Co z tą Galaktyką, czyli jak Disney rozpętał gwiezdną wojnę

fot. materiały prasowe

Dyskusja nad najnowszym epizodem Gwiezdnych wojen – choć międzynarodowa – niepokojąco przypomina nasz polsko-polski spór o jedyny słuszny patriotyzm. Wygłoszenie w Internecie pozytywnej opinii o Ostatnim Jedi wiąże się zazwyczaj z odpowiedzią przedstawiciela przeciwnego obozu, który w niekoniecznie uprzejmy sposób zakwestionuje naszą przynależność do grona „prawdziwych fanów”, argumentując: „to nie są nasze Gwiezdne wojny”. To czyje one właściwie są?

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że swego czasu religia Jedi była czwartym co do wielkości zarejestrowanym wyznaniem w Wielkiej Brytanii. Ta całkiem niewinna ciekawostka przyprawiłaby niejednego pesymistę o gorzką refleksję, że świat głupieje i nieuchronnie zmierza ku samozagładzie, ale spójrzmy na to z innej perspektywy – jaką siłę oddziaływania musi mieć ta banalna historia, skoro na jej podwalinach w ciągu ostatnich czterdziestu lat powstała chyba największa i najradykalniejsza kultura fanowska na świecie. Nie ma w tym tekście miejsca dla truizmów w rodzaju „Star Wars to (pop)kulturowy fenomen”, pochylmy się jednak nad gronem odbiorców sagi, zjawiskiem równie fascynującym, co same filmy. Ta wielomilionowa społeczność, obejmująca przedstawicieli kilku pokoleń, rzeczywiście przypomina nieco wspólnotę religijną, w dodatku wyjątkowo konserwatywną. Potwierdza to silnie spolaryzowana recepcja Epizodu VIII, dość odważnie poczynającego sobie z gwiezdnowojennymi konwencjami. Histeryczne reakcje, takie, jak internetowa petycja o skasowanie filmu z kanonu serii, obnażają jednak coś więcej. Bożkiem w świątyni Star Wars są nie tyle filmy o odległej Galaktyce, ile fanowskie wyobrażenie na ich temat.

– This is not going to go the way you think!

Sam Luke Skywalker ostrzegał nas już w oficjalnym zwiastunie, czego prawdopodobnie nikt nie wziął na poważnie. Ten chwytliwy cytat nie dość, że charakteryzuje film trafniej od jakiejkolwiek zapowiedzi,  ale jeszcze mógłby służyć za motto wszelkich działań Lucasfilmu od chwili przejęcia go przez Disneya, począwszy od skasowania Expanded Universe[1], a skończywszy na zrealizowaniu Ostatniego Jedi. Całe to zamieszanie wokół scenariusza Riana Johnsona jest w istocie kulminacją emocji sfrustrowanego fandomu, przeżywającego aktualnie coś w rodzaju zbiorowego załamania nerwowego. I choć na widok internetowych opinii nazywających Epizod VIII środkowym palcem wymierzonym w kierunku społeczności fanów jakiś cichy głosik z tyłu głowy rozsądnie szepcze, że najwyraźniej świat oszalał, to z drugiej strony na usta ciśnie mi się: nihil novi. Przede wszystkim, z podobną krytyką – choć na mniejszą skalę – spotkało się w 1980 roku Imperium kontratakuje, dziś uznawane na najlepszą część sagi. Za mało rozwiązań fabularnych zagadek? Wątek romantyczny pomiędzy nie tymi postaciami, co trzeba? Szokujące koligacje rodzinne (w przypadku The Last Jedi – ich brak)? Poprawność polityczna? Nietrafiony humor? To wszystko już było. Symptomatyczne, że zarzuty w rodzaju: „To nie są moje Gwiezdne wojny!” pojawiały się od samego początku istnienia cyklu, tak jakby w chwili wejścia na ekrany stał się on dobrem publicznym, całkowicie oderwanym od swojego twórcy. Trudno jednak współczuć George’owi Lucasowi, skoro sam jest sobie winien.

Łaska fana na pstrym koniu jeździ

Lucas to klasyczny przykład autora będącego ofiarą własnego dzieła. Na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat stosunek fanów do niego zmieniał się od czci i szacunku po lekceważenie i wzgardę, zwłaszcza po zdecydowanie źle przyjętej trylogii prequeli (1999-2005). Krytyka dotyczyła zarówno ich dyskusyjnej jakości (większość dialogów do dziś przyprawia o dreszcze), jak i pewnych pomysłów fabularnych. Niesławne midichloriany spowodowały wręcz, że Lucasa zaczęto oskarżać o „zabicie magii” Star Wars oraz odmówiono mu praw do jego własnego utworu. Literatura, a tym bardziej kino, usiane są zresztą przykładami twórców, którzy w pewnym momencie stracili talent i zaczęli bardziej szkodzić swoim dziełom, niż je rozwijać. Czy Lucas rzeczywiście „zabił” sagę? Być może powinien był powierzyć stworzenie scenariuszy i reżyserię ludziom o większych umiejętnościach, ale jednak to on wymyślił ten świat od podstaw – logika podpowiada, że dzięki temu znał go najlepiej. Mimo to publiczność jakby bezrefleksyjnie wzięła sobie do serca słynny postulat Barthes’a i uśmierciła autora, rytualnie paląc go na stosie. Lucas nie tyle zniknął z przestrzeni dzieła, ile został z niego bezpardonowo wyrzucony. Chwila, w której zaskoczył wszystkich i odsprzedał Lucasfilm z całością praw do marki Disneyowi, musiała być słodko-gorzka. Rozstanie z dziełem życia było zarazem pozbyciem się brzemienia, od lat budzącego jedynie rezygnację i rozgoryczenie.

Chce się współczuć George’owi i ponarzekać na niewdzięczność fanów, ale niesprawiedliwością byłoby obarczenie ich całą winą. Wydanie w 1978 roku Spotkania na Mimban Alana Deana Fostera zainaugurowało rozwój Expanded Universe. Pisarze-rzemieślnicy w błyskawicznym tempie dopisywali dalszy ciąg przygód głównych bohaterów oryginalnej trylogii, uzupełniali nowymi historiami czasowe dystanse między poszczególnymi filmami, kreowali dziesiątki nowych postaci, wreszcie zaczęli tworzyć historię Galaktyki od jej zamierzchłych początków. Wprawdzie większa część EU miała – nie ukrywajmy – charakter literackiej pulpy, zdarzały się jednak powieści ciekawe, pomysłowe – po prostu dobre. Z kolei fakt, że wśród autorów Rozszerzonego Wszechświata znajdowali się zarówno literaccy wyrobnicy, jak i zwykli fani, późniejszy rozwój Internetu i nastanie mody na pisanie fanfiction, budowały silne poczucie wspólnoty i realnego wpływu na kształt ukochanego fikcyjnego uniwersum.

Lucas od początku z obojętnością odnosił się do twórczej działalności fandomu, do czego niewątpliwie przyczynił się fakt, że miał zagwarantowany udział w zyskach od sprzedaży każdego produktu opatrzonego logo Star Wars. Akceptował tę twórczość, ale wcale jej nie respektował; jego stosunek do EU można by podsumować następująco: „Róbcie, co chcecie, ale jeśli zdecyduję się nakręcić kolejne filmy, i tak zrobię to po swojemu”. Oficjalne przyzwolenie przyspieszyło nieuniknione – „dzieło” stało się „tekstem” i zaczęło żyć własnym życiem, odbiorca natomiast wszedł w rolę współtwórcy. Coś jednak poszło nie tak.

Między śmiercią autora a hermetyczną semiozą

Spośród wszystkich zarzutów stawianych Ostatniemu Jedi, szczególnie interesujący jest jeden: to zły film, bo twórcy nie okazali szacunku i zignorowali wszystkie fanowskie teorie. Z jednej strony to absurdalna krytyka, z drugiej jednak nie sposób nie zauważyć, że jest ona pokłosiem tego, do czego Lucas i jego wytwórnia przyzwyczaiły swoich odbiorców w ciągu ostatnich czterech dekad. Disney okazał się mniej wyrozumiały i – wbrew opiniom wielu rozczarowanych fanów – najwyraźniej ma własną wizję trylogii sequeli. Skasowanie EU, choć tak kontrowersyjne, było aktem obrony swobody artystycznej nowego autora – czyli tego, kto posiada prawa. Interesujące, jak bardzo rozmywa się kategoria twórcy w obliczu gwałtownego rozwoju tak zwanych filmowych franczyz spod znaku Kinowego Uniwersum Marvela, w których ostateczny kształt dzieła jest wypadkową decyzji producentów i pomysłów seryjnie zatrudnianych reżyserów.

Kino popularne to przemysł, a niepokój tak aktywnego twórczo fandomu jest w rzeczywistości całkiem zrozumiały, podobnie zresztą jak złość z powodu poczucia bycia odsuniętym. Historia zatoczyła koło – fani odsunęli Lucasa, teraz ktoś inny odsunął ich. Nie bez znaczenia pozostaje kwestia ekonomiczna – Gwiezdne wojny zarabiają dzięki publiczności, co czyni odbiorców poniekąd współczesną karykaturą mecenasów sztuki. Płacę, więc wymagam. Wszystko to sprawia, że oczekiwania fanów wobec kontynuacji przybierają postać listy życzeń – niech będzie tak jak kiedyś, ale inaczej, niech historia będzie świeża, ale bezpiecznie przewidywalna. Przebudzenie mocy krytykowano za przesadną wtórność wobec Nowej nadziei. Ostatniemu Jedi obrywa się za to, że nie jest nowym Imperium kontratakuje. Łatwo też zrzucić winę za swoje fanowskie rozczarowanie („to nie jest to, czego chciałem”) na spersonifikowanego sprawcę zawodu, tego złego i chciwego Disneya, którego sam Lucas w przypływie nieprzemyślanej szczerości nazwał zbiorowiskiem „handlarzy białych niewolników”.

Czy dzieło jest własnością twórcy? Oczywiście, że nie, jest autonomicznym i nieskończonym bytem, w którym to odbiorcy przypada uprzywilejowana rola. Problem z Gwiezdnymi wojnami polega na tym, że ich publiczność pozbyła się faktycznego autora nie po to, aby współtworzyć znaczenia, lecz by zawłaszczyć sobie sagę i zakonserwować jej konkretne, akceptowalne przez większość oblicze. W tej „jedynej słusznej” wizji nie ma miejsca dla Luke’a Skywalkera, który w ciągu trzydziestu lat z młodego idealisty przeistoczył się w zgryźliwego tetryka. Nie ma tu również racji bytu potężna Mocą, anonimowa złomiarka znikąd ani autoironiczne mrugnięcia okiem.

Konkluzja, albo spowiedź fana

Wszystko to dałoby się podsumować wzruszeniem ramion i trzeźwym spostrzeżeniem, że przecież to tylko film. Rozsądek jednak nie pomoże, gdy w grę wchodzą tak silne uczucia jak te, którymi pokolenia widzów obdarzyły sagę Skywalkerów. Można Gwiezdnych wojen nie lubić, ale potrzeba wiele złej woli, żeby nie docenić ich roli współczesnego monomitu. Tekst ten nie jest w żadnym stopniu atakiem na publiczność niezadowoloną z Epizodu VIII, jest raczej wynikiem pewnego zagubienia fana, któremu przeciwnie – bardzo się podobało. Rozłam w społeczności wielbicieli cyklu jest poważny. Na forum największego polskiego portalu filmowego możemy przeczytać: „Jestem zszokowany faktem, że są fani SW, którym ten film się podobał”. Niby nic, ale jednak jak zawsze znajdzie się mnóstwo osób, które powiedzą nam, że nie jesteśmy „prawdziwymi fanami”, choć kochamy te błahe filmy od dzieciństwa.

Tymczasem George Lucas zapewne z boku przygląda się całemu zamieszaniu i pęka ze śmiechu. Nie dość, że wzbogacił się o cztery miliardy dolarów, to przy obecnej koniunkturze kapryśna publiczność znów awansowała go do pozycji wizjonera. Widocznie mroczne widmo Myszki Miki przeraża nawet bardziej niż Jar Jar Binks.

Karolina Pakieła

 

[1] Expanded Universe to zbiorcza nazwa dla kilkuset powieści, komiksów i fabularnych gier, opowiadających historie ze świata Gwiezdnych wojen.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *