Wola jako świat i wyobrażenie (część II)

Nazwę dzielnicy Wola źródła wyjaśniają zgodnie. Kilkaset lat temu książę zwolnił tutejszych włościan z obowiązku płacenia daniny. Poza tym od schyłku XVI wieku na Woli znajdowało się pole elekcyjne, na którym szlachta wybierała króla, wyrażając swoją wolę. Nie myślałem o włościanach ani szlachcie, przemierzając ulice i skwerki. Nazwa kojarzyła mi się z inną wolnością i ze spowolnieniem w działaniu.

Miałem językowe intuicje nie do utrzymania w świetle źródeł historycznych, dla mnie jednak ciekawsze od źródeł. „Wola” brzmiała mi jak spolszczona wersja francuskiego voilà, oznaczającego, że coś zostało dla kogoś zrobione albo przygotowane. We francuszczyźnie to słowo występowało pierwotnie w formie vela, stanowiącego compositum czasownika voir (widzieć) i  (tam). W drugim tomie Le Dit dou Lyon Guillaume’a de Machauta, ukończonym w 1342 roku, figuruje fraza: „vela celui qui vainqui la bataille”, czyli „spójrz na tego, który wygrał bitwę”. Francuskie voilà to polskie „zobacz”, „patrz”, „spójrzyj” (Marylo, gdzie się kończą gaje). Wola to obszar skłaniający do wycieczek i chodzenia znikąd donikąd. Zamiast wyobrażać sobie szlachcica zasiadłego na polu i podkręcającego wąsa przechadzałem się powoli po Woli, mówiąc pod nosem „Voilà, podstawówka” albo „Voilà, stare boisko”. Genetycznie voilà odnosi się do drugiej osoby: „ty zobacz i poznaj, ja już widziałem i znam”. Nie dziwiło mnie, że Konstanty Ildefons Gałczyński, długi czas mieszkający na Woli (Towarowa 54), wiersz Warszawski wiatr (1949) zaczął od słów:

Spójrz, jakie słoneczniki

na tej ulicy z boku!

„Voilà, quelles tournesols…”. W wyobraźni stworzyłem także autopolemiczną etymologię słowa Wola. Zdałem sobie sprawę, że słowo niekoniecznie jest polską adaptacją voilà. Fonetycznie bliski „Woli” wydaje się „woal”, zapożyczony z francuskiego voile. Pierwotnie słowo miało formę vol i oznaczało tkaninę okrywającą głowę podczas ceremonii religijnych. W takim sensie vol występuje już w Ille et Galeron Gautiera z Arras (BTW Arras – miasto znane z tkanin), dzieła powstałego około 1180 roku. Religijne konotacje woalu połączyłem ze znanym wierszem Juliusza Słowackiego Sowiński w okopach Woli:

W starym kościołku na Woli

Został jenerał Sowiński,

Starzec o drewnianej nodze,

I wrogom się broni szpadą;

A wokoło leżą wodze

Batalionów i żołnierze,

I potrzaskane armaty

Akcja wiersza nawiązującego do zdarzeń powstania listopadowego rozgrywa się w kościele świętego Wawrzyńca (Wolska 140A). Na jednej ze ścian wmurowano tablicę upamiętniającą jenerała. Od Wawrzyńca mocniej moją uwagę przykuwał inny kościół: cerkiew Jana Klimaka, położona kilkaset metrów na wschód od Wawrzyńca (Wolska 138). To jedna z dwóch warszawskich cerkwi, mniejsza, mniej znana i rzadziej odwiedzana niż cerkiew na Pradze, przykryta woalem drzew parku Sowińskiego. Cerkwi Klimaka aury dodaje cmentarz prawosławny, na którym pochowano między innymi filozofującego pisarza Michaiła Arcybaszewa, zmarłego w 1927 roku. Jak informuje Wikipedia, Arcybaszew, inspirując się Schopenhauerowskim Światem jako wolą i wyobrażeniem, uznawał, że „cel życiowy człowieka jest pozorny; życie – cykl cierpień, kończy się czarną dziurą”. Jeszcze bardziej zawoalowano inny wolski cmentarz: jedyny w Polsce cmentarz karaimski w Warszawie, założony w 1890 roku, ulokowany przy Redutowej. Jest tak mały, wciśnięty w róg wolskich przestrzeni parkowo-cmentarnych, że można go przeoczyć. Znajduje się na nim około czterdziestu grobów. 

Dwie prywatnie dorobione etymologie nie wydają mi się ze sobą sprzeczne, tylko komplementarne. Voilà sugeruje, że coś jest widoczne i podane jak na dłoni, a voile, że coś jest przykryte i niedostępne. W pierwszej części Woli jako świata i wyobrażenia napisałem, że cechą specyficzną Woli są szerokie przestrzenie, po których hula – poczuł to na własnej skórze Gałczyński – warszawski wiatr. To one zachęcają wzrok do podróżowania i wypatrywania szczegółów. Na wybranych obszarach dzielnicy można zapomnieć, że jest się w nowoczesnym mieście. Nie widzimy przez pewien czas nic osobliwego i nagle natrafiamy na – jak gdyby wyrosły przed chwilą – stary budynek, mostek, pomnik. Zdarza się na Woli, że chodzi się sto razy w to samo miejsce, a mimo to nieustannie odczuwa się zaskoczenie, że coś tam wciąż stoi. Taki charakter ma dla mnie pomnik Sowińskiego, odschoolowe boisko w parku przy ulicy Księcia Bolesława albo popiersie Edwarda Szymańskiego na kopcu przy Elekcyjnej. Kiedy człowiek wraca do tych miejsc, niewidzialna ręka rozkłada wszystkie rzeczy: pomnik, boisko, popiersie. Voilà, oto one.

Miewałem frajdę z odkrywania na Woli czegoś (fr. dévoiler), mimo że to coś dobrze znałem: miejsce, punkt, przedmiot, kawałek nieba między blokami. Odkrywanie to nie tylko odnajdywanie. To także zmiana dystansu i perspektywy, z której się na coś patrzy. W dzieciństwie setki razy jeździłem autobusem aleją Prymasa Tysiąclecia. Przed wjazdem do tunelu przed rondem Zesłańców Syberyjskich rzucałem okiem w stronę czerwonego osiedla znajdującego się przy samych torach kolejowych. Dopiero niedawno postanowiłem zobaczyć to osiedle z bliska i pokazać koledze („Spójrzyj”). Kamienice zbudowane pod koniec XIX wieku zmaterializowały się i okazały w materialnym konkrecie czerwonych cegieł i białych fug, gotyckich poddaszy i wiaduktu dawnej Kolei Warszawsko-Kaliskiej, jakby zdjętego z obrazu Caspara Davida Friedricha. Kawałek dzielnicy, choć wielokrotnie oglądany przeze mnie wcześniej (voilà), dopiero teraz stał się dévoilé: odkryty, odsłonięty i wciągający. Na przekór swojej nazwie ulica Armatnia nie leci prosto jak kula z Reduty Ordona Mickiewicza ani jak kule z potrzaskanych armat Sowińskiego w Okopach Woli, tylko wygina się jak stary pogrzebacz i nie prowadzi donikąd. U jej wylotu zaczyna się żwirowa droga z wiejskimi koleinami. Zagięcie czasu i przestrzeni – i w ogóle zachwianie regułą – uważam za charakterystyczne dla Woli.

Patrzyłem na Armatnią, będąc na Armatniej i myśląc o nieskończonym serialu nudy, który rozgrywał się w mojej głowie, jak lata temu przez okno autobusu 523 patrzyłem mimowolnie na osiedla rozłożone przy alei Prymasa. I o tym, jak skruszyła się ta nuda po uniesieniu woalu. Jak wiele razy wcześniej, tak i teraz przyznawałem przed sobą, że na Woli znałem coś tylko pozornie, a naprawdę nie znałem. Jedno odkrycie prowadziło do następnych. Motywowało mnie to do kręcenia się po znanych-nieznanych okolicach. Z czasem nabrałem przekonania, że dzielnica dostarcza nieprzebranych zasobów do odsłonięcia i zdewoalowania. I że należy to zrobić, zanim stare formy istnienia zostaną zastąpione nowymi. Tutejszy czas bowiem zagina się, ale płynie. „Powstające tu nowe fabryki i różne zakłady wpływają na szybki wzrost przedmieścia” – zauważył autor hasła poświęconego Woli w XV tomie Słownika geograficznego Królestwa Polskiego (1902). Trudno zaprzeczyć tym słowom.

Ilustracja: Agata Bajerowska

Tomasz Jędrzejewski Wola jako świat i wyobrażenie cz. I

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *