się musimy trzymać razem”. Autoironicznego efektu dopełnia radosny bit z gitarowymi wstawkami, przyspieszający komicznie pod koniec utworu, gdy Afrojax wykrzykuje do audytorium: „słuchajcie wszyscy, ponieważ mamy piękny głos”. Śmiech przez łzy? W uszach…? Swoją drogą, czy jest na świecie coś bardziej irytującego i głupio śmiesznego niż łzy w uszach?
W Mozart pisał bez skreśleń Afro rymuje po polsku, zupełnie jak Joka, Dab i Magik w piosence Język polski k44 i Wzgórza Ya-Pa 3. Przedstawia się jak Wilku w Życiu Warszawy Hemp Gru, a następnie oznajmia, że „dziś w tym tracku nam sprzeda oldschool / bo dawniej było MEGA po prostu”. Na skrzypcach pięknie przygrywa Wojtek Krzak z Kapeli Ze Wsi Warszawa, gdy Jax wyśmiewa postępujący badziewizm, polaczkowość i stereotypową ocenę innych narodów poprzez pozornie kompletnie niepasujące do siebie skojarzenia. I te skrzypce w połączeniu z ciut zwariowanym bitem każą podziwiać nawet najdziwniejsze teksty, bo wszystko naraz tworzy spójną i doskonałą całość. „Dziś piszczę, dziś się ze sobą pieszczę / dziś pieprzę, a fakty takie są / że jeszcze lat temu dwieście / Mozart pisał bez skreśleń, ziom” – kwituje raper. „Śmiech niekiedy może być nauką” – powiedziałby Krasicki? A jeśli chodzi o uproszczenia, schematy i zakłamanie, Jax wchodzi ze swym absurdalno-smutnym orężem w Połącz kropki na barykady i zejść nie chce. Satyrę na bezmyślną krytykę doniesień mediów znajdziemy w Bardzo miło z mojej strony, a stereotypowe myślenie o Warszawie zostaje przedstawione w bardzo bolesny sposób w Warschau Breslau Lemberg (gościnne zwrotki nawinęli Roszja i Dana). Bolesny, bo jak mówi Jax w „Lampie”: „Znasz gazetowe stereotypy na temat życia w Warszawie i oczywiście nie utożsamiasz się. Ja tak mam. Ale kiedy się głębiej zastanowię, to dochodzę do wniosku, że stereotyp stolicy jako miasta o największym stężeniu biurw na metr kwadratowy jest boleśnie prawdziwy. Bo sam taką biurwą jestem”. W piosence 99907 będzie mu z tym jeszcze gorzej. W 99907 boli go zresztą wszystko, wyraża to w jednym z moich ulubionych wersów na płycie: „moja kondycja jest tak kiepska / że wam zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Co tydzień ten sam tydzień od nowa / pisze wiersze na kartkach z nagłówkiem „umowa” i żeby nie zasnąć liczy, / ile ma jeszcze zleceń na pulpicie”.
Z tego typu rozważań wynurza się egzystencjalny problem wolności i co za tym idzie – bierności, do której trudno się przed sobą przyznać. Piosenka Najlepszy informatyk w mieście miała się pierwotnie nazywać Jak nie poszedłem walczyć w powstaniu („spod łóżka życzę zwycięstw”). Jak bardzo chcemy być obojętni wobec nieszczęść świata? I jak bardzo świat się na nas mści, gdy postanowimy go zmieniać? – „prosi o wsparcie dla biednych / taki pech, że gdyby była głuchoniema / dostałaby z fundacji komplet dzieł Chopina”. Jax nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności. Dawał temu wyraz już wcześniej – „z drogi, patrzcie na mój jogging, patrz jak biegnę / magister eskapologii sprawdza sprawność swoich ścięgien” (Trener Szewczyk). Ale czy Afrojax-nihilista na pewno umie „wcisnąć «zignoruj» i «akceptuj» jednocześnie”? Ostateczne rozwiązanie naszej kwestii każe nam się nad tym zastanowić. Filip Jaślar z Grupy MoCarta gra na skrzypcach, gdy… niektóre teksty należy przytoczyć w całości i nie komentować ich ani jednym słowem:
„Będzie koniec świata, a ja mam na tę uroczystość już karnet
Wyglądam przez okno, dochodzę do wniosku: niebo nad miastem jest całkiem czarne
Kupiłem klarnet, jest w środku pusty, ty absorbujesz alkohol z puszki
Ja obserwuję z zewnątrz te uczty, szlochając w jedwabne poduszki
Zapuszczam wąsy, ty kontemplujesz zamiast konstelacji gwiazd pląsy
Ja mam wstręt do seriali, bo ten, w którym gram, jest ekstremalnie nużący
Kwintesencja dołu skali, co dzień rutyna tak repetytywna
A ludzie zglajchszaltowani, sam przyznasz, wyzuta z uczuć i myśli mielizna
Ucieczka od wyzwań, ambitnych nie ma, prospekt przykry jak cholera
Inteligencja to mit i umiera, muszę być w opozycji z założenia
Banał niczym totem, realizujesz sama – jesteś robotem
Konformizm to kanał, wspierasz głupotę, bo w twoich planach wszystko będzie okej
Bo życie to żart, nie obchodzę cię ja, kontynent, ani kraj
Ani to, że bliskowschodni kontyngent wdepnął w szajs, a etylina dalej droga jak fahrenheit
A ja mam pewien zasób wiedzy, moi są lepsi niż twoi koledzy
Wrażliwość większa niż ta którą masz w sobie, a moja żyletka lepsza niż cokolwiek
Co na to powiesz? Gatunek człowiek zobaczy game over na ostatnim poziomie
Pełne debili szkoły i centra handlowe, każdy jest błaznem, nikt profesorem
Kompetencje to przeszłość jak ORMO, wiedza aktorek predestynuje je do porno
Matematycy się w obliczeniach p***dolą, a raperzy nie potrafią jechać na wolno
Zdążyłem wszystkich znienawidzieć, zajęło mi to mniej więcej tydzień
Bóg dawno umarł – tak rzekł Nietzsche, ty palisz trawę, ja palę znicze
Śmiem twierdzić, że jestem w tym odważny, gdy ogół czyta tylko rozkłady jazdy
Z brakiem refleksji wdrukowanym do jaźni
I tańczy te same figury co każdy
Nikt nie wie, czego szukać, moja sztuka jest lepsza niż twoja sztuka
Wrażliwość większa, niż ta, którą masz w sobie, a mój metr liny lepszy niż cokolwiek
W ogóle jestem lepszy od ciebie, moje idee sięgają głębiej
Zbyt mało to lepiej niż zbyt dużo sił, mój list pożegnalny ma nienaganny styl”.
„Tak rzekł Nietzsche”. W twórczości Afro Kolektywu można dopatrzeć się setek odwołań do nieztscheańskiej filozofii. Przede wszystkim – odwieczna walka dionizyjskości z apollińskością. Afrojax walczy z pozornością i obrazowaniem, właściwie w każdym swoim tekście udowadniając chaotyczną nieokreśloność, dzikość i mrok, stanowiące istotę wszelkiego życia, a słuchanie jego muzyki potrafi wywrzeć wpływ podobny do tego, jaki na Greka wywierało spojrzenie na roztańczony orszak bachantek. W niemal wszystkich swoich utworach odwołuje się też do nietzscheańskiej woli mocy, pędu ku sile. Natomiast Ostateczne rozwiązanie…, traktujące o upadku najwyższych wartości, przywołuje słowa: „Gott ist tot”, co stanowi punkt wyjścia do brutalnej krytyki nihilizmu.
No dobrze, a co z kobietami…? Również w kwestii relacji damsko-męskich na płycie nie brakuje szczerych wyznań. Przepraszam i Mężczyźni są odrażająco brudni i źli to utwory w całości poświęcone odwiecznej walce mężczyzn z pierwotnymi instynktami. Jax to facet, którego męczy bycie macho. Ale gdy w trakcie wywiadu dla „Lampy” prowadzący wywiad mówi mu: „Rozwalasz społeczną konstrukcję faceta-zdobywcy w ten sposób, że ta postać jest wyolbrzymiona, przegięta…”, odpowiada: „Rozwalić to ja sobie mogę butelkę na głowie, a nie społeczną konstrukcję.”. W Mężczyznach… słuchamy o nieszczęściach dotykających chłopców w klubie. Piękne i mądre dziewczę to najgorsze, co może spotkać przeciętnego faceta, więc dobrze wiemy, o co chodzi w słowach: „ona zna odpowiedzi, ja – nawet pytań”. Zdobywcy naszych czasów czują się niepewnie i dziwnie, gdy siedząca naprzeciwko kobieta ma zbyt wiele do powiedzenia, zamiast grzecznie przytakiwać. Dlaczego dzisiejsi podrywacze muszą rozmawiać z laskami o psychologii, filozofii, literaturze? Przecież wiadomo, że chodzi im tylko o zaspokojenie konkretnego popędu. To jest nie w porządku, że kobiety tak bardzo utrudniają sprawę. Ta scena to doskonale ironiczne zobrazowanie sublimacji libido, o której Freud pisał, że jest powodem całego dorobku kultury. A Jax, jak to Jax, odwiecznego konfliktu wewnętrznego człowieka (Eros vs Tanatos) nie przedstawia zbyt delikatnie – przyznam szczerze, że po pierwszym odsłuchaniu tej piosenki byłam przerażona. W wulgarny i bezczelny sposób z wersu na wers coraz bardziej otwiera mi oczy, dopasowując nieprzyjemny ton głosu do mocnego, przytłaczającego i lekko strasznego bitu. „W dniu, w którym dojrzejesz biologicznie, / spotkaj się ze mną w brudnej uliczce / mam to wypisane na twarzy / mężczyźni są odrażająco brudni i źli.” Mam ochotę schować się pod łóżko. Równoważy to jednak Przepraszam, utwór traktujący o awanturach z ukochaną – tych z cyklu: „zgadzam się ze mną, a ona z nią / marnujemy czas”. Typowo męska cecha – „nie pamiętam, o co poszło na kosy, ale nie odpuszczę / mam honor i ironiczny uśmiech” – zostaje przez Jaxa wyśmiana w przeuroczy sposób. Wyprowadzony z równowagi bohater („chociaż mam rację, ona jeszcze trzeszczy / no weź się”) stwierdza: „zabieram swoje rzeczy, wrócę rano / wyleczysz się od razu, dobranoc”. I choć „to było cholernie gorące żelazo”, powtarza sobie samemu cierpliwie, że cała sytuacja mu wisi. Dalszy rozwój akcji jest znów dość typowy (facetom zazwyczaj szybko przechodzi) i już od następnej zwrotki wysłuchujemy nostalgicznych wspomnień z burzliwych początków związku: „Na pierwszej randce poszliśmy na całość / dałem jej chusteczkę, bo miała za mało / trzymam ją zasmarkaną na pamiątkę jak turyński całun / wzruszające pasaże fortepianu”. Wzruszające pasaże fortepianu rzeczywiście po tym wersie następują, przez co niezmiennie od dwóch lat zawsze uśmiecham się w 2:31 tej piosenki.
Jak pisał Krzysztof Muciak w swojej recenzji płyty Połącz kropki: „Piosenki Afro Kolektywu mogą przez swoją formę zrobić Wam z mózgu watę. Jednak, gdy spoza formy dostrzeżecie ich treść, możecie ze wstydem i zdumieniem zauważyć, że trochę tej waty było tam już wcześniej”. Twórczość Afro Kolektywu mówi o tym, jacy byśmy byli, gdybyśmy postanowili być prawdziwi. „Bądźmy wobec siebie szczerzy, koniec kłamstw / Możesz mi śmiało wierzyć, jak dobrze mnie znasz / – Dobrze. – Dobrze?! / Mocno bije prawdziwe serce schowane pod skórą / Mocno będę bić was, bić mocno i długo”.
Magdalena Pawłowska
