Przez dziesiątki lat dominującym mitem rodzimej świadomości narodowej był mit szlachecki, symbolizujący erę potęgi dawnej Rzeczypospolitej. Oczywiście mowa o tych, którzy poczuwali się do bycia narodem, a więc przez długi czas dosyć wąskiej grupy społecznej. Szczyt uwielbienia dla Sarmacji przypadł na pierwsze lata III RP. Wyjście z cienia żelaznej kurtyny spowodowało powrót do mitu „wielkiej Polski”. Po latach zaborów, hitleryzmu i komunizmu chcieliśmy poczuć, że my też możemy być potęgą. To zrozumiałe, że wracaliśmy do czasów, kiedy zajmowaliśmy pokaźną część mapy Europy. Po okresie narzuconej narracji chłopsko-robotniczej, odbiliśmy w drugą stronę i niemal zupełnie zapomnieliśmy o chłopach na rzecz Sarmatów.
Każda formuła jednak kiedyś się wyczerpuje i tak też stało się z zafascynowaniem sarmacką Polską, czego niechlubnym symbolem było hasło „szlachta nie pracuje” i koszulki patriotyczne z dumną husarią. Coś co przez kilkanaście lat cieszyło się wielką popularnością, nagle wpadło w śmieszność. Niewątpliwie przyczyniła się do tego również tromtadracka polityka historyczna rządów Zjednoczonej Prawicy.
Z racji na to, że natura nie znosi próżni, to z tematów szlacheckich prędko przeskoczyliśmy na drugi koniec drabiny społecznej. Książki o kolejnej bitwie, w której stu husarzy zmierzyło się ze smokiem, zostały zastąpione przez reportaże i wspomnienia smutnego życia chłopskiego. Pionierem trzeciej fali chłopomanii (po młodopolskiej i socjalistycznej) został Adam Leszczyński ze swoją książką Ludowa historia Polski, którą po czasie można nazwać duchem poruszycielem nowej mody polskiej debaty publicznej.
Wkrótce po premierze postanowiliśmy – a jakże – pójść znów w stronę skrajności. Otóż jedni zgodnie z duchem ludowym zaczęli demonizować szlachtę, drudzy zaś oburzeni szkalowaniem narodowej świętości zaczęli przekonywać, że chłop pańszczyźniany przecież nie miał aż tak źle. Obie strony miały swoją prawdę – rzecz w tym, że była to tzw. tischnerowska trzecia prawda.
Niemniej, od czasu Ludowej historii, internet został zalany przez niezliczone felietony, podcasty i filmiki eksplorujące chłopskie zwyczaje, kuchnię, tradycje – słowem cały folklor ludowy. Zwykle wspominano przy tym o wyzysku chłopów przez klasy uprzywilejowane. Zdaje się, że to podstawowa sprawa w pisaniu o historii Polski z perspektywy najniższej warstwy społecznej. Chyba się nie pomylę, jeżeli zauważę, że w dzisiejszym dyskursie zachodnim najważniejsza jest walka ze strukturami przemocy. Przemocy wobec kobiet, czarnoskórych, migrantów i mniejszości seksualnych. My także znaleźliśmy grupę, która jak żadna inna jest dotknięta od wieków przemocą. Co więcej – poszliśmy nawet dalej, ponieważ nasza opowieść o przemocy jest uniwersalna. Jakby nie było, to niemal wszyscy wywodzimy się z niegdysiejszych rodzin chłopskich. O ile dawniej przejawem chłopomanii było przebieranie się w chłopską sukmanę, chodzenie boso po łące i wzdychanie do wiejskich dziewczyn, o tyle dzisiaj rzecz zdaje się znacznie poważniejsza. Obecny nurt ludowy dąży do zredefiniowania narodowej historii i tworzących ją mitów.
Po wydaniu książki Adama Leszczyńskiego w 2020 roku, mało kogo interesowała już odsiecz wiedeńska. Zamiast tego dowiedzieliśmy się co jedli nasi przodkowie, jak często chodzili do lekarza i po jakim czasie od porodu chłopki wracały do pracy w polu. Zgodnie z kulturą przesady temat szlachty, jeżeli w ogóle był podejmowany, to w kontekście brutalnego wyzysku swoich włościan.
Nie mniejszą popularność od Leszczyńskiego zdobyła Joanna Kuciel – Frydryszak pisząc Służące do wszystkiego i Chłopki. Opowieść o naszych babkach. Po raz pierwszy na taką skalę zaczęto eksplorować to, co do tej pory przemilczane, a co mogło być doświadczeniem naszych prababć. Popularność tematyki chłopskiej potwierdza się na każdym kroku. Pod koniec września 2023 roku, Netflix zaprezentował nową adaptację Znachora, która z większą głębią portretuje wiejskie otoczenie Antoniego Kosiby. Zaledwie kilka dni później do kin trafili Chłopi w reż. DK Welchman i H. Welchmana, a na szczycie listy polskich hitów Spotify znalazł się utwór promujący film. Historia Jagny stała się jednocześnie viralem, polskim kandydatem do Oscara i najchętniej oglądanym filmem kinowym roku. Adaptacja powieści Reymonta przebiła zainteresowaniem nawet Barbie i Oppenheimera. Zanim moda na Chłopów osłabła, dostaliśmy 1670 w reż. M. Buchwalda i K. Kądzieli. Sarmackie The Office nie tylko nie okazało się katastrofą, ale uruchomiło falę widzów żądającą od Netflixa nakręcenia drugiego sezonu. Komizm jest tu budowany na groteskowej, ale przy tym sympatycznej postaci sarmackiej. Ów bohater nie ma jednak pojęcia o zarządzaniu folwarkiem, co przekłada się na marny żywot miejscowych włościan. Ponownie – jeszcze nie naoglądaliśmy się Jana Pawła Adamczewskiego w 1670, a na ekrany kin wjechał Tadeusz Kościuszko ze swoim czarnoskórym adiutantem w filmie Pawła Maślony pt. Kos. Obraz ten jest bodaj najbardziej bezpardonowym rozprawieniem się z sielankowym mitem sarmackim. Opowieść o szlacheckim bękarcie Ignacu, która wypełnia zasadniczą część filmu elektryzuje, ale zarazem pozostawia cierpki posmak w ustach. Kos to moim skromnym zdaniem najbardziej udany produkt trzeciej fali chłopomanii. Nikt o naszej historii nie mówił tak ostro, a przy tym tak atrakcyjnie, jak zrobił to Maślona. Kończąc tę osobliwą wyliczankę powiedzmy jeszcze o prequelu do kultowych Samych Swoich, którą wyreżyserował Artur Żmijewski. Opowieść o młodzieńczych latach Kargula i Pawlaka zebrała mieszane recenzje, ale nie sądzę, by zdemotywowało to kolejnych twórców nowej chłopomanii.
Wszystkie te obrazy łączy nacisk na pokazanie ciężkiego i okrutnego życia chłopa, wykorzystywanego przez swojego pana. Nie ma w tym, rzecz jasna, nic złego, ale czy musimy przy tym popadać w tak skrajne nuty? Myślę sobie, że mówienie o naszych chłopskich przodkach powinno być czymś naturalnym. Bez naiwnej idealizacji, ale i bez demonizacji. Możemy opowiadać o chłopie pańszczyźnianym jak o czarnym niewolniku w Ameryce, tylko czy wynika z tego coś więcej niż emocjonalne uniesienie? Przecież nie pozbędziemy się nagle mitu sarmackiego z naszej świadomości. Mity w ogóle mają to do siebie, że nie dają się do końca usunąć. Jak pisał Roland Barthes: „Nieustannie błądzimy między przedmiotem a jego demistyfikacją, niezdolni do ujęcia jego całości: bo jeśli zgłębiamy przedmiot, to uwalniamy go, ale też niszczymy; jeśli pozostawimy mu jego ciężar, ocalimy go, ale pozostanie on nadal zmistyfikowany”. 1R. Barthes, Mit dzisiaj, w: jego, Mitologie, przeł. A. Dziadek, Warszawa 2000, s. 296.
Niestety, ale dostrzegam w naszej nowej ludomanii chęć (świadomą bądź nie) wpisania się za wszelką cenę we wspomniane wcześniej narracje zachodnie. Tak bardzo chcemy być uznani za pełnoprawnych członków elitarnego klubu, że przyjmiemy każdą modę byle tylko nie zostać na zewnątrz. Jeżeli Anglicy, Francuzi czy Amerykanie rozliczają się ze swoich struktur systemowej przemocy, to i my dostosujemy się do nowego trendu. Mimo kolosalnego sukcesu jaki odnieśliśmy przez ostatnie trzydzieści lat, wciąż nie czujemy się pewnie. Boimy się własnego zdania, ponieważ nieustannie czujemy dojmujące brzemię tymczasowości. Zupełnie tak, jakby jeden nieuważny krok miał nas wrzucić z powrotem za żelazną kurtynę. Materialnie jesteśmy już o krok za zachodem, ale umysłowo ciągle żyjemy w kompleksie niższości. Chcemy pokazać, że my też możemy być liberalni, też mamy historię niewolnictwa i też kolonizowaliśmy słabsze narody.
Nie mówię przez to, że jest coś złego w czerpaniu z doświadczeń innych, czy w odsłanianiu brzydkiej historii. Czytajmy innych i dochodźmy do prawdy o własnej przeszłości, nawet jeżeli jest ona niekomfortowa. Z tym że możemy być w tym trochę bardziej zachowawczy. Badajmy historię chłopską, ale nie wyrzucajmy od razu na śmietnik Kmicica i Wołodyjowskiego. W sferze kulturowej znacznie więcej odziedziczyliśmy po dawnych elitach, bo one zostawiły nam najwięcej źródeł. Możemy się na to zżymać, ale czy nie rozsądniej będzie czerpać dobre wzorce zarówno od szlachty jak i od chłopstwa? Nie każdy Potocki od świtu do zmierzchu zajmował się katowaniem biednego pospólstwa. Tak samo jak nie każdy chłop żył w skrajnej nędzy. To banał, ale historia naprawdę nie jest czarno-biała. Warto dla ćwiczenia intelektualnego spojrzeć na Polskę po II wojnie światowej. Czy z perspektywy czasu PRL oceniamy negatywnie? Bez wątpienia, ale jeśli spojrzymy na historię chłopów, to rzecz zaczyna się niuansować. Bądź co bądź był to dla milionów Polaków czas awansu społecznego. Wiejskie chaty zamienili na mieszkania w blokach. Ciasne, ale za to z bieżącą wodą i centralnym ogrzewaniem. Poprzez zatrudnienie w zakładach pracy mieli dostęp do państwowej opieki zdrowotnej, a w okresie wakacyjnym do wczasów. Wcześniej na wsi koncepcja czasu wolnego niemal nie istniała. Oczywiście, jakość tych i innych usług była często niska, ale była i była dostępna dla większości społeczeństwa. Nie oznacza to, że Polska Ludowa była rajem na ziemi, ale to właśnie ona wyciągnęła nas z oligarchicznego feudalizmu. Potępiając w czambuł okres po 1945 roku, umyka nam to co PRL zrobił dobrze. Podobnie z I RP. Widząc w Sarmacie wyłącznie ciemiężyciela biednych chłopów, zamykamy sobie drogę do zrównoważonego oglądu rzeczywistości. Dlatego spuśćmy z tonu i przyjmijmy, że mamy w sobie coś zarówno z chłopa jak i szlachcica. Do obowiązującego niegdyś mitu sarmackiego dodajmy mit chłopski i stańmy w końcu na dwóch nogach. Taka równowaga każdemu z nas się przyda.

