Site icon Niewinni Czarodzieje. Magazyn

Hałas kontra hałas

Czytałam Hałas Małgorzaty Halber z poczuciem, że autorka przy całym swoim sprzeciwie wobec „hałasu” niejako staje się jego orędowniczką. Mam tu na myśli przede wszystkim sposób, w jaki pisze. Książka, która promowana była między innymi jako trafna diagnoza współczesności czy odpowiedź na „hałas” mocno mnie rozczarowała. Hałas Małgorzaty Halber jest kolażem, w którym autorka za pomocą słów filozofów, statystyk, definicji i przekleństw próbuje przekrzyczeć wszechobecny hałas współczesnego świata. 

Książka składa się z luźno powiązanych ze sobą rozdziałów teoretycznych i fabularnych. Każdy z nich dotyczy „hałasu”, rozumianego nie tylko jako zjawisko akustyczne, ale też szerzej jako wpływ internetu, a w szczególności mediów społecznościowych, wszelkich natarczywych komunikatów i powiadomień na funkcjonowanie człowieka, a także wywołane nimi zmęczenie i bezsilność, życie w stolicy oraz życie w XXI wieku w ogóle. 

Jeśli miałabym przyporządkować Hałas do jakiegoś gatunku, to byłby to esej. Niektóre rozdziały są wręcz miniesejami filozoficznymi, inne – autobiograficznymi opowiadaniami. Sama Halber mówi, że Hałas to nie esej, ale „zlepek różnych rzeczy” i autofikcja. Do tej ostatniej kategorii zaliczyć można z pewnością fragmenty rozdziałów „Ostrożna gospodarka bodźcami” i „Słowa” czy podrozdział „Savannah”, w których autorka zdaje się opowiadać o swoich doświadczeniach poprzez fikcyjnych bohaterów. 

Na początku książki, w rozdziale „Instrukcja”, Halber tak wyjaśnia przyjętą stylistykę:

 

Książka o hałasie musi być hałasem

Nie może być powieścią, zbiorem opowiadań, linearną narracją, esejem. Byłoby to złe dobranie formy do treści. Błąd rzemieślniczy (zaprzepaszczenie szansy).

Musi być rwana.

Musi być TYM. Doświadczeniem hałasu. Musi być jak free jazz, a nie jak piosenka.

 

I to „bycie hałasem” w zasadzie autorce się udaje. Jednak taka „rwana” formuła sprawia, że książka bywa męcząca. Jest właśnie jak hałas. Jak wyskakujące co chwilę powiadomienia. Sama lektura Hałasu jest trochę jak obcowanie z internetem w dobie gospodarki uwagi. Zanim zdążymy się przyzwyczaić do jakiejś formy, ta forma się zmienia. Czytamy opowiadanie i nagle wyskakuje powiadomienie z wiadomością od znajomej, która chciała się nam pożalić. Wracamy do lektury, ale zamiast opowiadania czytamy już esej. Ponadto w Hałasie występują ciągi krótkich zdań (nie będące zdaniami gramatycznymi), anglicyzmy, przekleństwa, wyrażenia pisane kapitalikami, mnóstwo cytatów i nawiązań do innych autorów:

 

Więc oni tam siedzą, studenci socjologii, filozofii, młodzi komentatorzy rzeczywistości: SILENTLY JUDGING YOU.

Można również skomentować to powszednim: ZAWSZE KTOŚ SIĘ PRZYPIERDOLI.

 

Dużo dzieje się również w przypisach rozciągających się na niemal 20 stron książki. Niektóre są całymi akapitami dodatkowych wyjaśnień. W Hałasie najbardziej irytują mnie wyliczanki. Autorka co jakiś czas przypomina czytelnikowi o wszechogarniającej beznadziei. Robi tą za pomocą serii krótkich zdań:

 

Nie chcę.

Nie chcę nic.

I chcę wszystko.

Albo kawałki wszystkiego.

Za dużo.

Nie wiem, co łapać”.

(…)

Mam taki brzydki poznawczo nawyk.

Być może to zauważyliście.

Uwielbiam wielkie kwalifikatory (…)

 

Niektóre takie wyliczanki powracają w różnych częściach książki. W ogóle można odnieść wrażenie, że Małgorzata Halber lubi się powtarzać. Kilkakrotnie powraca do wprowadzonego na początku książki postulatu o tym, że ludzie nie powinni chodzić do pracy. Kilka rozdziałów zaczyna się od opisu zatracania się w internetowej rzeczywistości, który jest szczerze poruszający, ale kiedy pojawia się kolejny i kolejny raz – męczy.

Mam wrażenie, że książka, która tak mocno sprzeciwia się hałasowi mogłaby być dużo bardziej przystępna w odbiorze, gdyby sama nie była „hałasem”. Tak jak na przykład książka Jonathana Crary’ego, która zresztą zainspirowała Halber do napisania Hałasu. 24/7. Późny kapitalizm i celowość snu napisany esejem jest w zdecydowanie bardziej przystępny w lekturze.

Halber tłumaczy wybór narracji pierwszoosobowej chęcią mówienia o hałasie jako o doświadczeniu wspólnym dla wielu ludzi zamiast ich diagnozowania, z czym jej zdaniem wiązałoby się użycie narracji trzeciej osoby liczby mnogiej. I rzeczywiście – w doświadczeniu opisywanym w książce z pewnością wielu czytelników się odnajdzie. Jednak jako czytelnik odnoszę wrażenie, że, wbrew temu, co mówi sama Halber, ta książka jest też o bardzo osobistym doświadczeniu. Dlatego myślę, że we fragmentach pisanych w pierwszej osobie sprawdziłaby się również narracja trzecioosobowa – tak, jak we wspomnianych rozdziałach-opowiadaniach. 

Ponadto tym, co sprawia, że książka jest mniej o doświadczeniu wspólnym większej grupy osób, a bardziej o doświadczeniu samej autorki, są liczne nawiązania do innych lektur. O ile na przykład rozbudowana anegdota o surrealistach z początku książki, i późniejsze do niej powroty, jest ciekawa i Halber wykorzystuje ją do tego, żeby zaproponować swoją wersję buntu, o tyle wtrącenia takie, jak na przykład to poniżej, niewiele wnoszą:

 

„Toponimy” to to samo co „imiona miast”, którym posługuje się Proust pod koniec W stronę Guermantes. „Imiona miast” są o tęsknocie, o niepokoju, o wyobrażeniach. Toponim jest o systematyzacji, o mapie, o wykresie. O świecie policzalnym i możliwym do odwzorowania konkretem”.

 

Zresztą w rozdziale „Oni są wszyscy bardzo mądrzy” (i nie tylko tam) Halber wskazuje na pretensjonalność innych autorów objawiającą się między innymi cytowaniem filozofów. Jednak zdaje się robić dokładnie to, od czego się odżegnuje. Często przywoływani przez nią filozofowie (np. Kierkegaard) są raczej z tej samej ligi, co cytowany przez „mądrych” Bourdieu. Nagromadzenie cytatów i nawiązań do innych źródeł daje wrażenie przesytu. 

Książka Halber jest w pewnym sensie chaosem pełnym paradoksów. Miesza nie tylko gatunki, ale i rejestry. Bywa bezpośrednia, ale nie brakuje w niej ironii. Z jednej strony napisana jest wprost, przystępnym, momentami mówionym językiem. Z drugiej strony ze względu na częste odwołania do innych autorów (w tym nierzadko filozofów czy fragmentów dyskursu naukowego) bez dokładniejszego wprowadzenia czytelnika w kontekst, książka ma dosyć wysoki próg wejścia i nie zawsze zachęca do przejścia przez ten próg. 

Halber stawia przynajmniej kilka bardzo trafnych tez dotyczących współczesnego społeczeństwa i życia w drugiej dekadzie XXI wieku. Pisze między innymi o tym, jak praca dyktowana kapitalistycznym przymusem bycia produktywnym zamiast poczucia bezpieczeństwa i spełnienia daje niepokój i rezygnację. Halber postuluje też jednak, że ludzie, którzy nie chcą, powinni nie chodzić do pracy. Trudno stwierdzić, na ile postulat ten jest echem fascynacji surrealistami, a na ile należy czytać go poważnie. W wywiadzie przyznaje, że nie jest to z jej strony zalecenie, a raczej rzucenie wyzwania, próba postawienia granicy. I takich prób jest w tej książce więcej. W wizji susła jest coś pociągającego, magicznego i przytulnego. Jednak poświęcony jej rozdział rozczarowuje brakiem rozróżnienia na to, co jest w nim na serio, a co nie. W ostatnim rozdziale, liczącym jedno zdanie w formie wyliczanki, Halber podaje przyrodę, relacje i sztukę jako antidotum czy też może alternatywę dla współczesnego świata. Wizja pociągająca, ale trudno sobie wyobrazić, jak zmęczona Małgorzata Halber miałaby ją wdrożyć w życie.

Według Halber nie jesteśmy „uzależnieni” od mediów społecznościowych, bo jesteśmy przedmiotami wielkiego eksperymentu, „biomasą, od której pobiera się dane”, „jesteśmy uzależniani”, nie uzależnieni. Innymi słowy nie jest to uzależnienie, z którego można wyjść. Trudno nie zgodzić się z Halber, że media społecznościowe uzależniają w podstępny sposób. Że „trzeba” je mieć, żeby się liczyć, żeby mieć kontakt z ludźmi. Samo korzystanie z mediów społecznościowych rzeczywiście wydaje się w dzisiejszych czasach trudne, ale czy naprawdę jako społeczeństwo jesteśmy skazani na skrolowanie? Czy to, że otrzymaliśmy w złym momencie powiadomienie, musi zrujnować nam dzień? Wizja Halber jest bardzo pesymistyczna, według niej powiadomienia mają nad nami władzę, a przychodzące w złym momencie działają na nas niemal obezwładniająco. W dzisiejszym czasie nie da się więc uwolnić od mediów społecznościowych, przestać skrolować, nie być dotkniętym wszechobecnym hałasem.

Małgorzata Halber sporo mówi o zjawisku, któremu ciągle poświęca się mało uwagi, mianowicie o tzw. zanieczyszczeniu hałasem zwanym też smogiem akustycznym. Zwraca uwagę na to, na jak wiele nieprzyjemnych dźwięków jesteśmy narażeni w mieście oraz na powszechną (być może nie do końca uświadomioną) akceptację hałasów, zwłaszcza tych, którym można by zapobiec albo chociaż je ograniczyć. Są to między innymi muzyka odtwarzana w przestrzeni publicznej, niektórzy uczestnicy ruchu drogowego, petardy, reklamy. Dużo miejsca poświęca też innym zakłócaczom – powiadomieniom i wyskakującym zewsząd komunikatom. Ciekawie rozgrywa to pod względem językowym, bo stawia na metafory akustyczne, które jej zdaniem lepiej niż metafory wizualne opisują oddziaływanie bodźców. 

Halber w ciekawy sposób odnosi się do kwestii języka. Zwraca uwagę na to, że słowa bywają do tego stopnia nadużywane, że w rezultacie są wyprane z jakiegokolwiek znaczenia i przez to „wszędzie pasują” (np. przymiotnik „kreatywny”). Ubolewa nad tym, że słów używa się bezmyślnie, bez ich zrozumienia i tworzy się nowe, atrakcyjnie brzmiące nazwy pojęć, a nierzadko zapożycza się je z angielskiego.

 

(…) nastąpiła akceleracja w marnowaniu słów (…) Nie ma już pekaesów, są usługi transportowe oraz przewoźnicy. Nie ma kwater prywatnych, są apartamenty do wynajęcia. Język ma aspirować.

 

Jednak Halber sama chętnie sięga po anglicyzmy lub całe wyrażenia po angielsku, które same w sobie nie są złe, tylko nie do końca wiadomo po co pojawiają się w tekście obok swoich polskich odpowiedników. 

Zgadzam się z opinią Marcina Bełzy z „Kultury Liberalnej”, która podważa stwierdzenie, że pisanie jest zawsze o sobie. Halber pisze: „(…) zasadniczo zawsze mówimy i piszemy o sobie, a jeśli nie robimy tego dosłownie, to po prostu nasze lęki i potrzeby wkładamy w rozbudowany system teoretyczny. Ale zawsze piszemy tylko o sobie. Całą reszta jest racjonalizacją”. Autorka nie tłumaczy, dlaczego tak jej zdaniem jest. Zostawia czytelnika ze swoją opinią tak, jak gdyby była to prawda objawiona. To stwierdzenie wydaje mi się adekwatne w odniesieniu do autofikcji i gatunków pokrewnych. Owszem, w każdym tekście jest jakiś ślad autora, ale powiedzenie, że jest on o autorze wydaje się sporym naciągnięciem.

Co nam robi ta książka? Poza tym, że irytuje, przytłacza i rozprasza, na pewno uświadamia czy też utwierdza w przekonaniu, że w świecie późnokapitalistycznym trudno o miejsce na nieefektywność, nieosiąganie. Że do tego stopnia oswoiliśmy się z szeroko rozumianym hałasem, że przestajemy go zauważać. Przypomina, na czym polega problem zanieczyszczenia hałasem, nadużycia ze strony korporacji stojących za mediami społecznościowymi, powołując się to na źródła naukowe, to na własne doświadczenia. Z pewnością daje też mnóstwo inspiracji lekturowych, głównie tych ambitnych i z podwórka filozoficznego. I przede wszystkim mówi nam bardzo dużo o samej autorce, której frustracja łatwo może się udzielić czytelnikom.  

Źródła:

1. BEŁZA: Dużo hałasu o WSZYSTKO. O „Hałasie” Małgorzaty Halber. Kultura Liberalna.

2. Crary, J. (2014). 24/7: Late Capitalism and the Ends of Sleep. Verso Books.

3. Halber, M. (2024). Hałas. Cyranka.

4. Małgorzata Halber i „Hałas”, czyli codzienność w XXI wieku. Trójka – Program Trzeci Polskiego Radia.

5. Radio Kampus. (2025, 15 lutego). Małgorzata Halber: Hałas [Wideo]. YouTube. 

 

Ilustracja: Martyna Szypiło

Exit mobile version