Kto komu robi gębę? O ,,Ferdydurke” w reżyserii Mariusza Malca

Normalność jest linoskoczkiem nad otchłanią nienormalności

Wizyty w teatrze przyprawiają człowieka o gębę. I to nie o tę szlachetną, wyrażającą pragnienie wyższych idei gębę Syfona, a raczej obrzydliwą, obślizgłą gębę Miętusa. Już sama sytuacja widza jest aż do bólu gombrowiczowska. Pewnego wieczoru, natchniony nagłą potrzebą kulturalnego ,,odchamienia” swojej osoby, decyduje się on wyjść na spektakl. To jednak dopiero początek. Gębę należy przede wszystkim odpowiednio przygotować. Od wyboru odpowiednich elementów garderoby (,,Kochanie, jak uważasz, który krawat będzie bardziej pasował do tej koszuli?”), po autokreację własnego kulturalnego ja (,,Razem z żoną w teatrze jesteśmy co tydzień, nie wyobrażamy sobie weekendu bez lampki dobrego wina i kontaktu ze sztuką”). W celu obrony własnej gęby na spektakl „Ferdydurke” w reżyserii Mariusza Malca wybrałam się więc w dresach.

Od samego początku wizyta w Och Teatrze była dla mnie mocno stresująca. Nie martwiłam się specjalnie oceniającymi spojrzeniami ludzi, którzy być może zadziwieni byli moją kreacją. Nie w tym rzecz. Bałam się raczej o samą sztukę, o aktorów i reżysera. Od zawsze czułam bowiem, że adaptacja gombrowiczowskiej arcypowieści wymaga czegoś więcej. Aby ten tekst dobrze zrozumieć i zrealizować jego założenia należy wejść z nim w dialog. Nie można przedstawić go, nie próbując jednocześnie się mu oprzeć. Gombrowiczowi należy pokazać język. Trzeba zaproponować minę własną, złapać pensjonarkę za jej nowoczesną łydkę i, przede wszystkim, próbować oprzeć się pupie.

Człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka – chociażby ta dusza była kretyniczna

Oczywiście postulat o przezwyciężaniu własnej formy, również i w Ferdydurke, okazuje się niemożliwy do zrealizowania. Nie chcę zabrzmieć jak prof. Bladaczka, ale pamiętamy wszyscy, jak to u Gombrowicza było. Józio w powieści podejmuje, jak okazuje się później, niemożliwą do wygrania walki z formą własną. Desperacko próbuje kształtować ją na własny użytek, a jednak nieustannie wpada w schematyczne role. Kluczowy u Gombrowicza jest jednak fakt, że bohater w ogóle próbuje wyzwolić się z nich. Wobec zagrożenia, jakie stwarza forma, przyjmuje on postawę aktywną i podejmuje trud walki z własnymi ograniczeniami. Obecny gdzieś między stronami Ferdydurke Gombrowicz zdaje się wołać do nas przy każdej lekturze dzieła: ,,Starajcie się przezwyciężyć formę, wyzwolić się z formy. Przestańcie utożsamiać się z tym, co was określa. Próbujcie uchylić się wszelkiemu swemu wyrazowi”. Oczywiście gombrowiczowski bohater ponosi ostatecznie klęskę, jednak klęska ta nie wynika z jego bierności, a raczej z typowo ludzkiej niemożności wykroczenia poza własne ja.

Bohaterowie zaproponowani przez Mariusza Malca takiego trudu przezwyciężania własnej formy nie podejmują. Swoje role odgrywają niesamowicie schematycznie i ani przez chwilę nie próbują dyskutować z Gombrowiczem. Być może nie powinno to dziwić w przypadku chociażby takich postaci jak Syfon, Miętus, czy reszty społeczności uczniowskiej. Również i w powieści pozostają oni jak gdyby biernymi świadkami swojej własnej tragedii. Z osobistego tragizmu zdaje sobie jednak sprawę Józio, od którego oczekiwałabym choćby nieśmiałej próby buntu. I, choć taka próba pojawia się na sam koniec spektaklu (o czym później), to absolutnie nie ratuje ona całej reszty.

Wielka poezja, będąc wielką i będąc poezją, nie może nie zachwycać nas,
a więc zachwyca

Nie można oczywiście odmówić aktorom warsztatu. Bardzo zręcznie wchodzą oni w swoje role i są przy tym przekonujący. Z drugiej strony, czy to właśnie nie w taki sposób bronimy zwykle kiepskich spektakli czy filmów? ,,Totalne dno, ale za to obsada rewelacja!”. Mogę wskazać kilka konkretnych momentów ,,Ferdydurke” Malca, które wywołują na widowni największe poruszenie. Są to przede wszystkim chwile, gdy którykolwiek z aktorów wypowiada słowo ,,pupa”. Takie reakcje spowodowane są, jak podejrzewam, liczną obecnością na teatralnej sali uczniów, których na spektakl zaciągnęły siłą zdesperowane polonistki.

