Jeden z dni sierpnia. Siedziałam akurat z przyjaciółmi w parku. Popołudnie raczej chłodne, prawie jesienne. Patrzyliśmy to na różowiejące niebo, to na dźwig, z którego raz po raz kolejni śmiałkowie skakali na bungee. Rozmawialiśmy o planach, które mieliśmy nadzieję jeszcze wepchnąć w ostatnie tygodnie wolności. I wtedy, cytując klasyka, it hit me like a train. Lato jest strasznie smutne — lato jest najsmutniejszą porą roku. I to lato w całości, nie tylko ostatnie dni sierpnia.
Nie omieszkałam podzielić się tą myślą z towarzyszami. Moje wyznanie rozpaliło na ich twarzach jednocześnie aprobatę i zrozumienie. „Ale jak myślisz, czemu? Bo już nie jest takie samo, jak za dzieciaka?”. Niby tak, myślę — ale nie do końca. Jako że pochodzę ze wsi, moje dziecięce i nastoletnie wakacje były raczej czasem ogólnej izolacji, niekiedy dopełnionej pomocą przy żniwach, częściej obowiązkami domowymi. Żadnego grania w gumę, rżnięcia w piłę, kolan zdartych od wywracania się na gorącym asfalcie. Wyobrażałam sobie, że gdybym mieszkała w mieście, pewnie wisiałabym na trzepaku i prosiłabym o zrzucenie butelki herbaty z balkonu. Te koncepty są obce — nie budzą wakacyjnej melancholii. Lubiłam się zresztą uczyć, zawsze czekałam końca sierpnia, wypisywałam zeszyty, przeglądałam podręczniki na zaś.
Nie chodzi więc o dziecięcą nostalgię, a przynajmniej nie w moim przypadku — wierzę, że wielu faktycznie tęskni za ciepłem beztroskich dni, które rozciągają się w długie, duszne wieczory. Że hasło „wypad nad jezioro” zostawia na języku posmak kanapki z serem nieco tłustym od słońca, które go roztopiło, że to błogie uczucie. Ale moje powody niechęci do lata są dużo bardziej prozaiczne, dużo mniej poetyckie niż piórko nostalgii, które uparcie łaskocze dorosłą duszę. Nie lubię lata — bo lato to czas niespełnionych obietnic.
Obietnic danych samemu sobie — że przez te dwa miesiące wszystko się zmieni. Będziesz lepszym człowiekiem. Zrobisz dla siebie coś dobrego. Zaczniesz biegać, zapiszesz się na siłownię. Cholera, będziesz choćby chodzić na spacery albo na basen. Będziesz lepiej jeść. Nauczysz się gotować lepsze, zdrowsze obiady. Odkryjesz, jak otworzyć w prawdziwym życiu panel z cheat codami, żeby wpisać tam maxmotives i motherlode. Nauczysz się czegoś nowego — tym razem weźmiesz na tapet szydełkowanie, bo druty to za dużo zachodu (wiesz to z zeszłego roku). Obiecasz znajomemu czapkę na jesień, żeby nie zarzucić hobby po dwóch tygodniach. Nauczysz się grać na instrumencie — w przyszłe wakacje będzie przecież ognisko, to bedziesz juz umieć grać na gitarze tak, żeby wszyscy mogli śpiewać. Teraz będziesz mieć na to czas, całe morze czasu.
Obietnic danych kulturze. Nadrobisz filmy tego jednego reżysera, o którym wszyscy od zawsze gadają (jak mu tam było? Lynch? Tarantino?). Pozwolisz sobie zacząć ten ośmiosezonowy serial, bo przecież czterdziestominutowe odcinki były za długie do oglądania do obiadu. Pójdziesz na tę wystawę, na ten koncert. Przesłuchasz ten album, który tyle razy ci wysyłano. Nie będziesz czytać tego, co musisz czytać, będziesz czytać to, co chcesz czytać. A chcesz czytać tylko poważną, dobrą, kulturotwórczą literaturę, same arcydzieła, same tęgie głowy. Lecisz, jeden po drugim, Katedra Marii Panny w Paryżu, Anna Karenina, nowy nobel, tegoroczne Nike, zeszłoroczne Nike (trzeba nadrobić), Nike przed Nike. Twój umysł erudyty jest w końcu jednością z półką przeczytanych książek. Szarpiesz się na prenumeratę czasopisma z dziedziny, o której nie masz pojęcia. Nigdy więcej nie trzeba będzie udawać przed znajomymi, przed sobą samym, że czytało się coś, czego się nie czytało. Staniesz się specem od współczesnej prozy japońskiej. Ogarniesz w końcu, o co to całe halo ze zwrotem ludowym.
Obietnic danych innym ludziom. Koniec z przekładaniem spotkań. Czas zorganizować wszystkie tematyczne imprezy. Złapać się z tą koleżanką z pracy, która pół roku temu przestała proponować wyjścia. Wyskoczyć na weekend do babci, na wieś, bo już wstyd. Zrobić ognisko, zrobić piknik. Dzwonić częściej do taty, tata tęskni, chociaż nie powie (nie chce zawracać głowy). Pisać do przyjaciół, którzy się przeprowadzili, z którymi kontakt się szarpie i gaśnie jak dogorywająca gwiazda. Wychodzić z ludźmi. Odpisać na listy, wysłać pocztówki. Zacieśnić relacje sąsiedzkie. Przypomnieć przyjaciołom, że życie bez nich to nie życie. Jest czas i siły na każde piwo, każdą kawę na mieście, każdą posiadówę do czwartej nad ranem, jakby jutra miało nie być.
Część może nawet uda Ci się zrealizować – mnie może też. Może faktycznie obejrzymy serial, nauczymy się kilku akordów na nowym instrumencie, może przeczytamy jedną książkę, która przez miesiąc nie wyjdzie nam z głów. Może uda się wakacyjny wyjazd, okazyjne last minute, budżetowy wypad za miasto ze znajomymi. Ale jeśli nie jest się bogiem produktywności, to większość tych postanowień rozmywa się w mgle po dwóch pierwszych tygodniach lipca. Nagle się okazuje, że przerwa w studiach nie wystarczy, żeby sięgać po książki. Wypłata jest za mała na szalone podróże, przecież miałyśmy sobie odłożyć kasę na cały rok akademicki. Gdy już idziemy do domu, nie w głowie nam spotkania ze znajomymi. Gorące popołudnia bardziej ciągną do drzemek niż ambitnych wypadów za miasto. Struktura się sypie – uniwersytet nie układa nam spotkań, więc widujemy naszych bliskich jeszcze rzadziej, niż zwykle. Nie możemy się za nic zabrać. Frustracja to drugie imię nadmiaru, gdy w grę wchodzi czas. Nawet do rodziców nie za bardzo idzie pojechać – brak dłuższego wolnego, trzeba je dzielić między dodatkowe godziny w pracy, złapanie oddechu i nieliczne spotkania z przyjaciółmi. Serce szczypie, kiedy rozjeżdżają nam się rozkłady jazdy. Dociera do nas, że gdy wyjdziemy z akademii, tak będzie już zawsze.
W sierpniu zawsze gra mi w głowie Time Pink Floydów. Lato jest jednym wielkim przegapieniem wystrzału ze startera.
Więc kiedy udaje mi się go nie przegapić – kiedy wychodzę z pracy i wymuszam przetrzymanie chęci na drzemkę, kiedy idę się spotkać z przyjaciółmi, kiedy przeciągam moment rozstania, choć dobrze wiem, że będę spać trzy godziny i w pracy zabije mnie kac – jestem dumna z mojego małego aktu buntu. Mówię: kochać lato. Zawsze mam latem kryzys egzystencjalny.
I moi przyjaciele powtarzają to ze mną.
Ilustracja: Aster Wilkirski
