Siedzę tu już jakiś czas i zastanawiam się, co tam jest po drugiej stronie? Może tam jest taki piękny świat przedstawiony, którego jeszcze nikt nie przedstawił. Kraina wiecznej szczęśliwości, gdzie nikt nie liczy ECTS-ów. Nikt nie musi odmieniać nazwisk, ani nazw miejscowych, bo i na co się trudzić? Ci, którzy się lubują w Golubiu-Dobrzyniu i innych Babimostach bez bab i mostów, mają tam, po drugiej stronie, swój własny świat, w którym nikt im nie przeszkadza, ani też orłu, orłowi, człeku, człekowi, katu, katowi, kwiatu, kwiatowi, osłu, osłowi giąć i miąć, łomotać i klekotać, migotać i świergotać, strzyc i pluskać, klaskać i głaskać, plątać i kląć, stygnąć i bryzgnąć. Oni tam pomiędzy sobą krzyczą „Nie babrz i babraj! Nie pluszcz i nie pluskaj! Trajkocz! Trajkotaj! Strzyż, ale już nie strzygaj, bo to błąd i strzygi się strzegę!”. I ja wierzę, że oni też tam mają swoje miejsce i są szczęśliwi. Desygnują i koniugują ile fabryka dała! Słuchają w zapętleniu tej melodii sprowokowanej ćwiczeniami z KJP i tak im czas upływa w purystycznej dźwięczności języka…
Chwila moment! Taka wizja pięknego świata jest sprzeczna z moją wizją pięknego świata. Nie po to się człowiek tyle męczył, żeby i tam, po drugiej stronie go ganiali ze słownikiem. Co to to nie! Musi istnieć jakieś inne rozwiązanie. Przyjmijmy, że ktoś marzy o świecie pełnym kotków, a ktoś inny ma alergię na kotki lub – czysto hipotetycznie – na językoznawstwo, co wtedy? Ma się szykować do przejścia na trzecią stronę i zastanawiać się, co tam jest po trzeciej stronie? Takie czekanie i zastanawianie się jest strasznie męczące. Wiem to po sobie. Ile to już będzie? Czterdzieści minut? Dwie godziny? Już tyle czekam i jeszcze nikt mnie nie wezwał. Może sama powinnam się tam udać? Niee, to by było głupie… Najbezpieczniej będzie tu siedzieć i czekać na swoją kolej, jak zawsze. Rany Julek! Czy to możliwe, że się spóźniłam i moja kolej przepadła? Nieee, na pewno ktoś by do mnie napisał. Oni tak łatwo nie odpuszczają… no ale wracając – czy w ogóle może istnieć inna strona poza tą drugą stroną? Przecież to by było niesprawiedliwe, gdyby jeden mógł pozostać po drugiej stronie, a inny musiałby odejść, bo i dokąd? Ma zawrócić? Ale skąd ja mogę wiedzieć, czy stamtąd da się wrócić? Jasny gwint! Przecież ja nigdy nie widziałam, żeby stamtąd ktoś wyszedł… ale czy to oznacza, że nie ma odwrotu? Może ta druga strona jest tak pomyślana, że obowiązuje zasada równości i każdy ma swój świat. Kulturyści-językoznawcy swój, a alergicy swój. Symbioza pięknych światów – wielopięknoświat! Ach, piękna myśl. Ale co na to brzytwa Ockhama? „Nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę” – światów tym bardziej. Już chrzanić tą tę brzytwę Ockhama! Prostota nigdy nie była dobrym lekarstwem na niepewność egzystencjalną. Potrzebuję skomplikowanego systemu, którego sam stwórca nie będzie w stanie pojąć!