Drugim takim momentem jest zdecydowanie scena słynnej lekcja języka polskiego. I choć w momencie gdy Sławomir Pacek drżącym, lekko skrzypliwym głosem, wypowiada słynne słowa ,,Słowacki wielkim poetą był”, uśmiecham się pod nosem, to jednak automatycznie zaczynam zastanawiać się nad tym, skąd się ten mój uśmiech się bierze? Nie uśmiecham się do Malca, czy do grającego w tym momencie na scenie Packa. Moja filologiczna dusza śmieje się tylko i wyłącznie do Gombrowicza, który nie zdawał sobie prawdopodobnie sprawy, jak silnie to historyczne zdanie przesiąknie polską codzienność i jak często będzie wykorzystywane, nie tylko w przestrzeni szkolnej. Malec nie podejmuje żadnej próby aktualizacji tego słynnego cytatu, nie konfrontuje go z realiami dzisiejszej szkoły i systemu edukacji. A szkoda, ponieważ sama postać Słowackiego w czasach współczesnych odbierana jest przez uczniów inaczej niż w dwudziestoleciu. Nieliczni wzruszą się być może podczas lektury Testamentu, ewentualnie Hymnu, dla całej reszty Słowacki pozostanie ekscentrycznym dziwakiem, który po wygłoszeniu monologu na Mont Blanc ze szczytu zleci na chmurze strawberry ice z własnego vape’a.

Maria Kłusek i jej pensjonarska łydka 

Łydki Marii Kłusek są dla mnie idealną reprezentacją tego, co Gombrowicz miał na myśli, pisząc: ,,Łydki, łydki, łydki Łydki, łydki, łydki, łydki Łydki, łydki, łydki, łydki, łydki – Łydka : łydka, łydka, łydka łydki, łydki, łydki”. Sama gra aktorki, a szczególnie jej umiejętności mimiczne, są zdecydowanie godne pochwały, natomiast jej łydki to według mnie książkowa wręcz ilustracja nowoczesności i postępu w rozumieniu gombrowiczowskim. Co więcej, aktorka w dalszej części spektaklu wciela się również w rolę Zosi. Zestawienie obydwu ról pozwala mi w pełni ocenić i docenić umiejętności aktorskie Kłusek. Z brawurowej i pewnej siebie Zuty zmienia się bowiem w schorowaną, flegmatyczną Zosię. Ciężko doszukiwać się w takim rozdwojeniu ról głębszego zamysłu reżyserskiego, jednak aktorce za taką przemianę zdecydowanie należą się brawa. Na wyróżnienie zasługuje także małżeństwo Młodziaków, a więc genialna Maria Seweryn oraz Tomasz Borkowski.

Rozczarowuje mnie jednak fakt, że nie zostaje podjęta choćby próba zaktualizowania znaczenia pensjonarskiej łydki. Albo może – zderzenia jej ze współczesnymi realiami. Choć jest to niewątpliwie kategoria ponadczasowa, to jednak nasuwają się pytania o jej funkcjonowanie we współczesnej rzeczywistości. Jak pojmować nowoczesność i przełomowość dziś, szczególnie w obliczu globalizacji i łatwego dostępu do mass mediów? Czy Zuta mogłaby być fitnessową influencerką, a z Kopyrdą poznałaby się przez Tindera? Czy Młodziakowa byłaby weganką, a na spotkaniach dla nowoczesnych kobiet popijałaby matchę na owsianym? Jak w ogóle rozumieć dzisiaj pojęcie kobiety nowoczesnej? Pojęcia te wymagają w moim odczuciu zdecydowanie bardziej pogłębionej analizy. Mam bowiem wrażenie, że ,,nowoczesna” łydka Malca mimo wszystko trąci jednak myszką.

Problemy, o których wspomniałam, wynikają z podstawowej kwestii związanej z adaptacją dzieł literackich. Reżyser w procesie przenoszenia danego dzieła na scenę musi bowiem zastanowić się, czy zależy mu przede wszystkim na wierności oryginałowi, czy może podejmie z jego autorem dialog i zaproponuje własne rozwiązania? Mariusz Malec zdecydowanie wybiera tę pierwszą strategię. Nie powinno to specjalnie dziwić. Jak wynika z moich obserwacji, Och Teatr jest często miejscem wycieczek szkolnych. Taka specyficzna widownia wymaga więc prawdopodobnie delikatnego podejścia do tematu i ograniczonych operacji na adaptowanym tekście. Jak jednak wspomniałam wcześniej, Ferdydurke jest dla mnie tekstem, który zdecydowanie potrzebuje dialogu i zbuntowanego odbiorcy. Nie da się więc ukryć, że dla filologów, czy po prostu miłośników Gombrowicza spektakl w reżyserii Malca wydać się może zwyczajnie płytki i rozczarowujący.

Sebastiana Perdeka bratanie się z parobkiem

         Pragnienie parobka, które odczuwa Miętus, staje się jak wiadomo chorobliwą obsesją tego bohatera. Obsesja ta zostaje podkreślona również i u Malca, jednak i w tym przypadku brakuje chociażby próby wyjścia poza schemat i głębszej refleksji nad samym pojęciem parobka. Wspominałam, że większość miejsc na widowni zajęły wycieczki szkolne. Czy współczesny licealista jest w stanie w ogóle zrozumieć co gombrowiczowski parobek reprezentuje? I czemu bohater tak bardzo chce bratać się z nim? Moim zdaniem nie jest w stanie zrozumieć. Owszem, śmieszyć będą takiego widza zapędy Miętusa rodem z sielanek romantycznych i stwierdzenia w stylu: „Parobek klepnął Miętusa po policzku o zachodzącym słońcu”. Zinterpretuje on być może postać Walka jako bohatera nieskrępowanego przez społeczne normy i konwenanse. Pragnienie Miętusa, aby bratać się z nim uczeń odczyta najprawdopodobniej jako próbę odrzucenia formy na rzecz naturalności i wolności. Ale czy bez odpowiedniego kontekstu wyniesie z tych scen coś więcej niż tylko utarte frazesy rodem z Bryk.pl?

,,No dobrze, ale przecież taki kontekst powinien zostać przedstawiony przed wyjściem do teatru, na zajęciach z polskiego” – skomentowałby potencjalny krytyk. Nie zamierzam zagłębiać się teraz w opisy zardzewiałej, rozpadającej się machiny systemu współczesnego polskiego szkolnictwa i tłumaczyć, że: ,,Owszem, taki kontekst powinien zostać przedstawiony, jednak zwykle przedstawiany nie jest”. Poza tym, nawet jeśli wyobrazimy sobie młodego ,,widza idealnego”, który świadomy jest nierówności klasowych i społecznych tamtego okresu, w dalszym ciągu pozostaje pytanie o ich aktualność w XXI wieku. Być może pod postacią parobka należy umieścić dziś kogoś innego? A może kategorię tę powinniśmy w dzisiejszych czasach uznać za zdezaktualizowaną? Jedno jest dla mnie oczywiste. Powtarzanie za Gombrowiczem kwestii Miętusa, bez próby odpowiedzi na pytanie o aktualność parobka, z pewnością nie doprowadzi do zrozumienia tej figury. O ile nowoczesność Zuty, choć u Malca zupełnie nienowoczesna, jest dla widza raczej zrozumiała, to parobek w wykonaniu tego reżysera przypomina mi jedynie przestarzały, muzealny eksponat podziwiany przez szybę z grubego szkła.

Czy da się uciec przed gębą?

Na to pytanie Gombrowicz odpowiada w powieści: ,,Nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka”. Największą gębę teatralnemu Józiowi przyprawia w tym wypadku publiczność, która obserwuje jego gorączkowe zmagania na scenie. Aktor odgrywa swoją rolę i jednocześnie uświadamia nam, że w codziennym życiu i my nie różnimy się od aktorów grających we własnej życiowej tragedii. Jest jednak jeden moment, w którym postać wykreowana przez Krzysztofa Szczepaniaka decyduje się na próbę buntu. To jest chwila, w której zdaje się wyzywać on na pojedynek samego Gombrowicza. W ostatniej scenie aktor, schodząc ze sceny, rzuca okiem na publiczność i mówi ,,Koniec…”. Widz wie oczywiście. co zostanie dopowiedziane za chwilę, a jednak ta specyficzna pauza i niesamowicie wymowne spojrzenie aktora w kierunku widowni wydaje się pomysłem przemyślanym. Koniec oznacza bowiem oczywiście zakończenie spektaklu, jednak ton głosu i zachowanie postaci sugerują również ironiczny wydźwięk tego stwierdzenia i następującego po nim milczenia. To nie jest dla nas koniec, a dopiero początek. W codziennym życiu to my jesteśmy aktorami, którzy odgrywają swoje marne role w życiowej tragedii. Jak pisze Gombrowicz: ,,być człowiekiem, to znaczy być aktorem – być człowiekiem, to znaczy udawać człowieka – być człowiekiem, to zachowywać się jak człowiek, nie będąc nim w samej głębi – być człowiekiem, to recytować człowieczeństwo”.

 

Ilustracja: Agata Bajerowska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *