Site icon Niewinni Czarodzieje. Magazyn

Poetyka futbolu podwórkowego

Karolowi Stefańczykowi i innym pamiętanym albo niesłusznie zapomnianym gwiazdom futbolu podwórkowego

 

Słupki i poprzeczki

Mógł to być rok 1997 albo 1998. Kolega strzelił w słupek. Zabrakło kilku centymetrów, ale słupek to nie gol. Wynik cały czas siedem do siedmiu. Nasz bramkarz nie wznawiał gry, bo przeciwna drużyna upierała się, że padł gol. Twierdziła, że może piłka uderzyła w słupek, ale potem na pewno wpadła do bramki. Obie drużyny inaczej wyobrażały sobie pion słupka: moja drużyna widziała ten słupek bardziej na lewo, przeciwnicy bardziej na prawo.

 

Funkcję słupka pełnił plecak. Jak z tej nieforemnej bryły wyprowadzić odcinek prostopadły do ziemi? Podobne kłopoty sprawiała wyimaginowana poprzeczka. Wysokość, na której wisiała, zależała od zasięgu ramion bramkarza. Stąd oczywiście rodziły się kłótnie, czy piłka poszła pod czy nad poprzeczką. W poprzeczkę nie trafiała nigdy, co dowodziło, że futbol podwórkowy nie jest sportem realistycznym.

 

Kłótnie długo trwały, bo nie było sędziego. Ale do jakiegoś rozwiązania zawsze się dochodziło. Czasami mądrzejszy machał ręką i godził się na utratę gola albo na rzut wolny po przypadkowej ręce. Sprawiedliwość, jakkolwiek umowna, była na podwórku nie mniejsza niż na stadionie. Żadnej korupcji i żadnych interesów. Ambicja w czystej postaci. Bolały nas porażki, nas: trzynasto-, szesnastolatków w spodenkach i rozciągniętych koszulkach – w prestiżowych meczach – osiedle na osiedle albo wieś na wieś.

 

Taktyka

Siedem do siedmiu to wysoki wynik. Ale bywały wyższe: czternaście do ośmiu, dwadzieścia jeden do trzynastu. Podwórkowa piłka nożna to był najbardziej ofensywny futbol na świecie. Na bramce stawiało się najsłabszego, ewentualnie w obronie miał stać drugi najsłabszy. Reszta parła pod bramkę przeciwnika. Nie pamiętam przypadku, żeby najlepszy na podwórku grał kiedyś na obronie.

 

Wszyscy czuli się powołani do gry z przodu i sypała się cała taktyka. Drybling, strzał – to się liczyło. Na dryblerach od ciążyło podejrzenia samolubstwa. A zarazem dryblerów wybierało się jako pierwszych, kiedy przed meczem ustalano składy. To dlatego ostatnim Mohikaninem futbolu podwórkowego w futbolu profesjonalnym, ostatnim z naszych, był Ronaldinho. Grał tak, jak się grało i jak się gra do dziś na podwórku: kiwką, trickiem. Ze swoich zwodów cieszył się tak, jakby zawsze miał piętnaście lat.

 

Szczególnie prestiżowe mecze rozgrywano wtedy, gdy przychodzili starsi o przemocowym wyglądzie („Gracie z nami albo wypad”). Grało się z takimi piratami z sąsiednich osiedli. W ten sposób powstawały silne więzi grupowe. Można było nie znosić kogoś w szkole, na ulicy, ale na czas meczu zapominało się o osobistych urazach. Drużynowa solidarność powstawała dlatego, że pojawiał się wspólny wróg: najeźdźcy z obcego osiedla, inna klasa, starsi. Moja klasa nie cierpiała klasy o rok młodszej z tej samej szkoły. Byliśmy wtedy w siódmej, oni w szóstej. Pamiętam mecz naszej siódmej A na szóstą B. Po zażartym meczu wygraliśmy jeden do zera. Strzeliłem tego gola i był to jeden z najważniejszych goli mojego dzieciństwa.

 

Przyroda

Futbol podwórkowy to był sport uprawiany w stanie dzikości. Rozegranie albo nierozegranie meczu zależało od warunków naturalnych. Grę kończyło się z zachodem słońca (zimą słońce odgwizdywało koniec o czwartej po południu) albo wtedy, gdy piłka utkwiła w gałęziach wysokiego drzewa. Często biegało się na polanie o granicach całkiem umownych: aut wyznaczały krzaki, drzewa albo kreci kopiec. Preferowaliśmy boiska trawiaste, choćby trawa sięgała do pół łydki. Ale nawierzchni mieliśmy różne: zdarzały się klepiska, boiska piaszczyste, betonowe. W mojej podstawówce istniała nawierzchnia zupełnie fantazyjna: mieszanka żwiru ze szkłem (wieczorem dla rozrywki wyrośnięta młodzież tłukła tam butelki), co wykluczało grę wślizgiem. I jeszcze drobiazg: w futbolu podwórkowym wiele zależało od wyboru połowy: oprócz gry pod słońce istniało ryzyko gry pod górkę.

 

Każdy, kto część młodości spędził w pogoni za piłką (i nie tylko: w przedszkolu graliśmy kulką papieru związaną trawą), pamięta mecze rozgrywane w warunkach ekstremalnych: w wielkim mrozie, w śniegu po kostki, przy zacinającym deszczu. Wyzwalały się wtedy rycerskie atawizmy, gra zamieniała się w walkę z bezgranicznym poświęceniem. Radość z odebrania piłki wślizgiem była ogromna, kiedy błoto rozchlapywało się z wielkim plaśnięciem.

 

Przepisy

Dzikość futbolu podwórkowego przejawiała się w swobodnym traktowaniu przepisów. Hołdowano zasadzie, że byle dotknięcie piłki ręką to rzut wolny, niezależnie od takich okoliczności, jak ułożenie ręki przy ciele albo przypadek. Sądzono, że nie można zdobyć gola strzałem bezpośrednio z rozpoczęcia. Całe wieczory, latami, przepędzano na grze w piłkę, a prawie nikt nigdy nie zajrzał do reguł gry w piłkę nożną.

 

Mimo słabej znajomości przepisów jakoś intuicyjnie rozpoznawano faule. Na podwórku z zasady grało się czysto. Nie lubiano osiłków, którzy braki techniczne nadrabiali przepychanką. Siłowa gra kłócił się z naczelną zasadą tego sportu: kiwką, dryblingiem. Kogo udawaliśmy na boiskach? Maradonę, Ronaldo (tego pierwszego), Roberta Baggio, Thierry’ego Henry’ego, Ronaldinho. Wystarczyło spojrzeć na koszulki, ale zanim pojawiły się repliki piłkarskich koszulek, obywano się deklaracjami: „Ja jestem Ronaldo”. Niektórym przechodziło z wiekiem upodobanie do odgrywania czyjejś roli, ale w myślach każdy miał jakiś ideał dryblera. Gwiazdy futbolu podwórkowego część duszy mają południowoamerykańską. Futbol podwórkowy nie jest angielski, niemiecki czy włoski, ale właśnie latynoski.

 

Uważano – i słusznie – że mecze można wygrać w pojedynkę. Grać szybką klepkę? Robić akcje oskrzydlające? Może czasami, ale najważniejsze były gwiazdy. Każde podwórko miało jakiegoś geniusza futbolu i żeby mieć go w drużynie, godzono się grać w osłabieniu, powiedzmy pięciu na siedmiu.

 

Gwiazdy

Gdyby dało się upamiętnić wyczyny tych gwiazd, chociażby spisać ich imiona albo ksywki. Znać wirtuozów futbolu profesjonalnego każdy może. Ale kto zostanie kronikarzem futbolu podwórkowego, przypomni lokalnych bohaterów, wielkie mecze między osiedlami, między wsiami? Czy to jest nagrane gdzieś z bardzo wysoka? Co się stało z tymi gwiazdami? Gdzie jest ich Hall of Fame?

 

Zmierzch

Moje pokolenie przeżywało w ten sposób swoje dzieciństwo. Srzelanie do bramek złożonych z plecaków i kurtek stanowiło najlepszą i najczęstszą forma spędzania czasu, całkowicie bezkonkurencyjną.

 

Gra na orlikach różni się bardzo od tej z prowizorycznych boisk sprzed dziesięciu czy dwudziestu lat. Orliki zunifikowały futbol, który miał kiedyś tysiące wariantów lokalnych. Nie wiem, czy to źle czy dobrze. W tych kilku rysach chciałem tylko utrwalić coś, co było ważne dla dawnych roczników podwórkowych piłkarzy. I kto pamięta dobrze wielkie mecze na polanach między parkingiem a chodnikiem, da świadectwo autorowi, że tych kilka obrazów skreślił sumiennie, nic nie dodając i nigdzie nie przesadzając.

 

Ilustracja: Martyna Szypiło

 

Exit mobile version