Jest rzeczą oczywistą, że jako ludzie oczekujemy rzeczy miłych. Każdy. Bez wyjątku. Najlepiej żeby tam, za tymi drzwiami, każdy znalazł dla siebie coś miłego i to niekoniecznie w wieloświatach. Może tam jest taki jeden ogrooooomny świat, w którym alergik z alergenem nigdy się nie spotkają i nie będą się sobie wchodzić w drogę. Świat tak urozmaicony, jak tylko można sobie wyobrazić – pod względem formy i treści. Tak jest! Są tam drzewa wielkie i krzewy małe, puszcze wieczne i bory szumiące, łąki kwietne i stepy trawiaste, pustynie piaskowe i pustynie lodowe, oceany słone i morza słodkie, chmury ciężkie i mgły lepkie, rzeki wijące się i jeziora rozlane, owady bzyczące i ptaki śpiewające, płazy mokre i gady perfidne, psy wierne i koty wyniosłe, słonie pamiętliwe i małpy figlarne, orły szybujące i wróble ćwierkające, pszczoły miodne i mrówki pracowite. Są tam domy z gliny i domy z marmuru, szklane wieżowce i szałasy liściaste, ogrody pełne róż i pola pełne pszenicy, autostrady asfaltowe i ścieżki zadeptane, place targowe i miejsca świątynne a w nich: ludy świata i ich zwyczaje, kupcy i wędrowcy, pasterze i rybacy, pisarze i śpiewacy, tkacze i kowale, królowie i żebracy. Usłyszysz tam języki żywe i języki umarłe, pieśni weselne i pieśni żałobne, opowieści bajeczne i korniki surowe, modlitwy ciche i krzyki bojowe. Słowem – najlepszy z możliwych świa… ehhh to już było.
To wszystko nonsens. Przecież tam nie może być to samo, co jest tu (przy założeniu, że Leibniz miał rację). Tu wcale nie jest miło, ani sprawiedliwie. Och, o ile przyjemniejsze stanie się czekanie, jeśli uwierzę, że po drugiej stronie spotka mnie coś dobrego! Była nawet taka książka, która obiecywała wspaniałe rzeczy po… Zaraz, zaraz, powinna gdzieś tu być… może tu… eee już mniejsza o tą książkę. TĘ książkę, pardon! Żeby to była jedna taka książka na tym świecie, a ich są tysiące! Niezliczone wizje i warianty.
Architekci słowa pozostawili po sobie żywe katedry języka. Gotowe sklepienia sensów i znaczeń, które wlewają się w nas niepostrzeżenie. Mówimy z taką lekkością o największych niewiadomych tego świata jakby chodziło o zaparzenie herbaty – słowa byt, nicość, absolut sączą się, pęcznieją, zasychają. O, gdyby można było naprawdę poznać, co się kryje poza znakiem! Dotknąć tego, co wypowiada się w milczeniu. I oto widzę ich wszystkich – filozofów, poetów, mistyków – jak rozpaczliwie wznoszą kolumny wyrażeń, byleby zbliżyć się do […………….]. Ich katedry, wyhodowane według indywidualnych algorytmów stylistycznych, różniące się parametrami wzrostu, kierunkami fraktalnych rozgałęzień semantycznych, gdy przyjrzeć im się z bliska, okazują się być wariantami tej samej technologii – samoorganizującej się materii językowej. Materia ta wykazuje zdumiewającą ambiwalencję właściwości. Codziennie przyciąga swoją plastycznością tłumy pielgrzymów, zahipnotyzowanych geometriami sensów. Widzą w niej znajome kształty, witraże własnych przeżyć: tęsknotę, utraconą miłość, niepokój… ale jak każda substancja ma swoje ograniczenia. [……………..]. Gdzie nie ma słowa, które stałoby się ciałem. Po drugiej stronie – tam jest niezamieszkałe.
… o czym ja to? Bogowie… jeszcze jedna godzina spędzona w tym miejscu i wyjdę z siebie. Wyjdę i nie wrócę! Odkąd tu siedzę nie spotkałam żywego ducha. Odkąd… od godziny? … dni? Znalazłam się w sytuacji, w której nie pozostaje mi nic innego jak czekać. Bo przecież końca nie przyspieszę. To znaczy – końca mego czekania. Wydaje mi się, że upał nieco zelżał, lecz mimo to czuję zmęczenie. To miejsce… za wysoko. Za chwilę nabawię się choroby wysokościowej! Wszystko tu jest za wysoko. Kto wymyślił, żeby te drzwi były trzy metry nad ziemią!? Nawet jak podejdę do ściany i podskoczę… nie, nie dam rady. A co jeśli w środku ktoś jest i będzie chciał wyjść? Powinnam go jakoś ostrzec, bo się jeszcze połamie! HALO! JEST TAM KTO? UWAGA NA PRZEPAŚĆ! TO ZNACZY… NIE MA PRZEPAŚCI! ALE MOŻE BYĆ! ZALEŻY JAK PAŃSTWO DEFINIUJĄ PRZEPAŚĆ! MOŻE PRZEPAŚCI NIE MA! ALE NIE MA TEŻ PODŁOGI! TO ZNACZY… PODŁOGA JEST! ALE NIŻEJ NIŻ MOŻNA PRZYPUSZCZAĆ! PROSZĘ NIE CZYNIĆ ZAŁOŻEŃ OPARTYCH NA POPRZEDNICH DOŚWIADCZENIACH! NA PRZYKŁAD TAKICH, ŻE PRÓG DRZWI ŁĄCZY DWIE PŁASZCZYZNY! TO BŁĄD! Nieee, tam nikt nie mógł wejść, bo jak niby miałby się tam dostać? Tam nikogo nie ma, ale bardziej boję się tego, że tam nic nie ma. Że po drugiej stronie czeka mnie… Chwila, co to za muzyka? Dobiega zza tych drzwi? Jest nadzieja!
Bursztynowe meduzy wiszą wysoko ponad tańczącymi parami, topiąc się w gorączce swingu. Lśniąca tafla mahoniowego parkietu odbija miękkie cząstki światła. Drewno pulsuje pod naporem dziesiątek lakierowanych pantofli i obcasów, które wypisują na nim szalone hieroglify fokstrota. Ruch był wszystkim. Suknie przy każdym obrocie stawały się rozmytą smugą, płynnym ogniem. Krwiste czerwienie, szmaragdowe zielenie, szafiry i purpury. Ametyst tkanin. Barwny wir minerałów. Twarze mężczyzn czerwienieją od wysiłku i spożytego alkoholu. Są zbyt eleganccy by ściągnąć marynarki. Szerokie klapy dwurzędówek pełnią tę samą funkcję, co pawi pióropusz. Taniec. Gody.
I te setki, tysiące skaczących, pędzących, kucających, podrygujących, tupiących nóg, które zapomniały, ile mają lat w momencie, w którym czarno-biały demon o osiemdziesięciu ośmiu zębach wypluł ragtime na dwie ręce. Pianista czarodziej chwyta ludzi za kołnierze i wciąga na parkiet. Muzyka… Muzyka poprzedza literaturę. Jest czystym wrażeniem bez potrzeby odkodowywania. MUZYKA! Trąbki – sztuk trzy! Przebijają dym tytoniowy ostrymi dźwiękami. Dźgają i szczypią najbardziej opornych. Z końca sali słychać strzał. Pocisk trafił w sufit. Wiwat! Elegancka dama z butelką szampana w dłoni świętuje rozwód swojego kochanka – „Nareszcie wolny! Teraz mogę go poślubić!”. Jej własny mąż, siedzący przy tym samym stoliku, klaszcze entuzjastyczne, szczerzy zęby, bo w tej gęstwinie akustycznej, biedaczysko nic nie słyszy. Cieszy się jej szczęściem, wznosi toast, a co jest dokładnie przedmiotem tego szczęścia… tego dowie się w swoim czasie.
Brzdęk kieliszków, stukot talerzy, salwy śmiechu, fontanny szaleństwa tryskające z gardeł wynurzały się z morza hałasu, by zaraz utonąć, zostać pożartym przez złotego węża głębin – saksofon. Nad wszystkim rozpościera się zapach kolonialnej potęgi gnijącej od środka: słodko gorzki smak cygar przemieszanych z wanilią i prochem. Zapach ludzkich ciał ukryty pod kłamstwem perfum. Róże umierające w alkoholu walczą ze słonym, zwierzęcym potem. Słodka mgła ciągnąca się znad ciast i likierów, przypomina o pierwszej miłości, zbyt niewinnej, by mogła przetrwać. Olfaktoryczna orgia, burdel aromatów!
Ale oto! Pod ścianą, przy stoliku okrytym zielonym suknem, gdzie butelka absyntu świeci fosforycznym blaskiem, tam siedzą łby polskiej literatury! Witkacy, z oczami wiercącymi rzeczywistość na wylot, gestykulował nerwowo. A że pejotl, a że firma portretowa, a dej no tytońca, a że Foka ukochana… Groził światu pięścią – „uważaj gościu, bo będę okładał po mordzie!”. Jego głos ostry i teatralny, przebijał przez muzykę. Bełkotał coś o Czystej Formie i ostatecznym bankructwie sztuki. Kogo to obchodzi? Obok niego maleńki i zgarbiony, z oczami wielkimi jak u nocnego ptaka, kreślił palcem na obrusie niewidzialne rysunki. Myśl o Adeli krążyła wokół niego jak ćma wokół ognia – nie wiedział, czy to fascynacja, czy też przerażenie kierowało jego uczuciami. Chował się przed nią w imaginarium, tam był bezpieczny. Pamiętał jak wkroczyła z miotłą na strych ojca-demiurga i wypędziła stamtąd całe rajskie bestiarium. Strach pomyśleć do czego jeszcze była zdolna. Schulz, skulony pytajnik z kubkiem herbaty w dłoniach. Czy tęskni za Drohobyczem? Tego nie wiemy. Gombrowicz nie dawał mu spokoju: „Bruno, Bruno, rozchmurz się. Popatrz tylko na gębę tego gościa. Ha! Na jego gębę i G Ę B Ę. Wyborna! Jak one ze sobą współgrają! Jakaż symbioza! No, no… pozazdrościć formy!”.
Bruno oderwał się od swoich fantasmagorycznych rysunków i przeniósł wzrok na mężczyznę, siedzącego po jego prawej stronie. Wiedział, że jeśli ktokolwiek przy tym stole może przeniknąć labirynt jego duszy, to właśnie ten człowiek. Był niewielkiego wzrostu. Jego siwa broda i wąsy, starannie przycięte, nadawy mu wygląd wędrownego poety. Nie był tak rozpoznawalny jak jego towarzysze, ale jego oczu trudno było nie rozpoznać. Gdy patrzy – patrzy naprawdę. Widzi człowieka. Całego. Z całą historią, bólem, radością, śmiesznością i wielkością. Tak samo patrzy na literaturę. I w tym spojrzeniu jest ciepło tak intensywne, że można je niemal poczuć na skórze. Z jego ust płyną wiersze Leśmiana, Tuwima, Słonimskiego. Cytuje z taką czułością, jakby przywracał słowom oddech. Naukowiec? Owszem, widać to w precyzji języka. Pisarz? Być może. Podróżnik? Na pewno, w oczach ma odległe krajobrazy i miasta, których inni nawet nie znają. Polak mały w Azji mniejszej – przedstawił się tym tytułem z uśmiechem pełnym wdzięku, jakby to był tytuł książki, którą właśnie skończył pisać. Uniósł kieliszek wiśniówki i spogląda przez czerwień na tańczące pary jakby przez kliszę aparatu. Gombrowicz zagaił go z półuśmiechem – „Pisałeś do nich? Oni tam czekają na wiadomość od Ciebie. Niedługo będą trzy lata jak…” i urwał w połowie zdania, gdy młody kelner w koszuli z białym kołnierzykiem narobił rumoru, upuściwszy srebrną tacę ze szkłem. „Listy dotrą, gdy im wyrosną skrzydła” – odpowiedział spokojnie mężczyzna, odstawiając powoli kieliszek – „Na razie noszę je ze sobą”.
Orkiestra podkręciła śrubę. Parkiet wiruje, a muzyka porywa nowoprzybyłych gości. To miejsce nie zna czasu. Ogromne lustra, ociężałe od złoceń i wijących się ornamentów, pokrywają wszystkie ściany. Nieskazitelnie gładka powierzchnia odbija wszystko z drapieżną precyzją, nawet kurz tańczący w słupach światła. Ale tam, gdzie powinni wirować tancerze, gdzie rubinowa suknia kreśli swój łuk, jest pustka, której nikt zauważa. Wszyscy są zajęci tańcem, rozmowami i śpiewem. Nikomu nie przyszło na myśl, by szukać w zwierciadłach własnego oblicza. A na stoliku, przy którym jeszcze przed chwilą siedziało czterech gentelmanów, została niewielka, lepka od swej słodyczy, kropla wiśniowego trunku. Ukształtowała się w okrąg prawie doskonały, przypominający stempel listu. Listu bez pieczęci. Bez adresu. Czeka cierpliwie aż ktoś go napisze.
Nie, nie, nie… tak być nie może. Dosyć tego! Biorę sprawy we własne ręce. Za tymi drzwiami jest przestrzeń na… niech policzę: raz, dwa, trzy, cztery… dwadzieścia. Dwadzieścia kroków. W dwudziestu krokach nie pomieszczę ani sali balowej, ani całego świata, ani tym bardziej potencjalnie nieskończonej liczby światów… To znaczy literatura i wyobraźnia mogą czynić takie cuda, ale przestrzeń fizykalna jest nieugięta. Przyjmijmy, że tam po drugiej stronie jest coś szerokiego na dwadzieścia kroków. Co tam może być u diabła?
Otóż to! Sam Mefisto!
Nad korytarzami, gdzie błądzą echa Mickiewiczowskich wersów i podniszczone portrety dawnych profesorów, gdzie kurz zalega półki pełne tomów nieczytanych – tam właśnie, w miejscu, które znają tylko najstarsi bibliotekarze i duchy niedokończonych doktoratów, znajduje się komnata zapomniana.
Nie figuruje na planie budynku.
Nie prowadzi do niej żaden kierunkowskaz.
Istnieje, choć istnieć nie powinna.
Tam właśnie, pod samym dachem, gdzie sufity jęczą od deszczu i wiatru, za drzwiami wzniesionymi zbyt wysoko, aby ktokolwiek ze śmiertelników mógł ich sięgnąć, przy jednej lampie oliwnej, siedzi Prodziekan i toczy walkę o duszę studenta z samym Mefisto.
MEFISTO
Prodziekanie, co władasz planem studiów!
Zstąpiłem z cienia opuszczonych audytoriów.
Nie łaszę się jak ci z Rady – jam duch krytyki,
Lecz gotów do rozmowy… w granicach etyki.
Znam studenta twego, z czwartego roku,
Co to duszę ma lekką, a motywację w bloku.
Choć wpisy masz w systemie,
Dusza jego wciąż się chwieje…
PRODZIEKAN
Oskarżasz jeno, Diable, a sam nie próbujesz.
Znasz ty Karola, tego od terminów przesunięć?
MEFISTO
Tego, co nocą tiktoka scrolluje, dniem śpi.
Co raz pisze plan pracy, a zaraz go gubi.
Ach, znam go! W duszy tej – drżenie i nuda.
Raz chce nobla, za chwilę leje się wóda.
Po nocach filozof, w dzień błazeństwo króluje,
I znów planuje – lecz znów nie realizuje.
PRODZIEKAN
W jego rozterce, w tym błądzeniu bez celu,
Ja widzę szansę, by dojrzał do wielu.
Błąd nie przekreśla.
Daj mu drogę, nie przepaść.
MEFISTO
O zakład idę, zgubisz go, Prodziekanie!
Daj mi pozwolenie, a przed sesją
On sam podsunie mi duszę.
PRODZIEKAN
Rób co chcesz, lecz dopóki żyje w tym murze,
Wolno ci go kusić, ja nie dam mu strachu.
Ma prawo błądzić.
To część programu.
Choć w rejestrach ludzkich, na żadnym usosa pergaminie nie znajdziesz śladu, ja wiem, że i moja dusza, nie pytana o wolę, była przedmiotem zakładu, gdy cień zajaśniał blaskiem w otchłani upadku. Ach, cóż z tej nauki, z tych ksiąg, z tych formuł martwych? Ile to już czasu traktuję rozum jako narzędzie do zbawienia? Zwał ksiąg mnie więzi i dusi swym pyłem, wśród stert papieru tyle lat przeżyłam. Czy to ja jeszcze myślę, czy tylko cytuję? Ile jest w tym głosu mego, ile z echa cudzych ust? Jak głupiec u tajemnicy wrót, stoję i tyle wiem, com wiedziała wprzód! Musi istnieć ktoś, kto widzi poza szkiełkiem i okiem, kto zna tę przestrzeń, której sama nazwać nie potrafię. Czekam więc na romantyka – nie tego, który słowem czaruje – lecz tego, co Norwida od dekad w ciszy studiuje. Bo jeśli ktokolwiek może wiedzieć, co się kryje za tymi drzwiami, to tylko romantyk z naszego wydziału, w przewie między dziadami.
(słychać kroki. Ktoś się zbliża. Czy to romantyk? Czas pokaże)
Dzień dobry Panu! Nawet Pan nie wie, jak się cieszę, że Pana widzę! Czy jest Pan może z zakładu romantyków? Nie? A to szkoda, wielka szkoda… (czas pokazał). Na co czekam? W zasadzie już sama zapomniałam, ale widzi Pan – siedzę tu już jakiś czas i zastanawiam się… proszę, niech Pan usiądzie. Albo nie! Może lepiej żeby Pan nie siadał. Takie siedzenie jest doprawdy zgubne i może zaprowadzić człowieka w obce mu wymiary. Naprawdę szalenie miło Pana widzieć. Jak zdrowie? Ach tak, już przechodzę do rzeczy. Otóż siedzę tu i zastawiam się, co jest tam, po drugiej stronie. Jak to „nic”? Tam coś musi być! W tym budynku jest wszędzie coś, więc i tam… Nie, nie… Pan mnie źle zrozumiał. Tu nie chodzi o metafizykę! To nie ten wydział. Chociaż… ehhh mniejsza z tym. Ja się chcę tylko dowiedzieć, co jest za tymi drzwiami. O! Widzi je Pan? Są strasznie wysoko… Potrzeba drabiny, żeby się tam dostać. Ma Pan może drabinę? A klucz? Jak to „nie ma klucza”? Przecież w akwarium są klucze do wszystkiego! Ooo, dziękuję. Co to takiego? Aparat? I co ja mam zrobić z tym aparatem? Ha! Bardzo śmieszne! Domyśliłam się, że zdjęcie… ale ja potrzebuję czegoś, żeby te drzwi otworzyć… Nie spocznę, dopóki się nie dowiem! No dobrze, muszę spytać: czy ma Pan łom? Zdaję sobie sprawę, że łom to ostateczność, ale proszę… Jakie podanie przez USOS-a? Podpisy?! Zgoda dziekana?! Przecież widzę w Pana oczach, że Pana również ciekawi, co skrywają te drzwi…
Drzwi się otworzyły.
Wyłoniła się zza nich dobrze znana mi twarz.
– Dzień dobry, czy Pani…
– Tak, tak. To ja. – zerwałam się na równe nogi.
– Jest Pani gotowa?
Poczułam jak wnętrzności zwirowały. Żołądek podskoczył mi do gardła. Krew uderzyła do głowy. Czy kiedykolwiek jest się gotowym na takie coś? Bogowie, pomóżcie!
– Tak, jestem gotowa. – skłamałam. Zawsze się kłamie w takiej sytuacji. To część gry językowej, w którą przyszło mi zagrać, i w której to słowa są tylko maską zakrywającą prawdziwe oblicze lęku.
– W takim razie, zapraszam na egzamin.
Drzwi otworzyły się szerzej, a dobrze znana mi twarz uśmiechnęła się ciepło i spokojnym ruchem ręki zaprosiła do środka. Poszłam. Minęłam próg. I zniknęłam za drzwiami*.
*Najpierw ogłoszono śmierć Boga, dopiero później umarł autor. Humaniści… A teraz słuchajcie, WY, gęby niewyrobione, formaliści bezformiejący! Chcecie teoretyzować czy formować? Walić łbem o teksty aż się kurzy! Strukturaliści walą głowami w struktury, poststrukturaliści walą w poststruktury, a dekonstrukcjoniści walą we wszystko, co da się rozwalić!
Im twardszy łeb, tym głębsza teoria! Im grubsza czaszka, tym subtelniejsza interpretacja!
Ale wracam – słuchajcie teraz, ŁBY twarde i miękkie! Te DRZWI, o których teoretyzujecie swoimi teoriami, NIE otworzyły się! Nie tamte, co sobie wyobrażaliście w myślach kołujących. Egzamin był, owszem, ale w sali numer… EEEEE mniejsza o formę numeryczną infantylizującą! Te drzwi… te przeklęte, wiszące w próżni – TRZY ŁYDKI NAD ZIEMIĄ – drzwi! Zamknięte są i zamknięte pozostaną! Zaryglowane przed wami, przede mną, przed każdą gębą! Co tam jest? Kolejna teoria! Wszystko jest teorią, nawet brak teorii to teoria braku teorii!
Co wam zostawiam? Zdjęcie do teoretyzowania! Walcie łbem w fotografię!
Hej, wy tam, interpretatorzy od siedmiu boleści! Jeśli ktoś z waszych twardych łbów wie, co się kryje za tymi drzwiami – to ogłoście teorię! Sformujcie hipotezę! Wykrzyczcie mi ją do ucha!
Gdzie mnie szukać? Tam gdzie teoria z praktyką tańczy tango!
Zwiewam z klamką w zębach!
FINITO I FRAMUGA!
Kto to formował, ten papuga!
A.B.

Ilustracja: Agata Bajerowska
