Wyrok dopełnił się. Na parę lat opuściliśmy cię, budynku polonu. A opuściwszy, zostawiamy ci ten lament. Zanim po twoich pustych korytarzach będą sunąć wyłącznie przeciągi i członkowie ekipy budowlanej, upamiętniamy kilka ważnych miejsc.
Droga przez kampus
Na polon można było iść dwoma drogami. Pierwsza prowadziła od Krakowskiego, druga od Oboźnej. Pierwszą szli ludzie, którzy przyjechali autobusem. Drugą ci od metra. Kiedy szło się na polon, przed oczami stawał dwupiętrowy budynek z poddaszem. Naprawdę było to gmaszysko znacznie bardziej okazałe, rozmiarami dorównujące zamkom gotyckim. W dwupiętrowym budynku mieściło się aż siedem kondygnacji: poziom -2 (kawiarenka), poziom -1 (szatnie), parter, pierwsze piętro, drugie piętro, trzecie piętro, strych1Manuel Aguirre nazywa takie zjawisko przestrzenią anizotropową. Polon, podobnie jak zamki gotyckie, eksplorowany od wewnątrz był nieporównywalnie większy niż oglądany z zewnątrz; zob. Geometria strachu, w: Wokół gotycyzmów, red. G. Gazda, A. Izdebska, J. Płuciennik, Kraków 2002..
Tuż pod wydziałem stała drewniana ławeczka: jakby specjalnie do palenia papierosów. A za wydziałem kryła się kamienna ławka w cieniu japońskiej wiśni. To stamtąd roztaczał się widok na skarpę. Z boku budynku połyskiwały w słońcu stojaki na rowery oraz złota vespa. Przed frontem sterczał blaszany śmietnik, który zawsze się palił. Sterczał aż do momentu, kiedy go zdjęto (być może zdjęto go dlatego, że zawsze się palił).

W drodze na polon niektóre osoby sondowały, kogo można wyhaczyć na pogawędkę na palarce. Praktyka ta była znana palącym, abstynentom palenia i tym, którzy słodkie dni nałogu pozostawili dawno za sobą. Wszystkich bawiła tabliczka z zakazem palenia. Jak nikogo nie było na palarce, to ruszało się do środka. Wchodziło się przez wąskie drzwi, bo z jakiegoś powodu otwierano tylko jedno skrzydło tych wrót. Na przerwach panował ruch wahadłowy: najpierw jedni wychodzili, żeby drudzy mogli wejść. Jak nie daj Bóg miałeś skłonności do lęku społecznego, to sytuacja wchodzenia na polon groziła atakiem serca: nigdy nie było się do końca pewnym, w którym momencie puszczać ludzi ze środka, a w którym samemu się pchać. Tak naprawdę nie panował żaden porządek. Kto wejdzie, ten wejdzie. Kto nie, ten nie. Za wrotami po lewej stronie był parapet, na którym leżały ulotki: reklamy ksero, ogłoszenia konkursu dramatycznego w Gdyni sprzed pięciu lat. Tych ulotek nikt nigdy nie brał i nikt tam nigdy nie zaglądał. Tak że można było zostawić na parapecie 100 złotych i wrócić po nie za parę dni.
Parter
Jeśli polon jest grą, to parter jest lokacją startową. Na parterze można było iść w różnych kierunkach. Na boki do sal, w dół, w górę, do łazienki. Można było też nigdzie nie iść i stać pośrodku. Można było podejść do pokojów Sekcji Toku Studiów i wsłuchiwać się w momenty ciszy wśród osób stojących w kolejce i siedzących na kanapie. Można było schować się za filarem. Największą zaletą filarów, oprócz wartości estetycznej w vibe dark academia, był ich potencjał strategiczny. Filary idealnie nadawały się do kamuflażu. Z łatwością szło się w nich schować przed wzrokiem osób, których nie chciało się spotkać, niezależnie od tego, czy chodziło o kolegę ze studiów, współpracownika czy wykładowcę. Niepewne jest jeszcze, jakie walory strategiczne mają korytarze stawskie. Bóg zdecyduje, a czas pokaże.
Sekcja Toku Studiów, sławny STS, to szpital polowy Wydziału Polonistyki. Jeśli będziesz mieć problem, trafisz do STS-u. Nieważne, czy jesteś pierwszakiem, żądnym podbicia legitki, czy magistrantem, który już wie, że podbić to można oko w barze a nie legitymacje studencką (legitymację się przedłuża). Jak będziesz przedłużał legitymację, zawiesisz wzrok na kartce z przekreśloną rybą. Kto i kiedy zastosował sensoryczny rybny terror, pozostaje tajemnicą. Ciekawostka: na dzień pracy wewnętrznej STS-u przypadało zwykle najwięcej potrzeb studenckich.
Na parterze były sale dydaktyczne nr 3, nr 4, nr 6, nr 7, nr 8, nr 9 i nr 10. W sali komputerowej (nr 3; dla wyjaśnienia: to ta, w której do gniazdek nie dało się włożyć żadnej wtyczki) któregoś razu na wszystkich monitorach przez nieznanego sprawcę2Salem Góreckie. została ustawiona tapeta przedstawiająca Mariusza Pudzianowskiego. Domyślne czcionki zamieniono na Comic Sansa. W sali nr 8 wszystkie ławki ozdobiono grafikami i rysunkami na różne tematy: począwszy od oceny atrakcyjności poszczególnych zajęć, skończywszy na ogólnych refleksjach o życiu. Ten artystyczny zryw trwał długie pokolenia. Ławki i krzesła z „dziesiątki” to polonowa silva rerum, udało nam się ją udokumentować w ostatniej chwili. Sala nr 5 to sala widmo. Legenda głosi, że to tajna sala, ukryta przed oczami zwykłych śmiertelników. Niektórzy mówią, że sala nr 5 nie istnieje. Jak Szczecin.
Ważnym punktem parteru było akwarium. Nazwa „akwarium” śmieszyła osoby z innych wydziałów. Ludzie z polonu byli z nią na tyle zżyci, że uważali ją za neutralną. Słowo „akwarium” znaczyło przede wszystkim dyżurkę z kluczami. Dopiero gdzieś na dalekich obrzeżach pola semantycznego tego słowa majaczył szklany pojemnik z wodą dla ryb. Jeśli w akwarium dyżurował akurat pan Robert, zawsze można było liczyć na sympatyczne „dzień dobry”. Osoby pobierające klucz z akwarium proszono, by na liście poborców złożyć „czytelny podpis”. Zwykle czytelny podpis wyglądał mniej więcej tak: ᓕ
Polon ma więcej serc niż krowa żołądków. Jednym z nich jest sala nr 4, największa w budynku. Odbywały się na niej zwykłe zajęcia i legendarne wykłady. Gdy w sali organizowano zaliczenia wykładów, a ludzie się spóźniali, wskazywano im miejscówki na podeście pod tablicą interaktywną. Nie dało się stamtąd ściągać. Smutne, pokonane spojrzenia usadzonych pod tablicą umilały studentom pisanie.
Czwórka mieściła w sobie część obchodów dni polonistyki, takich jak slam akademicki. Największym świętem była wigilia. Po odśpiewaniu kolęd (włącznie z ikonicznym Wołkiem i osiołkiem) i po poczęstunku, przychodził czas na wymianę życzeń: studentów ze studentami, wykładowców ze studentami, wykładowców z wykładowcami. Na wszystko, co działo się w sali numer 4, spoglądały portrety dziekanów zawieszone na ścianach jak w Harrym Potterze.
Na parterze nieustannie toczyła się wojna plakatowa na potykaczu. Plakat ogłaszający konferencję o płaczu w poezji Adama Asnyka szybko był zastępowany plakatem informującym o promocyjnych wejściach do klubu fitness. Wystarczyła chwila nieuwagi, żeby przykrył go plakat o bezpłatnych praktykach w januszeksie.
Winda
Na parterze można było wezwać windę, żeby pojechać w dół albo w górę. Nadjeżdżająca winda wydawała charakterystyczny dźwięk statku kosmicznego lądującego na Księżycu.
Na windzie wisiało ogłoszenie informujące o zakazie wieszania ogłoszeń (takie aporie zdarzały się tylko w budynku polonu). Na dachu zbierał się kurz. Nie było fizycznej możliwości usunięcia tego kurzu, dlatego po dwudziestu latach działania tej windy kurz miał grubość jesiennej kołdry. Windzie zdarzało się zacinać. Czasami stawała między kondygnacjami. Wewnątrz mieściły się trzy osoby i, co najwyżej, średniej wielkości rybik cukrowy. Stąd niezliczone sceny rodem z wojennych obrazów, na których matka/żona/kochanka żegnają syna ruszającego na front. Tym pechowcem bywał ktoś z ekipy, kto akurat nie zmieścił się w windowym limicie. Pozdrawiany litościwym uśmiechem szczęśliwców jadących do góry, podejmował samotny marsz schodami. „Samotny” to za dużo powiedziane. Przy wejściu na pierwsze piętro witało go popiersie Cypriana Norwida. O zawsze chłodnym, oceniającym spojrzeniu. Przy Norwidzie każdy musiał przypomnieć sobie, że z rzeczy świata tego dwie pozostaną, dwie tylko: poezja i dobroć (taki był napis na tym popiersiu). Dręczyło nas przeczucie, że inne rzeczy także pozostaną.
Toalety
Na ścianach toalet jaśniały napisy markerem albo długopisem. Z okien roztaczał się widok na park Kazimierzowski3W męskiej na pierwszym piętrze od pewnego czasu chybotała się klamka.. Na trzecim piętrze z niejasnych powodów brakowało wewnętrznych drzwi łazienki (tych do kabiny). Te drzwi kiedyś były, ale ktoś je wyniósł. W damskich toaletach starsze studentki podpowiadały młodszym koleżankom, do kogo nie zapisywać się na zajęcia. Zdarzała się atmosfera jak w łazience w klubie: zapewnianie się nawzajem o swoim pięknie, komplementowanie outfitów. (W męskich komplementy zdarzały się rzadko). Ścianę za umywalkami przyozdabiała tabliczka z zakazem wyrzucania fusów do umywalek, choć nikt chyba nigdy tego nie robił.
Sale z sejmowym układem stołów na pierwszym piętrze
W tych salach prowadzący wyglądał jak na mównicy sejmowej. Jak w grupie było mało osób, ludzie siadali naprzeciw. Siedzenie naprzeciw oznaczało, że dystans między prowadzącym a studentami wynosił dziesięć metrów. Z sali 19 słychać było, co mówią ludzie na fajku pod polonem, co mogło prowadzić do niebezpiecznych sytuacji. Zimą nie było gdzie się podziać z kurtkami. Brakowało na nie miejsca. Gdy nie mogły się rozsiadać na wolnych krzesłach, kłębiły się na podłodze, tak, że każde wyjście z sali podczas zajęć przypominało wspinaczkę górską.
Borowy
W przedsionku czytelni Borowego, naprzeciw komputera i katalogów kartkowych, stały dwa stoliczki przeznaczone do wypisywania rewersów. Zwykle wykorzystywano je do lunchyków. „Smacznego” – można było usłyszeć od pana Marcina. Często słyszało się small talki z Marzeną, kierowniczką Borowego, która przejmowała się każdym studenckim pytaniem. Pani Marzena jest jedyną na świecie kierowniczką biblioteki, która wspólnie ze studentem szczerze martwiła się, że w księgozbiorze nie ma takiej czy innej powieści Kraszewskiego albo książki zbiorowej o Wacławie Potockim. I gdy zorientowała się, że nie ma, zamawiała.
Przy kontuarze czytelni bibliotekarki oraz bibliotekarz wydawali książki. W czasie pandemii kontuar zasłonięto pleksą. Po pandemii zdjęto pleksę („Wypuścili mnie z akwarium”, powiedziała pani Katarzyna). Kiedy korzystało się z księgozbiorów Borowego, trzeba było wpisać się na listę. „Jeszcze autograf poproszę”, mówiła pani Marzena. „Uprzejmie prosimy jeszcze o wpisanie się na listę: imię, nazwisko i rok studiów”, mówił pan Marcin. Któregoś razu emerytowany profesor w polu rok studiów zgodnie z prawdą wpisał „48”. Listy czytelników Borowego powstawały każdego dnia od kilkudziesięciu lat. Tylko pani Marzena wie, gdzie się znajdują i komu do czego posłużą.
Oprócz książek w Borowym na regałach znajdowały się bujne kwiaty. Często podlewała je pani Edyta. Na ścianach wisiały portrety, m.in. portret przedstawiający Ignacego Krasickiego. Legenda głosi, że w ramach podziękowania za Monachomachię. Borowy wyróżniał się olbrzymimi drewnianymi stołami – tak dużymi, że można by posadzić przy nich wszystkich bohaterów Pamiątek Soplicy Henryka Rzewuskiego4 W wolnym dostępie Borowego znajdowały się olbrzymie czasopisma z dawnych lat. Rozpiętość rozłożonego numeru „Życia Literackiego” z czasów PRL-u dorównywała rozpiętości skrzydeł albatrosa wędrownego (nawet do 3,7 metra).. Były też mniejsze stoły na prawo od wejścia. Nieliczni wiedzieli, że w tych stołach znajdują się szuflady. Wiadomo na przykład, że przez wiele miesięcy ktoś trzymał w szufladzie trzeci tom Obrazu literatury polskiej (literatura krajowa w okresie romantyzmu).
Kawiarenki na poziomie – 2 (wysoki sufit, brak okien)
Kiedyś była Fabularna, po niej nastała Lalka. Stały w nich plecione krzesła i stoły ze szklanym blatem. Nie ma słów by opisać energię, którą emitowały te wiklinowe meble na szarych płytkach. Lodówka w Lalce zasłaniała żeliwne drzwi prowadzące do bunkra. Najważniejszą częścią Lalki były same lalki – w tym anturażu jakby nie na swoim miejscu. Jeśli wyjątkowo wylądowało się w Lalce samemu, a nie na pogaduchach z kolegami, szklane oczy patrzyły przez ramię, gdy czytało się archiwalny numer „Twojego Stylu” (nr 3/2001)5Więcej o „Twoim Stylu” zob. O. Dąbrowska-Cendrowska „Twój Styl” jako przykład magazynu dla kobiet – wstęp do badań, Kielce 2008..
Ciasne salki na trzecim piętrze
W budynku polonu na różnych piętrach panowały różne strefy klimatyczne. Na trzecim piętrze permanentnie trwało tropikalne lato. Dało się to odczuć zwłaszcza w sesji egzaminacyjnej. Zrządzeniem losu wiatraki były zwykle skierowane ku egzaminatorom. Kiedy robiło się zbyt ciepło, można było otworzyć okno. W sali 44 istniał nawet elektroniczny panel z kilkunastoma przyciskami do otwierania okna. Jeden z prowadzących podczas zajęć o Słowackim wychodzącym z grobu – kiedy zapanował grobowy zaduch – próbował rozmaitych konfiguracji klawiszy. W końcu elektroniczny panel odpadł od ściany. Studenci smutnie spuścili oczy. Pozostało to, co zawsze: otwieranie okna kijem. To był ostateczny omen, że remont budynku niechybnie nas czeka. Na domiar złego kilka tygodni później ze ściany spadł obraz przedstawiający Stanisława Augusta. Sam z siebie, jak w filmach grozy. Co do filmów grozy: na poddaszu oprócz ciasnych salek i męskiej toalety bez wewnętrznych drzwi istniała jeszcze jedna osobliwość: tajne przejścia. Jak się weszło do salki 51, tuż za filarem ukrywały się małe drzwiczki prowadzące do sekretnych korytarzy i strychu polonu6Tak było, nie zmyślamy.. Na polonie były bowiem zakamarki, w których stopa ludzka nie stanęła.
Książki do wzięcia za darmo
W kilku miejscach można było znaleźć książki do wzięcia za darmo. Przed Borowym zwykle leżały westerny, w piwnicy gromadzono rosyjskie słowniki i całe ściany archiwalnych numerów specjalistycznych czasopism. Krążyły żarty, że w dobie kryzysu mieszkaniowego, mogą one służyć za budulec nowych domów studenckich. Na stole w Borowym wykładano najfaniejsze książki. Takie, które miały paść łupem bywalców Borowego. Zdarzały się rarytasy: na przykład podręcznik do poetyki Jana Rymarkiewicza – pierwsze wydanie. I to od razu w dwóch egzemplarzach.
Kasztany i trawa
Wiosenne i letnie miesiące to czas obsiadywania ławek pod kasztanami. Gdy trzeba było przestawić te mega ciężkie ławki, wracały flashbacki z podstawówki, jak pani szukała silnych chłopców do noszenia krzesełek. Czasami pod kasztanami odbywały się zajęcia. Zdarzało się jesienią, że spadający liść lądował na czyimś ramieniu. Na studentów miłym okiem patrzył pomnik Uranii. W pobliżu skwerku pod kasztanami spały koty w swoich małych domkach. A pomiędzy skwerkiem a polonem rozciągała się przyjemna trawa. Chodziły po niej owady, między innymi tramwajarze. Wiosną i latem jadło się tam śniadania i drugie śniadania. Zwykli śmiertelnicy szli na trawę na około, po schodkach, pod drzewami; stare wygi wiedziały, jak skakać między kwiatami, żeby ich nie połamać.
Drobiazgi
Były na polonie drobiazgi, bez których polon nie byłby polonem. Drewniany posążek szlachcica, fotel ze złotym obiciem w sali 41. Metalowe szafki w szatni, z których rzadko się korzystało (nie zawsze miało się złotóweczkę – i nie zawsze miał kto poratować). Nieczynne ksero na poziomie – 1 wspominające czasy sprzed smartfonów. Gabloty i szafy z książkami na różnych piętrach. Na piętrze językoznawczym w szafach zalegały sowieckie atlasy, których nikt nie otwierał od czasu rozpadu Jugosławii.
Remont budynku polonu zapowiadano od dawna. Trudno było uwierzyć, że naprawdę się wyprowadzamy. Zwłaszcza że tuż przed wygnaniem zaprowadzono takie udogodnienia jak na przykład kącik socjalny z mikrofalówką. Zainstalowano także ekspres przelewowy. Wszyscy wiedzą, że jeśli studentowi zostanie zaoferowana mikrofalówka, to zaraz musi mu zostać odebrane co innego, żeby nie było za wesoło. W tym wypadku padło na wydział.
Jak już cię opuściliśmy, gmachu polonu, pamiętaj, że na twoich ścianach, tablicach, stołach, podłogach, książkach, szybach okien – są nasze spojrzenia, uporczywe jak spojrzenia widm i upiorów.
Ilustracja: Agata Bajerowska