I to „brzmi prawie jak «zachorowałam»”. I to też „trzeba wyjaśnić”.

Otóż tak właśnie było, czytałam Pottera, wszystkie siedem części – a zebrało mi się na to zwierzenie w związku z problemem, który wyniknął podczas dyskusji Młodzi o Dziadach.

Doktor Siwicka zadała nam – czyli młodym – pytanie, na które nie umieliśmy udzielić odpowiedzi. Czy można by było dokonać pewnego przeniesienia i wytłumaczyć dzieciom i młodzieży szkolnej, że Dziady warto czytać, w taki sposób, jak wcześniej czytało się Harry’ego Pottera, bo Dziady są  o duchach i w Harrym Potterze są duchy? Czy ich obecność należy uznać za punkt wspólny obydwu tekstów i występowanie zjaw uczynić płynnym przejściem od ulubionej lektury do lektury nieczytanej, by młodzi spojrzeli na nią z zupełnie innej strony?

Przemyślałam to w cichości ducha, przypomniałam sobie własne doświadczenia i chyba znalazłam jakąś odpowiedź na to pytanie.

Doktor Siwicka miała rację – takie połączenie jest jak najbardziej możliwe, tylko przeniosłabym nieco punkt ciężkości. To nie duchy mogłyby połączyć te teksty i uczynić Dziady utworem, który zainteresowałby młodego czytelnika.

Wydaje mi się, choć mogę się mylić, bo za królika doświadczalnego mam jedynie samą siebie, że w historii o czarodzieju z blizną na czole nie ten magiczny świat, nie te fantastyczne stwory i nie te zabawne duchy są tym, co przyciąga najbardziej.

Sama lubiłam Harry’ego Pottera za to, że to opowieść o chłopcu tak samo nieszczęśliwym, jak nieszczęśliwe bywają inne dzieci, o chłopcu, który miał trudne i smutne dzieciństwo. I tak się go dobrze rozumie, kiedy wstydzi się okropnego, włochatego swetra, który ciotka wciska mu na siłę przez głowę, albo kiedy ucieka przed dręczącym go kuzynem i jego kolegami.I jakie to się wydaje bliskie, kiedy Harry trafia w nowe środowisko i tak długo się do nikogo nie odzywa, bo po prostu się wstydzi, czeka aż ktoś podejdzie i zacznie z nim rozmawiać. Lubiłam też Pottera za to, że to opowieść o chłopcu, którym każdy chciałby być. Przecież nawet bez czarów i całej niezwykłej otoczki, chodzi o to, aby przełamać traumę dzieciństwa, odkryć kim się jest i znaleźć swoje miejsce. Dla mnie Harry Potter, mimo całej przesłodzonej, choć wciągającej fabuły, w której mały czarodziej jest Wybrańcem i ratuje świat przed Voldemortem, był przede wszystkim o tym.

Dziadami natomiast było tak, że bardzo długo nic z nich nie rozumiałam i podejrzewam, że jeszcze długo będę rozumiała bardzo mało. Staram się więc czytać je po swojemu. Postanowiłam na nie patrzeć jak na jednostkową historię, jak na egzystencjalny dramat bohatera. I zaczęłam się z tym bohaterem utożsamiać.

Dla mnie Dziady to opowieść o losie Gustawa-Konrada, który ma wiele wspólnego z losem każdego człowieka. To opowieść o kimś, kto chciał poznać prawdziwą miłość i był gotów za to „umrzeć dla świata”. To historia nieszczęśliwego człowieka, który nie umiał do końca wyrazić tego, co chciał, i kłócił się o to z Bogiem. Wreszcie Dziady to dramat buntownika, który błądził, w którego duszy toczyła się walka dobra ze złem.

Dziady czytam w kolejności I, II, III, IV, bo wydaje mi się, że właśnie takie ułożenie pozwala na odnalezienie w tym dziele pewnych jednostkowych prawd o charakterze egzystencjalnym. Oczywiście trzeba na wstępie założyć, że Gustaw, Konrad, Upiór i Widmo to jeden bohater i odsunąć na dalszy plan przesłania o charakterze wspólnotowym. Wtedy wszystko zaczyna się od prawdopodobnego zaakceptowania przez Gustawa propozycji Strzelca, a kończy na pocieszającej i optymistycznej wizji uporządkowanego świata rządzonego przez  sprawiedliwego Boga w części IV. Cała historia toczy się w rejonie duszy bohatera, a z nim już łatwo się utożsamić.

Jakkolwiek płaskie i niepełne może się wydawać takie odczytanie, to być może taka próba odbioru zachęciłaby młodych ludzi do czytania Dziadów i uznania ich za dzieło ponadczasowe. Jeżeli młodzież ma spojrzeć na Dziady jako na utwór nowoczesny, to nie przez – nie dla wszystkich zrozumiałą – martyrologiczną wizję dziejów Polski, ale przez możliwość identyfikowania się z bohaterem utworu i jego losem. Młodzi (i chyba nie tylko młodzi) mają to do siebie, że lubią czytać i nagle stwierdzać: „Przecież to o mnie!”.

Jeżeli coś w literaturze przekonuje nawet najbardziej zatwardziałych jej wrogów, to chyba to, że można w niej odnaleźć siebie. Być może właśnie to przekonało tak wielu młodych do sięgnięcia po Harry’ego Pottera. I to może również przekonać ich do wczytania się w Dziady. Chociaż połączenie tych dwóch lektur wydaje się świętokradztwem, to jednak może warto. Przecież Jarosław Marek Rymkiewicz powiedział kiedyś o Dziadach:

„na tym polega siła tego dzieła, że Mickiewicz stawia przed nami (…) pytanie i nie chce na nie odpowiedzieć. Pozostawia je otwarte i ono na zawsze pozostanie otwarte. Stawiając to pytanie, Mickiewicz proponuje nam zarazem: czytajcie, jak chcecie”.

Ważne, aby Dziady czytać, a nie przyjmować dawno stworzone – bardziej lub mniej słuszne – Interpretacje, które są jednak interpretacjami cudzymi. A nowoczesność i piękno Dziadów są ukryte w tym, że tylko indywidualne odczytanie będzie tym prawdziwym, bo jedynie jednostkowe przeżywanie Dziadów ma sens.

Asia Dobosiewicz

 

Korzystałam z książek:

1. Magdalena Bąk, Jak przeczytać Dziady, [w:] tejże, Mickiewicz jako erudyta, Katowice 2004.
2. Adam Poprawa, Mickiewicz czyli wszystko, z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem rozmawia Adam Poprawa, Warszawa 1994.
3. Tadeusz Boy-Żeleński, Czytałem Wertera, [w:] tegoż, Reflektorem w mrok, Warszawa 1984.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *