Patrycja Zisch: „Porozmawiajmy o Agnieszce Osieckiej” ‒ nie słyszy Pan tych słów zbyt często? Przecież Pana życie, od pewnego momentu, nierozerwalnie związane jest z historią życia poetki ‒ jej przeszłością, teraz również z krążącymi na temat jej życia legendami. Gdzie był początek waszej drogi? Jak to wszystko się zaczęło? W jakich okolicznościach poznał Pan Agnieszkę Osiecką?
Jerzy Satanowski: Pozwolę sobie zacytować znajomego: „O Agnieszce nigdy dosyć”. Zanim poznałem Agnieszkę, dużo o niej słyszałem. Żyłem w medialnie innej dobie, w takiej, że najpierw się o ludziach dużo słyszało, a dopiero potem się ich widziało, i o tym trzeba pamiętać. Zobaczyłem ją po raz pierwszy w jakimś poznańskim klubie studenckim. Na zaproszenie studentów przyjechał Andrzej Wajda i pobiegłem na to spotkanie. Pan Andrzej pojawił się z atrakcyjną blondynką – była nią Agnieszka Osiecka. Rozmowa była o kinie, a Agnieszka była wtedy studentką reżyserii filmowej, więc jej udział w dyskusji wydawał się całkowicie na miejscu. Musiała zrobić na mnie wtedy spore wrażenie, ponieważ z tego spotkania lepiej pamiętam ją, niż samego Andrzeja Wajdę, co zresztą – biorąc pod uwagę różnice płci – może wcale nie jest aż takie dziwne. Potem przez wiele lat przemykaliśmy obok siebie, widywałem ją na jakichś premierach, przyjęciach. Bezpośredniego kontaktu jednak nie było.
P.Z.: W takim razie, który moment można uznać za przełomowy w Państwa znajomości?
J. S.: Pierwszy raz odezwała się do mnie na przyjęciu popremierowym Wiśniowego Sadu w Teatrze Współczesnym w Warszawie, w reżyserii Macieja Prusa. Napisałem muzykę do tego przedstawienia. W trzecim akcie – zgodnie z sugestiami samego Czechowa zawartymi w didaskaliach – występuje żydowska kapela. Kapela siedziała na scenie i przez cały akt grała namolnego walca. Ten walc spodobał się Agnieszce, więc zapytała, czy nie mogłaby do niego napisać słów. Oczywiście podskoczyłem z radości. Ja już wtedy wprawdzie byłem obsługiwany przez wspaniałych autorów. Miałem za sobą utwory napisane wspólnie z Edwardem Stachurą, Jonaszem Koftą. No, ale jednak Agnieszka Osiecka to był wtedy Olimp dla piszących piosenki i jej propozycja była fantastyczna.
P.Z.: Czy rezultatem propozycji były narodziny utworu?
J.S.: Owszem. Powstała „Katarynka”, utwór nagrany przez Marylę Rodowicz. Od razu zaczęło się wiele dziać, bo jednocześnie rozpoczęła się któraś edycja Kabaretu pod Egidą, z którym Agnieszka współpracowała. Dla Egidy napisała utwór „Orszaki, Dworaki”. Razem z Ewą Błaszczyk, która miała to śpiewać, wybrały mnie jego kompozytora. To ważny utwór, bardzo dramatyczny, był reakcją Agnieszki na śmierć Grzegorza Przemyka. „Orszaki” miały rację bytu w kabarecie, ponieważ były polityczne w jakimś sensie. Aczkolwiek, ta polityczność była w stylu Agnieszki Osieckiej: jak się nie wie, czego utwór dotyczył, to wydaje się być uniwersalną piosenką o tym, jak tryby historii mielą ludzi. Zresztą, teraz po jej śmierci, to zdanie na końcu: „historio, historio ty żarłoczny micie, co dla ciebie znaczy jedno ludzkie życie”, kojarzą mi się najbardziej z jej nieobecnością i z tym, że ona też została przez tę historię zmielona.
I tak się to zaczęło. Tych spotkań, pisaniny, było bardzo dużo. Stworzyliśmy razem ponad dwadzieścia piosenek. W tym czasie motorem napędzającym pewien styl pisania stał się wrocławski Przegląd Piosenki Aktorskiej. Zjeżdżała tam cała Polska. Co roku, obowiązkowo i punktualnie, wszyscy siedzieli we Wrocławiu. Agnieszka tego Wrocławia nie opuszczała, aż do śmierci. W tym czasie w Polsce, wydarzenia polityczne łączyły ze sobą środowiska wszelkiego rodzaju. Artyści byli bardzo blisko siebie i ciągle tworzyli nowe konstelacje.
P.Z.: No tak, wystarczy spojrzeć na pokaźną listę kompozytorów i wykonawców, z którymi współpracowała Agnieszka, żeby uświadomić sobie, jak wielu ludzi chciało dla niej pisać i jej piosenki wykonywać. Więc można powiedzieć, że w tamtym czasie istniała swego rodzaju bohema artystyczna, której byliście nieodzowną częścią?
J.S.: Jak najbardziej. Spotykaliśmy się towarzysko w Warszawie, w Słupsku, w Gdańsku, w Sopocie, wszędzie tam, gdzie krzyżowały się nasze drogi. Czasami mieliśmy obmyślony plan, przykładowo jechaliśmy na jakąś premierę do Słupska. Czasami zaś spotykaliśmy się przypadkowo, w różnych miejscach w Polsce, gdzie coś się działo. Całe lata spotkań. Może przyjaźń to za wielkie słowo (tym bardziej, że po śmierci Agnieszki bardzo dużo się tych „przyjaciół” ujawniło), ale na pewno były to znaczące relacje. Rozmawialiśmy ze sobą o wszystkim. Wiedzieliśmy o sobie wiele, nie krępowaliśmy się, a to oznacza, że była bliskość. Aczkolwiek, akurat jeśli chodzi o Agnieszkę, to często narzekała na mój brak wylewności, mówiła, że jestem skryty, bardziej skupiony na muzyce, niż na przyjaźni. Nie była to prawda, ale ona tak myślała.
P.Z.: Obserwował ją Pan przez długi czas. Jaka była Agnieszka w przeciągu tych wszystkich wspólnych lat? Czy się zmieniała, czy jednak pozostała taka sama? Co ją odróżniało od innych ?
J.S.: Wszystko!
Gdybym miał się głębiej zastanowić, to Agnieszka nie specjalnie się zmieniała, dlatego że w momencie, kiedy ją poznałem, była już bardzo ukształtowana. Należy powiedzieć, że ona, jako bardzo młoda osoba, osiągnęła bardzo wielką dojrzałość twórczą. Takie rzeczy z STS-u, jak Kochankowie z ulicy Kamiennej, to są na pewno te szczyty, które osiągała w pisaniu tekstów. Była też świetną „kronikarką”. Dla naszego całego pokolenia była niesłychanie bystrą obserwatorką i to się nigdy nie zmieniło.
P.Z.: A pod koniec życia? Zaobserwowano zmiany wokół niej? Otoczenie zauważało jej zmagania z chorobą? I najistotniejsze pytanie ‒ czy była na tyle silna, żeby uświadomić sobie własne przemijanie?
J.S.: Oczywiście, z całą pewnością trzeba powiedzieć, że okres, kiedy uświadomiła sobie chorobę, aż do samej śmierci, był dla jej bliskich zauważalny. Dużo piła. Miałem wtedy z nią kilka spotkań dotyczących napisania piosenek, które potem po jej śmierci okazały się komentarzem do choroby. Wtedy, czytając te teksty, nie do końca to nie rozumiałem. Akurat w tym czasie, gdy się ze mną spotykała, była w lepszej formie. Wiadomo, że rak ma swoją sinusoidę. Pamiętam, że przyniosła mi na dwa tygodnie przed śmiercią tekst: „Daj mi Panie rozpoznanie”. Spotkaliśmy się w Hotelu Europejskim i byłem zdziwiony, że jest w takiej fantastycznej formie. Wydawało się, że pokonała chorobę. Dzień czy dwa dni później, przekazała mi tekst „Niepokój”: ”Zaniosę swój niepokój do ciemnego baru tam, gdzie nie widać oczu”, tak brzmi pierwsze jego zdanie. Pamiętam, że dawała mi go bez żadnego komentarza, ale potem, niezupełnie trzeźwa, dzwoniła trzy razy o czwartej nad ranem: „Słuchaj, tam w tym tekście wszystko jest mało ważne, ale to: «Do ciemnego baru tam, gdzie nie widać oczu» jest dla mnie najważniejsze”. Ja nie bardzo rozumiałem, dlaczego to jest dla niej takie ważne. Dużo później zrozumiałem, że nie chciała pokazywać swojego strachu. Zaszywała się na Saskiej Kępie w jakimś ciemnym barze, żeby ludzie nie widział tego lęku, tej paniki, która musiała być w jej oczach . Tylko czy cokolwiek upoważnia nas do snucia takich przypuszczeń. Żeby to nazwać, trzeba samemu przez to przejść. Jak to jest z tym „przemijaniem” pewnie przekonam się szybciej niż ty i może zdarzę Ci opowiedzieć.
Muszę od razu powiedzieć, że Agnieszka miała w sobie i w swoich utworach dwa nurty: jeden, nazwijmy to, ludyczno, przebojowy, a drugi taki ciemny, mroczny, egzystencjalny. I taka też była. Tę ciemniejszą stronę pokazywała rzadziej i nie wszystkim. No, ale ja ją znałem i wiedziałem, że jest skaleczona przez różne rzeczy. Mówiła mi to. Więc nie mam żadnej obiektywnej perspektywy, bo dość prędko zobaczyłem całość.
P.Z.: Dla ludzi spoza jej kręgu, nie będących z nią w bliskich relacjach, mogła się zmieniać?
J.S.: Tego nie wiem, ale jej stosunek do nowo poznanych ludzi był zawsze taki sam, dlatego że jedną z jej zasadniczych cech, dla mnie zabawnych, była jej taka „przysiadalność”. Świetlicki kiedyś napisał w jednym z wierszy, że jest w nastroju „nieprzysiadalnym”, a Agnieszka była zawsze w nastroju „przysiadalnym”. Znaczy się, zawsze interesowało ją towarzystwo, była otwarta na to, że ktoś nowy, ciekawy przyjdzie i zacznie z nią rozmawiać. Nieprawdopodobnie szybko fascynowała się jakimiś osobami, gdy był to ktoś śpiewający chciała dla niego pisać, organizować mu karierę, i tak dalej, i tak dalej… Bezgranicznie „wchodziła” w innych ludzi i kompletnie nie była „za szybą”, to znaczy nie miała żadnych gwiazdorskich cech. Była straszliwie otwarta i taka „wszystko od pierwszego razu”.
P.Z.: Z czego wynikała ta otwartość?
J.S.: Wynikała ona oczywiście też z jej chęci wyciągania z ludzi różnych rzeczy. Poeta żyje z obserwacji, więc szczególnie, niezmiennie fascynowali ją młodzi ludzie. Znała myśli swojego pokolenia. Co myślał Hłasko? Już wiedziała. Co starsi od niej koledzy z STS-u? Również. Nie wiedziała tylko co myślą młodzi, jak oni widzą świat? Bardzo chciała kierować swoje utwory do nich. W ogóle była tak nastawiona, że ona tworzy dla wszystkich. Cieszyła się, że różne pokolenia śpiewają jej piosenki. I w tym sensie chyba pozostała niezmienna, że była taka głodna kontaktów, głodna życia, ale też doświadczeń, doświadczeń, doświadczeń, które potem przetapiała na twórczość.
P.Z.: W takim razie, skoro tak wiele czerpała ze spotkań z ludźmi, jak wyglądały spotkania z nią? Ludycznie, przebojowo? Pewnie sypała anegdotami jak z rękawa!
J.S.: (śmiech) Zabawność Agnieszki polegała głównie na komentarzach. Ona niebywale śmiesznie opowiadała o różnych naszych przygodach. Krążyliśmy po świecie i różne dziwne rzeczy nam się przydarzały. Ale te nasze przygody nabierały rumieńców dopiero w jej opowiadaniach. Ona miała taki dar, właśnie wychwytywania wzajemnych relacji, wszystkiego, co ludzie myślą, a nie mówią: widziała te rzeczy, które siedzą gdzieś pod powierzchnią zdarzeń. Agnieszka nie była ekspansywna, to znaczy nie zależało jej, żeby błyszczeć w towarzystwie. Wiele osób próbowało się przebijać w towarzystwie, częstokroć wieloma prowokującymi zachowaniami, próbując tym samym podkreślić swoją osobowość, swoją charyzmę. Agnieszka nie, Agnieszka raczej słuchała i w związku z tym trudno ją było sprowokować do jakiegoś ekscentrycznego zachowania, ale oczywiście aura tych rzeczy, które nas otaczały, była w jakiś sposób zabawna. Może inaczej – pasje, które nami powodowały, były podszyte takim absurdalnym poczuciem humoru.
P.Z.: Można prosić o przytoczenie jakiejś absurdalnej sytuacji?
J.S.: Muszę się zastanowić. Pamiętam taką historię, była wtedy „zima stulecia”, teraz już może „dwustulecia”, większej nie było za mojego życia. Pojechaliśmy do Słupska. Wybrała się tam też część Szkoły Teatralnej. Była jakaś premiera czegoś. Wtedy z Maciejem Prusem prowadziliśmy Teatr Muzyczny w Słupsku i tam do nas na premiery zjeżdżała cała teatralna Polska. W czasie tej „zimy stulecia” odcięło nas wszystkich. Okazało się, że żadne pociągi ze Słupska nie odchodzą. Siedzieliśmy w tym teatrze na okrągło, bawiąc się i czekając. I tak cztery dni. Potem, wreszcie, po czterech dniach przyszła wiadomość, że jakiś pociąg rusza. Myśmy wtedy wszyscy, a było nas z piętnaście osób, spakowali się i wyjechali tymże pociągiem, który z kolei znowu jechał pięć dni (śmiech) do Warszawy. Na dodatek pogubiliśmy się, bo jak gdzieś pociąg stawał w polu, to ktoś krzyczał, że tam za trzy kilometry jest jakaś knajpa, więc wszyscy żeby się czegoś napić i coś zjeść, lecieli przez pola do niej. Pociągi jechały wtedy metr po metrze. W końcu, po tygodniu, podróż się skończyła, ale tak, że kilka małżeństw się rozpadło, kilka kolejnych zawiązało. Być może, gdyby znalazł się jej opis tej podróży, to nadawałby się do książki z anegdotami.
P.Z.: Zatem tworzenie bieżącego komentarza nie stanowiło dla niej problemu. A co z tworzeniem tekstów literackich? Jak wyglądał proces ich pisania? Czy siadywała i pisała, czy odbywało się to spontanicznie?
J.S.: Agnieszka pisała niesamowicie szybko. Jak wieczorem się coś zamówiło, to na drugi dzień było oczywiście gotowe. Byłem strasznie marudnym odbiorcą jej tekstów, więc często się na mnie złościła, ale w końcu je jakoś zmieniała. Pamiętam, że raz w kawiarni zrobiła na miejscu siedem wersji zwrotki i każda z tych wersji była dobra, więc była niesłychanie sprawna. Aczkolwiek, w tej dziedzinie raz doszło między nami do sporej różnicy zdań. Napisała piosenkę „Nie żałuję”, która później stała się szlagierem, ale z muzyką Seweryna Krajewskiego. Natomiast początkowo tekst miał rozpoczynać recital Ewy Błaszczyk. Spodobały mi się trzy esencjonalne zdania, trzy sentencje, że się nie żałuje mężczyzny, kraju i życia. Była tam też cała masa innych linijek, ale ta reszta nie dość mi się podobała. W związku z tym, wykreśliłem osiemdziesiąt procent tekstu i zostawiłem tyko sześć linijek. Napisałem do tego muzykę. Trochę się Agnieszka wściekła, ale zaakceptowała to jakoś. Potem przyszła do mnie i powiedziała: „Słuchaj, ale wiesz no, skreśliłeś mi tam osiemdziesiąt procent tekstu. To może zróbmy tak, że ja to dam innemu kompozytorowi w całości, a ta obcięta część niech zostanie już tylko przy tym recitalu”. Oczywiście się zgodziłem. Muzykę do całości napisał Krajewski, Edyta Geppert to wylansowała. Właściwie nie przytaczałbym tego zdarzenia, gdyby nie fakt, że jakiś rok później Wydawnictwo Toruńskie zwróciło się do niej w sprawie wydrukowania tomiku piosenek. I co? Na pierwszej stronie widnieje ten tekst – właśnie w tej okrojonej wersji! (śmiech)
P.Z.: Skoro pozwalał Pan sobie na redukcję tekstów, to Agnieszka pewnie obcinała co nieco z Pańskich i nie tylko Pańskich fraz muzycznych.
J.S.: Nie, Agnieszka nie mieszała się do muzyki, przynajmniej ja nie miałem takiej przygody. Nie zmuszała do poprawek, czasem, po prostu, zmieniała kompozytora. Wiem, że dwa utwory, które napisałem, były utworami skomponowanymi wcześniej przez innych autorów. Agnieszka nie mogła ich kompletnie zaakceptować we wcześniejszej wersji. Przyniosła je do mnie. Nie powiem ani z kim się nie udało, ani które to utwory. Natomiast ja nigdy nie miałem żadnych kłopotów. Zawsze, kiedy Agnieszka usłyszała jakiś utwór, to bardzo w niego „szła”. Odwrotnie, to ja się zawsze czegoś czepiałem. Ciągle mówiłem, żeby tu zmienić to, tu zmienić tamto. Ja się zawsze czepiałem wszystkich, taka skaza filologiczna, ale też i muzyczna, ponieważ czasami fraza modyfikuje np. ilość sylab. Jak się wpadnie na jakiś trop muzyczny, to czasami trzeba za nim iść i wtedy trzeba tekst trochę zmodyfikować. Najbardziej opierał mi się Kaczmarski, ale też w końcu zawsze machał ręką i mówił: „a sam se zmieniaj, rób, co chcesz!”. Zazwyczaj tak już byłem umówiony z piszącymi, że jakiś szyk wyrazów czy zdań mogłem poprzestawiać, bez pytania o zgodę. Oczywiście, nigdy nie zmieniłem sensu utworu.
P.Z.: Nie robił Pan przykrości. Tak samo Agnieszka ‒ nie tupała nogą, jeśli coś nie szło po jej myśli. W porządku. Jednak nie dla wszystkich Agnieszka była tak wyrozumiała. Wiedzą o tym ci, którzy niezbyt sympatycznie zostali zobrazowani w Dziennikach poetki. Wystarczy rzucić okiem na zapiski jej wspomnień, żeby zobaczyć różnicę. Jak otoczenie zareagowało na publikację jej Dzienników. Wiemy, że informacje o osobach w nich zawarte są częstokroć informacjami bardzo osobistymi a treści zapisków nie zawsze są zgodne z oczekiwaniami opisywanych.
J.S.: Agnieszka dość skrupulatnie zapisywała wszystko. Wiele osób przy druku kolejnych dzienników – pewnie i ja – może doczytać się o sobie wielu rzeczy niesłychanie przykrych. Jej oceny są czasami sprawiedliwie, czasami nie. To są przeważnie emocje z danego dnia. W tych zapiskach potrafiła być niesprawiedliwa i bolesna, ale także bardzo przenikliwa, no i nie musiała być do końca obiektywna. Prawdę mówiąc, wolę naszą przeszłość czytać z własnej pamięci. Dla mnie Agnieszka w moich niezapisanych wspomnieniach jest po prostu wiecznie obecna. Na pytanie jak długo ją znam, mógłbym powiedzieć słowami Faulknera: „Nie pamiętam, od kiedy, od kiedy pamiętam”.
P. Z.: Od zawsze był również kształtowany obraz Agnieszki Osieckiej jako wiecznie niezadowolonej, nieszczęśliwej, wręcz tragicznej poetki? Trochę nie na siłę? Przecież nie żyło jej się źle.
J. S.: Żyło jej się dobrze. Należy uświadomić sobie, że Agnieszka, jeśli nie nosiła jakiegoś ciężaru spowodowanego osobistymi doświadczeniami, to miała szereg zupełnie fantastycznych przygód. Cały czas z jej twórczością coś się działo, cały czas coś pisała. To, co pisała, odnosiło wielkie sukcesy. Była w środku zdarzeń, żyła dobrze materialnie. Miała bardzo dobre stosunki z córką (Agatą Passent – przyp. red.), choć ludzie różnie o tym mówią. Wszystkie nasze wspólne spotkania były bardzo ekscytujące. Agnieszka na pewno nie znajdowała się w jednym stanie ducha przez dłuższy czas. W ogóle nie wspominam jej jako osoby ponurej, wiecznie z czegoś niezadowolonej, raczej odwrotnie, jak się ją spotykało, to od razu zaczynał się taki korowód wzajemnego napędzania się w sposób absolutnie pozytywny: a zrobimy to, a wtedy pójdziemy tam. Także raczej miałem szczęście, bo jak powiedziałem, w te dni „przedostatnie”, kiedy walczyła z chorobą, nie byłem przy tym bezpośrednio. Szczęście – bo nie mam w oczach obrazu jej cierpienia. Kiedy rozmawiałem z nią na krótko przed śmiercią, byłem absolutnie zdumiony, że ona nic na temat choroby nie mówi, że ma taką energię człowieka, który walczy i się nie poddaje.
P. Z.: Dziękuję za rozmowę.
J.S.: Również dziękuję.
Rozmawiała Patrycja Zisch
Jerzy Satanowski − urodzony 23.08.1947 r. w Warszawie, kompozytor i aranżer, także pianista i reżyser teatralny. Absolwent Wydziału Filologii Polskiej UAM w Poznaniu. Muzyczny samouk. Jako kompozytor muzyki teatralnej zadebiutował w 1972 kompozycjami do spektaklu Trucizna, miłość i śpiew do tekstów E. Stachury. Od tego czasu napisał muzykę do około dwustu spektakli dla krajowych teatrów dramatycznych, Teatru TV, Burg Theater w Wiedniu, Schauspielhaus w Zurychu, Narodowego w Helsinkach, Schillertheater w Berlinie, Teatru Towstonogowa w Leningradzie oraz teatrów w Bon, Genewie, Kassel i Grazu.
Pracował na wszystkich najpoważniejszych polskich scenach, współpracował z legendarnymi twórcami, cieszył przyjaźnią i szacunkiem Agnieszki Osieckiej, Edwarda Stachury, Jonasza Kofty; pisał dla największych gwiazd teatru i estrady. Jest w polskiej kulturze instytucją. Filolog, miłośnik i znawca poezji, reżyser, człowiek teatru. Wiecznie zajęty i zapracowany, zawsze znajdujący czas – to paradoks! – dla debiutantów, dla tych, którzy są dopiero na początku drogi. Przyjaciel artystów, juror i konsultant. Precyzyjny szef artystyczny wielu niezapomnianych przedsięwzięć i spektakli, doskonały organizator, a przy tym mistrz subtelnego humoru towarzyskiego. Stworzenie zestawienia prac, w których brał udział artysta sprawiałoby wrażenie niekończącej się listy.
