Heated Rivalry: za dużo do powiedzenia, za mało sił przed obroną

Wyznanie pierwsze 

W wyobraźni napisałam bardzo dużo naukowych i nienaukowych artykułów. To pewnie przypadłość wielu humanistek i humanistów. Lubię planować, co mogłabym zrobić – potencjalność tekstu mnie zachwyca. O ile pogodziłam się z tym, że póki co nie wrócę do mojego ukochanego Myśliwskiego, ani nie zrealizuję tematu queerowej utopii w kontekście performasów Chappell Roan, ani potrzeby patosu w muzyce na przykładzie Comy, o tyle Heated Rivalry nie odpuszczę. 

Wymęczona egzaminem kierunkowym i zestresowana perspektywą obrony doktorskiej nie mam jednak głowy do profilowania tekstu oraz prowadzenia ukierunkowanej i szczegółowej analizy danego zjawiska. Napiszę więc, co mogłabym napisać. Muszę zachować siły na sformułowanie odpowiedzi na recenzje. Dlatego będę stawiać kropkę tam, gdzie mi wygodnie. I zrobię to bez prób zachowania jakiegokolwiek dystansu, bo absolutnie przepadłam w świecie „hokeja”  – i nie ja jedna. 

PS: Uwaga, spoilery! 

Garść wieści ze świata o serialu, który nakręcono z małym budżetem i nieznanymi aktorami dla kanadyjskiej platformy Crave w trzydzieści kilka dni

Tekst napisałam zanim w Polsce wyszedł pierwszy odcinek, wrzuciłam do niego sporo ciekawostkowych statystyk i insiderskich informacji – z perspektywy osoby, która Heated Rivarly oglądała od samego początku w trochę podejrzanych odmętach Internetu. Od tego momentu „geje hokeje” zdążyli opanować już Polskę. Dopisuję ten akapit po powrocie z (kolejnej) imprezy tematycznej w warszawskim La Pose. Nieironicznie cieszę się, że żyję w czasach, w których tłumy ludzi na całym świecie zbierają się w barach i klubach, żeby oglądać gejowski serial, wspólnie krzyczeć do ekranu i tańczyć do – dobranych w bardzo przemyślany sposób – editów. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że kanadyjska produkcja staje się (stała się?) fenomenem kulturowym. Nie chodzi tylko o słupki i wyliczenia oglądalności czy wydarzenia tematyczne. Myślę też o debacie na temat homofobii w sporcie i serii publicznych coming outów – ale o tym dalej. 

Tymczasem: premier Kanady Mark Carney ogłosił 29 stycznia dniem fikcyjnej postaci grającej z logo Montrealu – Shane’a Hollandera. Wcześniej robił sobie na ściance głupkowate zdjęcia ze swoim – cytując – bestie Hudsonem Williamsem, odtwórcą roli, i przymierzał podkradziony z planu polar bohatera. Chciałabym to kiedyś zobaczyć w polskim wydaniu. W jednym z ostatnich przemówień burmistrz Nowego Jorku, Zohran Mamdani, zasugerował, żeby mieszkańcy zostali w domu, chowając się przed zimową zawieruchą, i czytali Heated Rivarly Rachel Reid – pierwowzór ekranizacji (książka, a właściwie cała seria, zyskała po latach drugie życie). Konta społecznościowe kanadyjskich miast i produktów licytują się na najlepszy inspirowany serialem marketing; zresztą nie tylko kanadyjskich – piwo imbirowe, ulubiony napój Shane’a czy mecze hokejowe (wcześniej, umówmy się, niezbyt popularnych) drużyn i w Polsce reklamuje się nawiązaniami do serialu. 

Zarówno Connor Storrie, serialowy Ilya Rozanov, jak i Williams, niecały rok temu pracowali w restauracjach, natomiast w ciągu ostatnich tygodni: prezentowali nagrody na Złotych Globach, nieśli olimpijski znicz w sztafecie Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Milanie, zasiadali w pierwszych rzędach na fashion weekach i branżowych eventach, dostają tonę scenariuszy filmowych i serialowych, biegają po najpopularniejszych talk show – od Jimmy’ego Fallona i Setha Meyersa aż po Saturday Night Live. Masy ludzi koczują przed budynkami, a programy biją rekordy popularności. Wszelkie czasopisma – „Wonderland”, „Vogue Adria”, „Cultured” – z okładkami Hudsona i Connora wyprzedają się w okamgnieniu (i ja poniosłam porażkę). Podczas meczów hokeja w przerwach na telebimach wyświetlane są fragmenty serialu, i to niekoniecznie te związane ze sportem. A to wszystko przez serial, który powstał przy tak małym budżecie, że nie było pieniędzy na wystarczającą liczbę statystów. W odcinku piątym można wypatrzeć, że te same osoby dublują się na publiczności wokół lodowiska. 

Wszelkie zbiorowe uniesienia, zachwyty nad pięknymi twarzami (i nie tylko) aktorów byłyby jednak pustą sensacją, gdyby nie fakt, że Heated Rivarly broni się samą konstrukcją i formą.

Jak to jest zrobione?

To właśnie kompozycja Heated Rivalry opowiada o przechodzeniu od dystansu do bliskości, od performowanej męskości do bycia sobą i bycia blisko siebie. Samą fabułę można by sprowadzić do stereotypowej romansowej historii: od „to tylko seks” do „miłość życia” – twój situationship w końcu dopuszcza do siebie emocje i tworzycie najszczęśliwszą na świecie parę. Taka narracja działa na potrzeby memów, tylko że ten serial w ogóle nie jest o tym. Ogólnie mówiąc, takie opowieści żerują na stereotypach płciowych: dojrzałej, choć nazbyt emocjonalnej, szybko angażującej się kobiety i unikowego, małomównego i niedostępnego uczuciowo mężczyzny. Przyjacielem kobiety będzie oczywiście gej, prawdopodobnie fryzjer, przedstawiony w równie stereotypowy sposób. Opowieść o relacji nieheteronormatywnej, czyli tej będącej poza utrwalonym kanonem (normą), niedopuszczanej przez lata do mainstreamu, wielokrotnie konstruowanej jako fantazja osób nienależących do społeczności LGBT, jako taka komplikuje tę binarną i utrwaloną kulturowo optykę. Oczywiście, może wikłać się w inne stereotypy, może być naiwna, kiepsko wykonana. Ale nie w tym przypadku.  

Historia Hollandera i Rozanova jest bardzo silnie zakorzeniona w – bezpośrednio i pośrednio tematyzowanych – uwarunkowaniach: społeczno-politycznych (rosyjskie pochodzenie Ilyi i konserwatywna rodzina), kulturowych („męskiego” sportu, w którym, gdy zagrasz źle, jesteś „pedałem” lub „ciotą”) czy emocjonalnych (mierzenia się z pierwszą miłością w ogóle i pierwszą miłością homoerotyczną). Obaj bohaterzy muszą przepracować swoje emocje w tej dynamicznie zmieniającej się relacji. Choć Kanadyjczyk na początku wydaje się bardziej zaangażowany, to on w popłochu ucieka z mieszkania Ilyi, kiedy robi się zbyt poważnie, po czym próbuje zbudować relację romantyczną z kobietą. Drogi bohaterów, zdeterminowane określonym kontekstem, są indywidualne, ale równoległe: od toksycznej męskości do wrażliwości otwierającej na drugiego człowieka (myślę tutaj o słowie vulnerability; pojęcie to zresztą cieszy się dużą popularnością w naukach humanistycznych). 

W serialu wiele niuansów rozgrywa się nie tylko na poziomie słów i działań postaci, lecz także w kompozycji świata przedstawionego: pracy kamery, dublujących się kadrach, grach z czasem i perspektywą. Dominantą znaczeniową jest powtórzenie: tych samych scen – konkretnych ujęć kamery bądź określonego ruchu i umiejscowienia postaci. Te paralele często działają na zasadzie kontrastu najpierw oddającego emocjonalny dystans bohaterów, a potem rosnące przywiązanie i zaangażowanie. Na tej zasadzie zainscenizowano wiele scen intymnych, choćby z pierwszego i ostatniego odcinka: mężczyźni są ustawieni w ten sam sposób, choreografia ciał jest powtórzona, natomiast gra światłem i przestrzenią różnicuje kadry. Pierwsza schadzka, jednocześnie będąca pierwszym razem Shane’a z osobą tej samej płci, przedstawiona jest w półmroku, dzieje się w małym, hotelowym pokoju, nie-miejscu, czy miejscu-pomiędzy, które oddaje (rzekomą) tymczasowość relacji. Ilya opiera Shane’a o ścianę tuż przy drzwiach, co potęguje poczucie ulotności i przygodności. Ostatnia scena erotyczna odbywa się w słynnym the cottage, letnim domku Kanadyjczyka, jego ukochanym miejscu, w pełnym świetle dnia. Pokój ma całkowicie przeszklone ściany, przez które przebija słońce. To przestrzeń otwarta, pozbawiona drzwi (cytując klasykę: „I’ve been sleeping so long in a 20-year dark night / And now I see daylight […] I once believed love would be (black and white) / But it’s golden”). 

Z kolei dokładnie ten sam kadr widzimy w drugim odcinku w scenie z Vegas i piątym z Florydy: zbliżenie na łóżko, po prawej stronie nocna lampka, w tle duże okna; tu różni się usytuowanie postaci względem siebie. Najpierw bohaterowie są pozycjonowani w dużym dystansie: siedzący na krześle Ilya obserwuje leżącego na łóżku Shane’a, który robi to, co każe mu Rozanov (trudno się nie zarumienić…), a w zdublowanym kadrze postaci po prostu się przytulają. Ta paralela w końcu uzmysławia, że był to pierwszy autentyczny i platoniczny gest czułości – choć mężczyźni znają się od lat. W zestawieniu tych dwóch odcinków pojawia się również gra z czasem: na początku wszystkie intymne sceny są długie i zdynamizowane (ze świetną ścieżką dźwiękową Petera Peteraw tle), w przedostatnim odcinku nie są w ogóle zobrazowane: to tylko przytulenie przed i rozmowa w łóżku po. Najpierw był seks, potem emocjonalna bliskość.

Na marginesie: tak, scen erotycznych jest dużo. Są świetnie nakręcone, a pożądanie nie kłóci się tutaj ze świadomą zgodą, o której coraz więcej się mówi. Tyle że gdy zestawimy Heated Rivarly z niektórymi popularnymi serialami o choć częściowo zbliżonej grupie odbiorczej, choćby z Bridgertonami czy Euforią, to okaże się, że nie ma wcale znacznych dysproporcji, a nagości – w porównaniu do tej drugiej produkcji – jest znacznie mniej. Skąd całe zamieszanie? Bo są to sceny męsko-męskie, skupione na jednej parze, pierwszoplanowe, a do tego w mainstreamie nie jesteśmy przyzwyczajeni. 

Omawiane zabiegi kompozycyjne są użyte nie tylko przy scenach intymnych, lecz także w innych ujęciach: samotnego Shane’a przy restauracyjnym stole naprzeciw rodziców, następnie w tym samym układzie, lecz z Ilyą obok w rodzinnym domu. To też obraz mężczyzn siedzących na dwóch brzegach kanapy, a później leżących razem i stykających się stopami, zachodu słońca na Florydzie, gdzie niepewnie muskają się palcami oraz przytulania się podczas wschodu słońca w Kanadzie. 

Czasem ów kontrast wynikający z powtórzeń pracuje na poziomie słów: usunięta wiadomość Shane’a do Ilyi: „We didn’t even kiss” stoi w opozycji do zadziornego „Gimme kiss” Rosjanina; ojciec Rozanova ośmiesza syna przed nowym trenerem słowami: „He needs discipline, he can be […] lazy”, a kiedy później Ilya wspomina Hollanderowi, że jest leniwy, ten odpowiada: „I don’t know that side of you at all”. W przestrzeni social mediów znajdzie się mnóstwo takich porównań, w których fanki i fani niczym (semiotyczni) detektywi tropią różne znaki, za co swoją drogą jestem bardzo wdzięczna. Tu powinien znaleźć się przypis do Tiktoka.

Formalne powtórzenia nie są tylko „ładne”: one konsekwentnie budują historię, która z rejestru przygodności, ukrywania się, poczucia winy i wstydu przechodzi w rejestr radości, która staje się możliwa. 

Queerowa radość 

Większość queerowych historii, szczególnie męskich, albo zaczyna się traumą, albo na traumie się kończy. W ekstremalnych przypadkach – śmierć, w innych – porzucenie przez rodzinę, przemoc, homofobia, a z osobnej kategorii – smutek po wyjętej spoza czasu relacji, która nigdy nie może w pełni zaistnieć (mam nadzieję, że widzicie właśnie płaczącego do Visions of Gideon Elio z Call Me by Your Name). Narracje powoli się dywersyfikują, ale obrazy queerowej radości [queer joy] dalej giną w mroku żałoby i melancholii. 

Toi Derricotte, poetka i profesorka, ukuła w kontekście parady równości hasło: „Joy is an act of resistance”. Słowa te są dla mnie podsumowaniem – chyba można już powiedzieć kultowego – odcinka piątego. Tłem dla opowieści o głównych bohaterach jest historia kapitana nowojorskiej drużyny – Scotta Huntera – który jest niewyoutowanym gejem i w sekrecie spotyka się z Kipem Gradym. Po wygranej pucharu Stanley’a Hunter widzi wokół siebie przyjaciół z drużyny świętujących z najbliższymi i w tym momencie maska obojętnego macho się zsuwa: Scott sprowadza swojego chłopaka na środek lodowiska i całuje go bez opamiętania. My patrzymy na tę scenę z dwóch perspektyw: zgromadzonej w budynku, wiwatującej z niedowierzaniem publiczności i oczami Shane’a i Ilyi (znów ułożone paralelnie obrazy!). 

W perspektywie fabularnej gest Scotta staje się dla nich punktem zwrotnym. To radość nagła i publiczna, nie prywatna – i dlatego jej efekt rozlewa się dalej, także na Hollandera i Rozanova. Amerykanin jest pierwszym gejem (serialowej) ligi NHL, który zrobił publiczny coming out, co daje Shane’owi i Ilyi nadzieję, że być może skostniały system zacznie pękać. Choć sytuacja bohaterów – dwóch największych rywali na lodzie – jest bardziej skomplikowana i spędzą jeszcze trochę czasu w ukryciu (czytajcie The Long Game), to gdyby nie Scott, nie byłoby I’M COMING TO THE COTTAGE (słyszycie głos Ilyi czy przeróbkę w rytm techno?). 

Scena pocałunku rozsadza od środka patriarchalną i normatywną strukturę męskiego sportu zespołowego, w tym przypadku, gdzie bez problemu można komuś przywalić, wybitnie brutalnego. W przestrzeni mediów społecznościowych pojawia się coraz więcej głosów sportowców i sportowczyń dzielących się własnymi doświadczeniami. Twórcy i twórczynie serialu mówią zresztą o tym, jak wiele osób z tego środowiska kontaktuje się z nimi prywatnie i dziękuje za opowiedzenie historii, na którą od dawna czekali. Podam jeden przykład: hokeista Jesse Courtem, zainspirowany serialem, dokonał publicznego coming outu. Jego post stał się viralem, a Drew Barrymore zaprosiła mężczyznę do swojego programu, w którym tak komentował Heated Rivarly: „The announcer says: »that’s great for Scott Hunter!« […]. It’s such a positive reflection of what our society can be and I’m hoping to lend that voice to help those kids that are hurting to be themselves”. Warto też nadmienić, że w jedną z epizodycznych postaci, kolegę z drużyny Ilyi, wciela się Harrison Browne, który jest pierwszym transpłciowym profesjonalnym graczem hokeja. 

Druga scena, którą mam przed oczyma, gdy myślę o queerowej radości, jest rozmowa Shane’a z matką z odcinka szóstego. O ile jej przebieg sprawia, że trudno się nie wzruszyć, o tyle wydźwięk jest ogromnym źródłem nadziei. Gdy dorosły mężczyzna tłumaczy łamiącym się głosem, jak bardzo się starał nie być gejem, jego matka nie rzuca talerzami, nie krzyczy, nie wyrzuca go z domu. Przeprasza, że nie dała mu wystarczającego poczucia bezpieczeństwa. I to otwiera perspektywę na celebrowanie radości. Nie chcę sprowadzać tej opowieści do infantylnego i idealistycznego „będzie dobrze”, bo często różnorodne uwarunkowania to uniemożliwiają. Przeciwwagą dla otwartej rodziny Shane’a są w końcu jawnie homofobiczni i konserwatywni krewni Ilyi; zresztą to nie tylko kwestia rodziny, lecz także miejsca: Rosji. Może być źle – i do tej narracji jesteśmy przyzwyczajeni – ale może być też dobrze. 

Każdy, kto się ukrywał i każdy, kto będąc w relacji, był przedstawiony jako „kolega” czy „koleżanka” bądź czuł, że musi tak przedstawić ukochaną osobę, wie, jak to boli. A Heated Rivalry przypomina, że czasem za granicą strachu jest happy end. Serial utkany jest z mikromomentów, które można objąć kategorią queer joy. Wychodzi ona zresztą poza ramy świata przedstawionego, wprowadzając ważny głos do uniwersum popkulturowych obrazów MLM (man-loving-man). 

я тебя люблю [Ya Tebya Lyublyu]

Przez wszystkie pierwsze razy bohaterów obserwujemy rozwój ich relacji: od (rzekomo) nic nieznaczącego stosunku, po pierwszego SMS-a, pierwsze zaproszenie do wspólnego spędzenia nocy, pierwszy zjedzony razem posiłek, pierwsze przytulenie, w końcu – pierwszą dłuższą rozmowę przez telefon. Najpierw dopuszczają emocje do siebie samych, potem do drugiego. 

W piątym odcinku Ilya wyjeżdża do Rosji pogrzebać swojego ojca. Ojca, który wielokrotnie go upokarzał, źle traktował swoją żonę (zmarłą wskutek depresji prowadzącej do samobójstwa), który zamiast miłości znał tylko dyscyplinę. Ojca, który chorował na Alzhaimera i umierał, gdy Ilya był na drugim końcu świata. Podczas rozmowy telefonicznej Shane pyta Ilyę, jak się czuje – wówczas pozory opadają. Skonfliktowany bohater wyznaje, że nie jest w stanie opisać swojego stanu po angielsku. Wówczas Shane proponuje, by mówił tak długo, jak potrzebuje w swoim rodzimym języku – nie zrozumie, ale wysłucha, będzie w milczącej (współ)obecności. 

Marna byłaby ze mnie filolożka, gdybym nie odniosła się do jednego z najpiękniejszych monologów, jakie słyszałam (nie przesadzam), choć to, co najbardziej porusza, to ustanowienie warunków jego wypowiadania. W wersji pisanej czytelniczkom i czytelnikom narzucony zostaje punkt widzenia Kanadyjczyka: „The next several minutes were filled with Ilya’s voice […] He was used to Ilya saying more with a teasing smile or a calculating look than with actual words. […] Without the ability to translate any of it, Shane could just enjoy the sound of Ilya’s voice, which he barely recognized now. The words were so quick and confident, unrestricted by Ilya having to carefully piece together his sentences like when he spoke English. It felt intimate—like they were somehow sharing a bigger secret now than when they slept together”. Nie dowiadujemy się, co Ilya czuł, co powiedział. Choć narracja powieściowa bilansuje między auktoralną a personalną i może wydawać się, że punkty widzenia rozkładają się równomiernie, to jednak częściej na świat patrzymy oczami Shane’a.

W serialu Storrie – Amerykanin po ekspresowym kursie nauki rosyjskiego i kilkutygodniowej pracy z konsultantką językową Kate Yablunovsky – nienagannym rosyjskim (tak piszą rosyjskojęzyczni fani i fanki) prowadzi przejmujący monolog o relacji z rodziną, śmierci ojca, ale przede wszystkim uczuciach do Shane’a, których najpierw do siebie nie dopuszczał, potem próbował je uciszyć, aż w końcu – zanim wreszcie je wyzna wprost – wypowiada w swoim języku. W większości przypadków przy dłuższej scenie telefonicznej w filmie czy serialu głos postaci wybrzmiewa bez modyfikacji, bez telefonicznego zapośredniczenia, słychać go „normalnie”. W monologu Ilyi, co tworzy jeszcze bardziej intymne wrażenie, cały monolog słyszymy jako wypowiedziany przez telefon, a więc tak, jak głos mężczyzny brzmi dla Shane’a, trzymającego przy uchu telefon. Angielskie napisy na dole ekranu dają nam „przewagę” nad Kanadyjczykiem, który nie rozumie ani słowa, a jednocześnie budują jeszcze większe napięcie: my wiemy, co czuje Ilya, ale czy i kiedy Shane się dowie?

Absolutnie zachwycona i poruszona grą Connora, powtórzę za Williamsem: „Give my baby that weighty golden winged woman holding the atom statue already”. 

Fangirling 

Bycie fanką to co innego niż bycie fangirl. Fangirl to fanka do dziesiątej potęgi, która nie tylko “coś” lubi – ona to przeżywa całą sobą, pasja staje się elementem jej codzienności, a więc: wie wszystko, co można wiedzieć (czyli potrafi spędzić X godzin z editami i filmikami z wywiadów), zaraża swoją zajawką innych, w odpowiednich okolicznościach – znajduje się tam, gdzie powinna być (np. na setnym koncercie czy pod budynkiem programu telewizyjnego), no i najpewniej ma serię gadżetów z wizerunkami swoich ulubieńców. Oczywiście, jest też na bieżąco – gdy odpala social media, algorytm wie, że musi natychmiast pokazać kontent z ich najnowszej sesji, wywiadu czy publicznego wydarzenia, w którym brali udział. Ktoś, kto patrzy wartościująco z góry, powie: to idiotyzm, naiwna obsesja. A to czysta radość. 

fangirlingu myślę w kategoriach budowania wspólnoty – też wspólnoty interpretacyjnej. Butelka wody, przeniesienie krzesła z pokoju do pokoju, „stupid canadian woolf bird” czy „bottom yearning eyes”– jak wiesz, to wiesz; te hasła mają określone konotacje tylko w ramach rzeczonej wspólnoty. Fanki będą wiedzieć, o co chodzi, ale fangirls będą znały wszelkie „pozateksty”. Mam nadzieję, że prof. Ulicka zaakceptowałaby to, że użyłam tego pojęcia w takim kontekście. 

Współczesność bardzo lubi hiperbole. Zbiorowa psychoza, obsesja, kult – to nasze (mówię w imieniu nomen omen wszystkich wyznawczyń i wyznawców Heated Rivarly)  autoidentyfikacje, przechwycamy te słowa na własny użytek, podobnie zresztą jak to dzieje się w innych fandomach (vide: „the church of Taylor Swift”, hasła „yes, this is a cult”). Jeden z ciekawszych fenomenów ostatnich lat, też w odniesieniu do bycia fangirl, to kwestia dziewczyńskości – można sobie przejrzeć „Czas Kultury” z 2022 roku na ten temat. Pokazujemy wszystkim facetom, którzy się z nas śmieją, środkowy palec, obsypujemy się brokatem, robimy bransoletki przyjaźni i tak jak w 2006 zachwycałyśmy się Hannah Montaną a w 2016 shippowałyśmy Harry’ego i Louisa z One Direction, tak w 2026 kochamy Heated Rivarly

Bardzo lubię rolki, na których też znacznie starsze kobiety mówią o swoich dwóch chłopakach z Internetu bądź te o „dorosłych pieniądzach”, które można wydać na przykład na obwieszenie ściany sesją Williamsa i Storrie z GQ w vintage ramkach. Dziewczyńskość nie ma daty ważności. A, cytując, ten fandom to więzienie, ale wcale nie chcemy się z niego wydostać .

Co się wydarzyło, że heteroseksualne kobiety oszalały na punkcie gejowskiego związku?! Warianty tego pytania – raz stawianego całkiem serio, raz z przymrużeniem oka – dominują okołoserialowe rozważania. Mniej popularne dotyczą też lesbijek. Nie będę tych rozważań bez sensu powielać, choć refleksje dotyczące możliwości oglądania relacji miłosnej bez konieczności utożsamienia się z postacią kobiecą – z reguły sprowadzaną do żenującego stereotypu – i bez przewidywalnej płciowej dynamiki są interesujące. Zostawię więc tylko ładną i zwięzłą puentę z jednego z memów: „I think it’s the lack of misogyny”. 

Między pytaniem o reprezentację a etycznością podglądania 

Cała moja wiedza poetologiczna z zakresu instancji nadawczo-odbiorczych i konsekwencji teorii głoszących śmierć autora, którą mam zresztą przyjemność przekazywać innym, natychmiast wyparowuje, gdy spędzam kolejną godzinę, ciesząc się do telefonu na widok wspólnych zdjęć i wywiadów Connora i Hudsona. Shane i Ilya stapiają się z odgrywającymi ich aktorami, którzy zaprzyjaźnili się dzięki serialowi i mówią wprost o tym, ile dla siebie znaczą. Kiedy literackie miejsca niedookreślone konkretyzują się w obrazie, co więcej: kiedy konkretyzują się w tak zadowalający estetycznie sposób, okazuje się, że postawienie granicy między domeną fikcji a rzeczywistości staje się jeszcze trudniejsze. Czy wierzę w to, że świat byłby odrobinkę weselszym miejscem, gdyby mężczyźni w rzeczywistości byli parą? Tak, ale… 

Choć najchętniej wywiesiłabym na sztandary hasło wielu tożsamościowych studiów: reprezentacja ma znaczenie [representation matters], to zagadnienie to ma swoje pułapki. Wspólnota interpretacyjna łatwo przechodzi we wspólnotę śledczą. Oczywistym jest, że nieheteronormatywne osoby powinny opowiadać nieheteronormatywne historie. O ile Jacob Tierney, scenarzysta i reżyser serialu, mówi publicznie o swojej orientacji, o tyle trudność pojawia się wtedy, gdy twórcy czy twórczynie stawiają ostrą granicę między wizerunkiem publicznym a prywatą, do czego mają absolutne prawo. W sieci krąży mnóstwo spekulacji na temat seksualności odtwórców głównych ról: plotek, domysłów, wygrzebanych postów byłych bądź obecnych partnerek lub partnerów, drobiazgowych analiz sposobu bycia i wypowiadania się – voyeryzm w erze reelsówfake newsów nabiera nowego znaczenia. 

Żądanie od dwudziestokilkulatków, których życie wywróciło się do góry nogami w trzy tygodnie, żeby publicznie określili swoją seksualność nie wydaje mi się – pomimo głębokiego przekonania o wartości reprezentacji – właściwym postulatem. Po sukcesie młodzieżowego serialu Heartstopper Kit Connor, wcielający się w postać biseksualnego ucznia, był zasypywany pytaniami o orientację z jednej strony, i oskarżany o queerbaiting z drugiej, co zaskutkowało wyznaniem: „I’m bi. Congrats for forcing an 18-year-old to out himself. I think some of you missed the point of the show. Bye”. 

Jednocześnie, przy zagadnieniu reprezentacji, biorąc pod uwagę, czym się zajmuję, nie mogę nie odwołać się do zabiegu „autistic-coding” – takiego sposobu przedstawiania, które niebezpośrednio sugeruje, że bohater czy bohaterka są osobą w spektrum. Z reguły to postaci ponadprzeciętnie inteligentne, zafiksowane na jednym punkcie, nieodnajdujące się w relacjach międzyludzkich: Sheldon z Big Bang Theory, Sherlock Holmes (szczególnie w wydaniu Benedicta Cumberbatcha), Wednesday Adams. 

Rachel Reid mówi wprost, że tworzyła postać Shane’a jako osobę neuroróżnordodną – w spektrum autyzmu. Williams w jednym z wywiadów opowiadał, że konsultował z nią ten aspekt tożsamości swojego bohatera. Kiedy tworzył postać, myślał o swoim ojcu, który jest osobą w spektrum. Aktor wspomina też o swoim ADHD i procesie diagnozy, której początkowo stawiał opór. Termin „neuroróżnorodności” mieści w sobie obie te kondycje.  Choć doświadczenie aktora i odgrywanej przez niego postaci się nie pokrywają, to duża uważność i wrażliwość twórców sprawiają, że nie widzę w kreacji Hudsona banalnych stereotypów. Ja oceniam sytuację z zewnątrz, ale w social mediach przekonanie to podzielają też osoby neuroróżnorodne. Zwracają przy tym uwagę na subtelności (i w książce, i w serialu): sposób w jaki Shane nie zawsze wyłapuje dwuznaczności i podteksty, jego małe rytuały, problemy z wyrażeniem trudniejszych emocji. 

Wreszcie – także reprezentacja rasowa, szczególnie w obrębie świata przedstawionego, ma znaczenie. Amerykański hokej to przede wszystkim „biały” sport, wobec czego o postaci z azjatyckimi korzeniami (Shane jest częściowo japońskiego pochodzenia, Hudson – koreańskiego) mówi się w kontekście przełamania normy i poszerzania widoczności niewidocznej grupy. W pojawiających się na serialowym boisku drużynach znajdują się osoby różnych ras i etniczności, może i na lodzie z czasem nastąpi większa dywersyfikacja. 

W tym miejscu w klasycznym tekście nastąpiłoby przejście lub podsumowanie, ale tutaj tego nie będzie. 

Wyznanie drugie 

Kiedyś bałam się, że popkulturowe zainteresowania nazbyt odciągają od poważnych artykułów, wielkiej literatury i tego, czym „powinna” zajmować się młoda – zgodnie z definicją przyjętą w polskim systemie nauki – badaczka. Teraz przygotowuję się na kolejną edycję zajęć z interpretowania smutnych piosenek bardzo znanej blondyny. W czasie, który spędziłam (i nadal spędzam) na oglądaniu w kółko Heated Rivalry, mogłabym spokojnie przeczytać na przykład wszystkie listy Zygmunta Krasińskiego. Tyle że niespecjalnie mnie to interesuje.

Trzy dopiski

  1. W kontekście zjawiska wymazywania i niewidzialności biseksualności [bisexuality erasure, bisexual invisibility] muszę odnotować, że Ilya Rozanov jest postacią biseksualną, co ma zresztą wpływ na fabułę (w kontekście postaci Svetlany).  
  2. Uznałam, że ponad dwadzieścia pięć tysięcy znaków to już dużo, ale gdybym mogła, zrobiłabym jeszcze bliskie czytanie sceny z klubu w kontekście historii zespołu t.A.T.u.: jak do piosenki, w której wokalistki udają homoseksualną parę, mężczyźni, nie radząc sobie z uczuciami, udają, że są heteroseksualni. Rozwinęłabym też chętnie temat fenomenu narracji „yearning” (nie tylko w kontekście memów z gay/bottom yerning eyes Shane’a) – między dotkliwą tęsknotą, pożądaniem, pragnieniem, życzeniem czegoś odległego i estetyką. 
  3. Na koniec chciałam sobie pogratulować, jak wiele osób, dzięki mojej małej propagandzie, polubiło hokeja – ale tego, w którym chłopacy częściej się całują, niż grają.

Ilustracja: Gabi Welc

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *