Nie oszukujmy się, wszyscy kochamy łatwą dopaminę. Uwielbiamy zalewać nasz układ nagrody kolejnymi impulsami dającymi przyjemność. Tak samo wszyscy znamy uczucie pustki, gdy po chwilowym haju, znów wraca rzeczywistość. W pewnym sensie wszyscy jesteśmy narkomanami uzależnionymi od szybkiej gratyfikacji.
Nie chodzi tu jednak o biadolenie nad stanem polskiej młodzieży nie mogącej oderwać się od telefonu. Rzecz dotyczy nas wszystkich. Mało razy widzieliśmy ludzi w średnim wieku, którzy przez całą podróż autobusem czy pociągiem nabijali level w Candy Crush? Prawdopodobnie tylko mnisi z góry Athos mogą być wyłączeni z grona adresatów tego tekstu, ale poza nimi wszyscy tak samo wpadamy w pułapkę dopaminową. I nie jest to nasza wina… przynajmniej nie do końca.
Funkcjonując w świecie wirtualnym, nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że często jesteśmy jedynie towarem, sprzedawanym jak kilo ogórków na pobliskim bazarku. Tym, co wyznacza naszą wartość jest czas. Czas który jesteśmy w stanie poświęcić na to czy inne medium społecznościowe. Więcej czasu przekłada się na więcej obejrzanych reklam i tak w kółko. Oczywiście nie chodzi jedynie o YouTube’a czy Tiktoka, ale tak naprawdę o większość aktywności internetowej, przesyconej algorytmami dostosowującymi się do naszych upodobań.
Kiedy zagłębiamy się w świat skalibrowany przez algorytm, czujemy satysfakcję. On doskonale wie, co lubimy i będzie nam podsuwać więcej podobnych treści. Tak powstaje szczelna bańka, do której nie dostaje się nic z zewnątrz. W takiej bańce jest nam świetnie i nic dziwnego. Lubimy półminutowe tiktoki, które mają więcej cięć niż odcinek serialu. Chcemy dostać samo gęste. Ważne jest tylko to, co treściwe, co od razu pobudza nasz mózg. W pewnym sensie działamy zupełnie racjonalnie, nie powinniśmy się za to winić. Jesteśmy przecież skonstruowani tak, by szukać najkrótszej drogi do osiągnięcia celu. Problem pojawia się wtedy, gdy droga znika, a cel osiągamy od razu. To miłe, ale jak długo będzie trwać satysfakcja z dotarcia do celu w dwie sekundy? Czy teleportując się na Giewont, będziemy czuć to samo, co po kilkugodzinnej wędrówce?
Jeżeli cel nie jest poprzedzony pracą, to się rozleniwiamy. Czujemy się nagrodzeni, ale tylko na chwilę. W poszukiwaniu kolejnego pobudzenia sięgamy po następny łatwo osiągalny cel. To oczywiście jest zgubne, bo z czasem nasz układ nagrody jest już tak przestymulowany, że czujemy coraz słabiej i wymagamy coraz mocniejszych doznań. Widzę to po sobie, bo też jestem fanem łatwej dopaminy. Ja też wpadam w siatkę algorytmów i lubię być rozpieszczany przez jego bogatą ofertę treści. I tak po prostu będzie, chyba że spakuję mandżur i wyląduje w celi klasztornej na szczycie Athos. Tak będzie, bo takie są reguły gry, którą prowadzą z nami technologiczni giganci. Nie chodzi o to, by demonizować rzeczonego Tiktoka bądź inną platformę. Istotą problemu nie jest platforma jako taka, ale mechaniki przez nią stosowane. Myślę, że sposobem na to, aby nie dać się zawładnąć łatwej dopaminie jest kontrowanie jej dopaminą wymagającą. Taką przy której się naharujemy, nawkurzamy, ale przyjemność z osiągnięcia celu będzie stokroć silniejsza. Na tyle silna, by podjąć się kolejnego trudu, w nadziei, że i tym razem się opłaci. Można to oczywiście zrobić na milion sposobów, ale ja proponuję jeden – Dark Souls.
Gier podobnych do Dark Souls, a więc tzw. soulslike’ów jest wiele, chociażby Sekiro czy Elden Ring. Ja chcę się skupić na pierwszej odsłonie kultowych Soulsów z 2011 roku. Nieszablonowość tej produkcji zaznacza się już w pierwszych minutach gry. Zaczynacie i nie wiecie kompletnie nic, nie macie żadnego ekwipunku, żadnej broni, samouczka czy wskazówek gdzie iść. Zostaliście wrzuceni w gotyckie ruiny i radźcie sobie. Po jakichś pięciu minutach wejdziecie na arenę z pierwszym bossem, gdzie przekonacie się, że nie macie z nim żadnych szans. Jak mogłoby być inaczej? Mówiłem, że nie macie absolutnie nic. Gra już na wstępie pokazuje, że to wy macie się dostosować do niej, a nie na odwrót.
Nie chodzi tu o pastwienie się nad początkującym graczem, ale na zmuszeniu go do znalezienia sposobu. Tak więc po dziesiątym zgonie postanawiacie zrobić coś innego. W ciagu trzech sekund, w których boss nie może was zaatakować, chowacie się za filarem i przeskakujecie za kolejny. Na koniec wpadacie w bezpieczny tunel, gdzie znajdujecie skrzynki z pierwszą bronią. Sukces prawda? Wydaje się wam, że teraz już pójdzie gładko, ale wracacie na arenę i znowu giniecie na dwa ciosy. Umieracie, wracacie na arenę i tak kilkanaście razy, aż w końcu dajecie sobie radę. Nauczeni doświadczeniem, pokonujecie swojego pierwszego bossa w Dark Souls. Spokojnie, kolejni będą kilka razy trudniejsi (pozdrowienia dla wszystkich weteranów Bell Gargoyles).
Wydawać by się mogło, że nie ma to żadnego sensu. Po co się tak męczyć nad grą, która powinna być źródłem rozrywki? Tymczasem satysfakcja z zabicia tak wymagającego przeciwnika, który położył was dwadzieścia razy, daje takiego kopa, że czujecie się podbudowani. Mimo że na początku było beznadziejnie, to stopniowo nauczyliście się zachowań potwora i zdołaliście go pokonać. O tym w skrócie jest seria Dark Souls. To żmudna lekcja cierpliwości i pokory. Świat Soulsów nie da wam taryfy ulgowej. Będzie wrogi, a często nawet niesprawiedliwy. Będziecie rzucać myszką, ale potem wrócicie. I o to w tym wszystkim chodzi. Nie o masochizm, ale o determinację, żeby spróbować jeszcze raz. Zastosować inną taktykę, zaatakować z innej strony, poszukać słabych punktów, obserwować przeciwnika, nauczyć się jego zachowań, czasu reakcji, zasięgu ataku. Z każdą potyczką będziecie wiedzieć o nim coraz więcej. A z tą wiedzą będzie wam coraz łatwiej. Przeciwnicy w Dark Souls są jak długie równanie matematyczne – z pozoru nie do ruszenia, ale krok po kroku jakoś idzie.
Rzeczy, o których piszę w odniesieniu do gier Fromsoftu nie są żadnym odkryciem. Działają na zasadzie odroczonej gratyfikacji (ang. long delayed gratification), czyli zdolności do rezygnowania z szybkiej i łatwej nagrody w zamian za znacznie większe korzyści. Dlatego jestem przekonany, że gry pokroju Soulsów mają zbawienne działanie terapeutyczne. Zwłaszcza w erze łatwej rozrywki, zalewającej nas z każdej strony. Nie trzeba więc wcale wdziewać mniszego habitu, wystarczy kilka godzin wolnego czasu, komputer i ściany. Dość grube –- tak by oszczędzić sąsiadom słów, powszechnie uznanych za wulgarne.
Ilustracja: Mogielnik (Instagram)

