eksperyment ze znaczeniem, tzn. znikaniem

Czy jest nadzieja? Jest.

A gdzie jest? Przy nadziei.

M.K.E Baczewski – Morze II

Zofia Skrzypulec, debiutująca w tym roku książką Eksperyment ze znikaniem, nie sprawia na mnie wrażenia autorki, której zależy na akcentowaniu szczegółów swojego życia i skupianiu się na swojej osobie w tzw. realu, ale dla porządku: jest to młoda (rocznik 2000) twórczyni związana z krakowską sceną poezji i eksperymentalnej prozy. Ze względu na taki miks zainteresowań, warto moim zdaniem pochylić się na chwilę nad pewną ciekawą formą literacką – poematem prozą. Żeby zarysować jej kontury, powołam się na Jakuba Kornhausera: 

„[…] ma we współczesnym wydaniu awangardowo-postmodernistyczne antecendencje – oczywiście mimo antycznego rodowodu – więc stanowił i stanowi laboratorium form, poręczne narzędzie dla wszelkich eksperymentatorów […] Cechą wspólną poszczególnych realizacji […] jest w pierwszej kolejności wewnętrzna struktura poematu prozą. To, całkiem po prostu, blok tekstu, cięty równo z lewej […] i z prawej strony. […] Zamiast relacji opartej na sieci lub konstelacji (gdy słowa lub wersy rozrzucone są swobodnie w przestrzeni strony) mamy do czynienia raczej z typową dla prozy relacją linearną. Z tym, że albo pozbawioną logiki przyczynowo-skutkowej (jak w tekstach przypominających relację z marzenia sennego), albo podbitą gatunkową/językową heterogenicznością, albo wreszcie celującą w paradoksalny status poszczególnych segmentów tekstu, przeczących sobie, brnących w aporie, zawieszających granice między realistycznym a wyobrażonym. Poemat prozą staje się dzięki temu „nie-opowiadaniem”.1J. Kornhauser – Równo z prawej. Antologia polskiego poematu prozą

Dla uczciwości dodam, że dalszy fragment zawiera stwierdzenie, które trochę mi przeszkadza – „[poemat prozą jest – przyp. JS] zbudowany z kilku, maksymalnie kilkunastu zdań”, – ale tu pozwolę sobie uznać, że ewolucja w tym zakresie jest dopuszczalna. Na razie, traktując tę definicję jako punkt wyjścia, zastanówmy się, jakie cele artystyczne mogłyby przyświecać autorkom potencjalnie zainteresowanym taką formą w latach 20-tych aktualnego stulecia.

Świat zastany przez przez współczesne debiutantki jest w stanie przejściowym, i to wielowymiarowo. W przestrzeni kultury postmodernistyczna ironia, dystans i ciągła problematyzacja wszystkiego jest już w wyraźny sposób passé. Utalentowane twórczynie wydają się z jednej strony niezainteresowane powrotem do naiwnie modernistycznej perspektywy, a z drugiej żywo zainteresowane rekonstrukcją czegoś w rodzaju wzniosłości, istotności, uniwersalności; na tyle, na ile to możliwe. Już od dłuższego czasu pojawiają się próby opisu i systematyzacji takiej post-postmodernistycznej strategii, do których można zaliczyć chociażby new sincerity2Zob. https://en.wikipedia.org/wiki/New_sincerity , performatyzm3Zob. https://performatism.de/What-is-Performatism , „drugą falę” modernizmu w rozumieniu Marjorie Perloff4Zob. Marjorie Perloff, 21st-Century Modernism: The „New” Poetics, czy metamodernizm w definicji Vermeulena i van den Akkera5Zob. https://www.tandfonline.com/doi/full/10.3402/jac.v2i0.5677 . Oczywiście jest tych teorii o wiele więcej, ale w większości są niespecjalnie popularne, ograniczone w zakresie i sprzeczne ze sobą nawzajem (kusząc tym samym próbą dalszej syntezy). Społeczno-ekonomiczna sytuacja też nie jest szczególnie różowa: właściwie po całym globie krąży coraz śmielej widmo wojen, katastrofy klimatycznej, beznadziei w kontekście poprawy warunków materialnych, ale i dobrostanu psychicznego itp. Moim zdaniem, to zainteresowanie programem pozytywnym można traktować  jako konstruktywną odpowiedź na przytłoczenie takimi problemami. Oczywiście, ważne jest uczciwe podejście do tych kwestii i akceptacja tego fatalnego stanu rzeczy, i to w kontraście do tego, jak mogłybyśmy sobie wyobrażać typowo postmodernistyczną odpowiedź – „Tak, tak, wszystkie zginiemy, chujówka. No i co zrobisz, k o c h a n a. Podaj blanta.”6A nie-rozdział znowu znowu przedstawia nam następującą zagadkę: „kiedy byś się naćpał ale już nie / ćpasz, co robisz?”; w każdym razie na pewno nie wyparcie.

Zofia Skrzypulec, choć nie nazwała swojej książki zbiorem poematów prozą, konstruuje w debiucie na przykład taki fragment:

[…] Dwóch typów kawałek dalej rozmawia o ban-

komatach, jeden szuka, a drugi wskazuje. Mówi: po tej

albo po tamtej stronie ulicy, w tej samej odległości od nas.

Przejeżdża służba zieleni.7cytuję z oryginalnym podziałem na linie; w krótszych fragmentach będę stosować ukośnik jako znak końca linii

Jest to jakaś narracja, choć mam wrażenie, że typy mogłyby rozmawiać równie dobrze o banałach (czy innych komunałach), po jakiejś „tej” imprezie mogłyby szukać alkomatów albo być żywo zainteresowane przejazdem policji lub straży miejskiej jezdnią obok. Te samochody chyba nazywa się „suka” i raczej się ich nie szuka, czy się mylę? Może typy są zainteresowane topami marihuany, pozyskanymi legalnie, od służby zdrowia, wiadomo. Mogłyby, czemu nie, doświadczyć wizji bycia przejechanymi przez jakąś niematerialnie rozumianą służbę. Poza tym, można się zastanawiać jak wyglądałby kawałek całości, będącej złączeniem jakichś dwóch typów. Mam na myśli ludzi. Mężczyzn, oczywiście. Z jakiegoś powodu przy pierwszym wersie przypomina mi się także Kaz Bałagane i jego „samara od Roberto co się nie Cavalli”8Kaz Bałagane – Dr. Traphouse. Uprzedzając zarzuty o nadinterpretację, przytoczę jeszcze jeden fragment, uprawniający w moim odczuciu rozbiór i rekombinację słów:

Kupiła jabłko, […] Ja bł ko, bł, ‘ł’ jest

obłe, w znaczeniu aerodynamicznym. Aerodynamicz- 

ność to szybkość i kamuflaż na wypadek oporu (napływu

mas powietrza).

Może to rzeczywiście jest po prostu proza (są wcięcia w akapitach), ale chyba najciekawsze rzeczy u Skrzypulec nie dzieją się blisko jej standardowych cech gatunkowych. Żeby zarysować moją interpretację strategii debiutantki wykorzystam jeszcze jedno pojęcie teoretyczne – w matematyce systemów dynamicznych istnieje koncepcja tzw. atraktora9https://en.wikipedia.org/wiki/Attractor (link do angielskiej wikipedii, bo polska wersja artykułu jest niskiej jakości). Na potrzeby tego tekstu możemy go traktować jako uogólnienie pojęcia punktu. Rzecz w tym, że takie systemy podlegają ciągłym zmianom w czasie, a ich zachowanie cechuje bardzo wysoki poziom złożoności. Są na tyle skomplikowane, że dokładne przewidzenie ich stanu w arbitralnym momencie przyszłości może być trudne albo niemożliwe (i to z całą mocą matematycznego dowodu). Można jednak, przynajmniej w pewnych warunkach,  przewidzieć ich zbieg właśnie do atraktora, pewnego nieostrego zakresu punktów (i to również z całą pewnością, jaką daje matematyka). Innymi słowy, nie da się określić jak dokładnie taki skomplikowany system zachowa się w przyszłości, ale można szukać kierunków jego ewolucji i oprzeć się na przewidywaniach w mniej lub bardziej przybliżonej formie, na wyższym poziomie abstrakcji. Zjawiska, jakie modeluje się przy pomocy takiego aparatu, należą do dziedzin takich jak: biologia10https://arxiv.org/abs/2112.03978 , chemia11https://www.tandfonline.com/doi/full/10.2147/DDDT.S216397#abstract , socjologia i antropologia12https://en.wikipedia.org/wiki/Cultural_attractor_theory , językoznawstwo13https://www.frontiersin.org/journals/psychology/articles/10.3389/fpsyg.2017.02356/full i literaturoznawstwo14https://www.researchgate.net/publication/379196241_The_application_of_the_attractor_ model_to_cognitive_poetics_journalism_and_foreign_language_learning , religioznawstwo15https://sites.santafe.edu/~simon/poulsen_dedeo.pdf , informatyka16https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/7727699/ itd., a moim skromnym zdaniem w tym przypadku można zaufać zasadzie indukcji. A po co o tym wszystkim piszę w kontekście Eksperymentu? Wydaje mi się po prostu, że autorka jeszcze przed debiutem porzuciła mrzonki o prostych rozwiązaniach na rzecz marzeń o rozmytym, ale wyraźnym zbiorze możliwości, widocznym w przebłyskach gdzieś w oddali. Szanuję, naprawdę.

Na ten moment nie wiem, jakie światełko widzi autorka na końcu przysłowiowego tunelu, ale istnieją wyraźne tropy dotyczące tego, co się klei (a takie pytanie radzi zadawać motto książki). Nieprzypadkowa wydaje mi się również dwuznaczność co się klei – co się klei, a to drugie pytanie rozumiałabym po Pułkowsku17Mam na myśli problematyzację stabilności podmiotu przez autora słów „To nie siedzi / we mnie, tylko «podczas siebie»”. Jeśli zderzyć oba znaczenia w celu zaproponowania jakiejś syntezy, to przede wszystkim zwróciłabym uwagę na to, że połączenie ich bez wartościowania jednego ponad drugie sugeruje refleksję nad sprzężeniem pomiędzy światem zewnętrznym („co”) i podmiotowością („się”). Mówiąc inaczej – są w tym dwa pytania, równie ważne, a dodatkowo współzależne – zarówno jakie rzeczy sklejają nasze „się” oraz jakie rzeczy skleja nasze „się” – i żeby odpowiedzieć na jedno z nich, trzeba w tym samym czasie odpowiedzieć na drugie. „Myślałam o żartach, kiedy czytałam tekst Sary Ahmed [autorki motta – przyp. JS]” twierdzi podmiotka w nie-rozdziale znowu znowu, a ja myślę, że autorka operuje humorem na tyle dobrze, że istnieje szansa na nawiązanie produktywnej komunikacji z czytelniczką, która, widząc, że ten humor ma funkcję konstruktywną, może zrezygnować z części podejrzliwości. Udane żarty zwiększają tendencję rozmowy do klejenia się i się, zwłaszcza jeśli ich celem nie są złośliwości i pogłębianie dystansu. Potwierdza to zresztą podmiotka w Pipi go home, uzupełniając dowartościowanie humoru przedstawieniem pewnych aspektów strategii artystycznej:

Kiedy elektryczność wraca, ostatni widok «sprzed» jest

zupełnie nieaktualny, ale stanowi jakiś rodzaj punktu od-

niesienia. […] Tylko napisy zostają, jak dobrze (jak do-

brze, jak dobrze) się przyjrzysz, okazuje się, że stare wy-

zierają spod nowych. Oczywiście należy podkreślić ele-

ment humoru. Określiłabym go jako ważny – narzędzie

intonacji, ciepły, żywy.

Podsumujmy: ciepły humor w służbie rekonstrukcji więzów, pewien widok z przeszłości jako punkt odniesienia, nieaktualny, ale istotny, jakieś nowe napisy zbudowane przynajmniej częściowo na bazie starych, nie w próżni. W Otchlan.pl, dość jawnie odwołującym się do procesu twórczego, możemy z kolei przeczytać, że „Granice są delikatnie nie- / bieskie”. Nie-ostre? Może po prostu zawsze są trochę nie-jakieś? Dalej podmiotka wypowiada się też tak:

[…] Założenia:

  1. Dystans, jak każdy dystans, wentyl bezpieczeństwa.
  2. To sedno sprawy.

Pod koniec dowiadujemy się, że bohaterka trwa w przekonaniu, że „[…] istnieje jeszcze / inny punkt rzeczywistości, z którego można patrzeć […]”, co trochę przesuwa ton w stronę patosu, ale bezpośrednia kontynuacja od razu zmiękcza poczucie uczestnictwa w kazaniu: „[…] My- / ślę: co by było, gdyby mówić na nudesy głupole?”. Insynuacje tego rodzaju poruszają się w Eksperymencie ze znikaniem po różnych rejestrach, mogą się odnosić do seksualności:

Kupiłem ostatnio samochód. […] jak już wsiądę, mam ochotę

nigdy go nie opuszczać, masować się przy pomocy mikro-

drgnień powodowanych jazdą, wsłuchiwać się w cichut-

ki warkot silnika, brzmiący w moich uszach zupełnie

jak mruczenie kociaka.

ale również przywoływać skojarzenia religijne – „[mój pies chciał – przyp. JS] pogryźć / spaniela w świecącej obroży”. Do tego można zauważyć tu i ówdzie sugestie otwartości na dialog i pozytywne wzmianki dotyczące prawdziwej otwartości w ogóle, jak w następujących fragmentach:

[…] patrzył, jakby miał wielką chęć zrozumienia i chyba nigdy

nie dostrzegłam w jego oczach przejawu jakiejkolwiek

eskalacji, mroku

A szelmowsko wręczyć prezent, wręczyć prezent

i usłyszeć «o ty szelmo»? I wyobraź sobie, że ktoś przyjmu-

je, udana transakcja.

Powtórzenie „wręczyć prezent, wręczyć prezent” moim zdaniem brzmi jakby podmiotka była podekscytowana taką możliwością, a kontynuacja „I wyobraź sobie, że ktoś przyjmuje” sugeruje wręcz pewien rodzaj obsesji połączonej z niedowierzaniem, że przekazanie prezentu może się udać. Po udanej transakcji wyobrażałabym sobie podmiotkę trochę jak małe dziecko, szczerze i niewinnie uradowane przez prezent-niespodziankę-od-losu (sukces w obdarowaniu kogoś). Trans-akcja jako działanie wychodzące poza, przekraczające coś, to chyba też nieprzypadkowe znaczenie.

Przy tym wszystkim narracyjna warstwa nie-powieści wcale nie jest nieistotna – rozumiem ją między innymi jako zakotwiczenie w doświadczeniu codzienności, zwykłości, i to nie w taki sposób, w jaki niektórzy twórcy piszą o problemach „zwykłych ludzi” w przerwie od sporządzania kolejnej śmieciowej umowy dla sprzątaczek zatrudnionych w swoim domu. Twierdzę, że nie jest to jedynie maska czy wyrachowana gra w zdobycie uznania „szaraczków”. Zauważmy chociażby, że w nie-rozdziale Marta mówi, dotyczącym audycji radiowej, wdzwaniające się osoby wcale nie są ośmieszane. Autorka umieszcza postaci w niepoważnym kontekście (podwójnie, na poziomie samej audycji, a do tego perypetii rozmówców), ale nie po to, żebyśmy wspólnie pośmiali się ich kosztem, ale raczej, żeby pokazać, jak ciekawe znaczenia można wycisnąć z różnorakiej prozy życia, jeśli tylko nie wywyższamy się wobec „normalności”. Moim ulubionym przykładem jest chyba ten fragment rozmowy z pięcioletnią dziewczynką:

Marta2: Dziendobly tu Malta mam 5 lat jestem z Lub-

lina chciałam zamówić piosenkę z bajki tajemnica szyflu- malabuta z pozdlowieniem dla mojego przyjaciela Mal- cela, ona zaczyna się „ale moklo ale zimno ale bzydko”.

Piosenka z bajki, która zaczyna się od niesprzyjających warunków pogodowych. Ja zdecydowanie nie odczytywałabym tego jako pobłażliwego podsłuchiwania śmiesznych, dziecięcych wypowiedzi, raczej jako zwrócenie uwagi na to, że można zmyć z twarzy patronizujący uśmieszek i ujrzeć w czymś, co naprawdę mogłoby powiedzieć pięcioletnie dziecko, alegorię swojej strategii artystycznej; potem potraktować to jednocześnie na serio i z lekkim przymrużeniem oka. Nie wiemy tak naprawdę, czy przyjaciel jest incelem, czy Marcelem. Autorka nie wyzłośliwia się tu wobec dzieci, ale moim zdaniem nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dodatkowo odczytać to w ironicznym kluczu, tylko na trochę innym poziomie – połączenia wczesnego etapu rozwoju i seplenienia o tym, że jest mokro, zimno, brzydko, wszystko nie tak. Wallace’owska ironia wymierzona w ironię jak się patrzy. Uważam, że takie harmonijne migotanie znaczeń i tonów, nieredukowalne do tylko jednego z nich, to ważny element poetyki Skrzypulec. A w razie oporu (napływu mas powietrza) zawsze zostaje kamuflaż. Eksperyment ze Znikaniem wydaje się mówić, że tak właśnie wygląda porządny pomost pomiędzy „życiem”, a literaturą z wielkimi ambicjami.

Na ogólnym poziomie wygląda na to, że podmiotka lub ich grupa18Myślę o niedookreśloności powiązań (czy podmiotka 1 to inna osoba niż podmiotka 2?) oraz niejasnej relacji autorki z „bohaterkami” i „narratorkami” poszczególnych części jako o elemencie znaczącym w kontekście motywów więzów, części wspólnych itp. nie chce się już bawić w atomizację i podkreślanie swojej odrębności. „Uśmiech na twarzy – piękny cel”, fraza kończąca Pipi go home, w takim kontekście raczej nie ma ironicznego wydźwięku, a jednocześnie wydaje się nie osuwać w naiwność. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że właśnie taka jest stawka eksperymentów Skrzypulec.

Jeśli zaś chodzi o kwestię „poematy prozą kontra powieść” – tak naprawdę niespecjalnie interesują mnie sprzeczki o klasyfikację gatunkową (choć nie uważam tego za bezproduktywne zajęcie), natomiast pod wpływem pewnych nowości wydawniczych nieśmiało zarysowuje mi się w głowie trend eksperymentowania z zacieraniem różnic pomiędzy prozą, a poezją. U krakowskiej debiutantki nie jest to przypadkowy miks poetyk, zabiegów czy motywów, lecz próba zbudowania nowej harmonii poprzez wybór odpowiednich cech obu gatunków i ustanowienie pomiędzy nimi dynamicznej równowagi19Rozumianej jak w otwartych systemach termodynamicznych. Ponieważ nie ma polskiej wersji, zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Non-equilibrium_thermodynamics. Dobrą analogią na potrzeby interpretacyjne mogą być wyświetlacze stabilizujące obrazek świetlny “w powietrzu” poprzez bardzo szybki ruch, jak na filmiku poniżej:
https://www.youtube.com/watch?v=mu5LC8OPJOs
w ramach jednego dzieła. Do tego mamy wyjątkową dla debiutantki dojrzałość warsztatową oraz wrażliwość nie tylko na aktualny „moment kulturowy”, ale także możliwości jego dalszej ewolucji. To chyba ta słynna awangarda. Kto chce zostać na przedzie, niech czyta Skrzypulec.

 

Ilustracja: Martyna Szypiło

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *