
Zdarza się, że dzieło paraliterackie traci swój kategoryzujący przedrostek. Splot współzależności sprawia, że zostaje ono odkryte przez szersze niż zamierzone grono czytelników, odczytane w nietypowy sposób i wskutek tego odczytania – szczególnie docenione przez odbiorców, zarówno tych zwyczajnych, jak i przez profesjonalnych krytyków. W historii współczesnej literatury polskiej prawdziwym kotłem łączności i układów okazały się lata dziewięćdziesiąte, dzięki którym nad Wisłą na sile przybrały zupełnie nowe prądy. Fala fascynacji „zagranicą”, dotychczas odległa dla naszych rodaków, przyniosła ze sobą wiele olśnień, bubli, ale przede wszystkim niespodzianek. To właśnie wtedy w Polsce zadomowiła się na dobre twórczość niejakiego Williama Whartona. Twórczość ta po latach od pojawienia się na naszym krajowym rynku okazała się doskonale splatać ze sobą zachwyt, irytację, ale i zaskoczenie. Od samego początku jej literacka waga była bowiem tylko… przypadkowo powstałym złudzeniem.
Zaczęło się już od nazwiska – William Wharton to jedynie pseudonim artystyczny chcącego zachować minimum anonimowości amerykańskiego malarza, Alberta Williama du Aime (1925-2008). Biogram urodzonego w biednej katolickiej rodzinie Whartona w pierwszych kilkunastu latach życia niewiele różnił się od egzystencji typowego filadelfijczyka z klasy robotniczej: gdyby nie II wojna światowa, zostałby najpewniej inżynierem i wiódł życie w Stanach. Los miał jednak wobec niego inne plany – konflikt spędził na froncie w Europie Zachodniej, by w końcu zostać odesłanym do domu po ranach odniesionych w wyniku wybuchu granatu. Sytuacja zmusiła go do pozostania przez dłuższy czas w szpitalu, z którego wyszedł z niepełnosprawnością i dodatkowo silną traumą po ekstremalnych przeżyciach na Kontynencie. Nie poddał się jednak tak łatwo – rentę inwalidzką od amerykańskiego rządu wykorzystał, aby opłacić studia artystyczno-psychologiczne na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Następnie zdecydował się podjąć pracę jako nauczyciel kilku różnych przedmiotów na poziomie college’u. Nie czerpał jednak z tego zawodu większej satysfakcji, za to w wolnych chwilach oddawał się tworzeniu obrazów.
Mimo wojennych wspomnień cały czas tęsknił za Europą. W 1960 r. razem z żoną Rosemary i dziećmi postanowił przeprowadzić się do Francji (Wharton miał francuskie korzenie). Kolejne lata przyszły pisarz spędził na poszukiwaniu lokum dla rodziny i źródeł stałego zarobku. Aby zdobyć pieniądze na dach nad głową i pracownię malarską w Paryżu, na zmianę wynajmował wcześniej remontowane mieszkania i sprzedawał na stołecznych ulicach swoje obrazy. Malarstwo było dla niego sensem życia – do ostatnich chwil wskazywał właśnie na nie jako swoje najważniejsze zajęcie. Jego dzieła wisiały na ścianach w każdym z kolejno zamieszkiwanych domów – w mieszkaniu w kamienicy, w burgundzkim młynie czy wreszcie w barce mieszkalnej na Sekwanie, gdzie napisał kilka swoich ostatnich powieści.
Karierę pisarską Wharton zaczął dość późno, bo dopiero w wieku 53 lat. Całość jego dorobku, który według mnie jest doskonałym przykładem na to, jak zależne są od siebie życie i literatura, podsumować można niezbyt głęboką myślą z wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Joannę Podolską:
– Właściwie pisze Pan wciąż tę samą książkę. Książkę o sobie samym.
– Mój nauczyciel powiedział kiedyś: piszcie o tym, co znacie najlepiej. I ja to robię[1].
Ale chociaż Wharton opowiadać lubił od zawsze, a przed oficjalnym debiutem literackim ukończył kilka książek (rozdanych jedynie najbliższym przyjaciołom), to jego karierę liczyć należy raczej od publikacji Ptaśka (1979, oryg. Birdy). Jego pierwsza wydana i zarazem najsłynniejsza powieść dotyczy losów mężczyzny zafascynowanego ptakami, który, wskutek przeżyć wojennych, nabawił się choroby psychicznej. Spisanie tej historii, jak zresztą i kolejnych, było dla autora formą mentalnej rekonwalescencji i nie miało na celu osiągnięcia wielkiego sukcesu. Stało się jednak inaczej – w Stanach Ptaśka bardzo szybko ogłoszono bestsellerem i obsypano ważnymi nagrodami. Kolejne książki nie zdobyły już takiej popularności, czego nie zdołały zmienić nawet trzy ekranizacje powieści Whartona. Ten jednak nie poddawał się – wciąż wymyślał historie wzorowane na własnym życiu, wplatając do nich postaci inspirowane członkami bliższej i dalszej rodziny, przyjaciółmi, znajomymi, a nawet bajką opowiadaną dawniej swoim dzieciom do snu.
Wątki dzieciństwa spędzonego w biedzie, traumatycznych przeżyć wojennych, rodzinnych doświadczeń i licznych podróży nie wyczerpywały jednak tematyki poruszanej przez autora. Od 1988 r. coraz mocniej zajmowała go kwestia ekologiczna – w tym roku bowiem, podczas karambolu na autostradzie nr 5 w stanie Oregon, zginęła jego córka wraz z zięciem i dwojgiem wnucząt. Wypadek był efektem wypalania traw przez okolicznych rolników – procederu, z którym Wharton walczył do końca życia i na walkę z którym przeznaczał większość środków otrzymanych dzięki kolejnym publikacjom. Nigdy jednak nie udało mu się z tego w pełni otrząsnąć – świadectwem jest m.in. książka Niezawinione śmierci, której fabułę oparł na kanwie tych wydarzeń.
Życie i twórczość tego autora nie byłyby jednak tak ciekawe, gdyby nie specyficzne potrzeby czytelnicze mieszkańców pewnego kraju, świeżo wyzwolonego spod władzy Związku Radzieckiego. Nadeszły bowiem lata dziewięćdziesiąte, gdy zależność literatury od historii zyskała zupełnie nowy wymiar. To właśnie wtedy do Polski trafił przetłumaczony Wharton, a jego powieści odniosły natychmiastowy sukces: dla zobrazowania skali tego zjawiska zachęcam do przyjrzenia się rodzinnym półkom z książkami – istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że któryś z zapalonych czytelników w tamtym czasie zakupił i postawił na regale przynajmniej jedną z publikacji Whartona. Przez długi czas jego powieści utrzymywały się na polskich listach najlepiej sprzedających się pozycji, a na biurku pisarza pojawiło się wiele zaproszeń na popularne wydarzenia literackie w Polsce. Z niektórych z nich skorzystał, nieodmiennie zaskoczony i ucieszony reakcjami tutejszych czytelników, wyjątkowo entuzjastycznych wobec jego książek.
Pozostaje jednak pytanie – co jest nie tak z Williamem Whartonem? Najlepsza odpowiedź znajduje się u Jerzego Jarniewicza, który w szkicu Syzyf zwycięzca. O odpowiedzialności tłumacza[2] wykorzystuje postać tego pisarza do zilustrowania sytuacji, gdy dzieło nabiera dodatkowych walorów dzięki przeniesieniu go w świat innego języka. W niezbyt oszczędnej w słowach krytyce („Dopiero po latach, gdy omawiane zjawisko paraliterackie pokazało się w całej krasie, znajdując w nowej odsłonie punkt odniesienia w twórczości Coelho, Whartona zdetronizowano, a jego pisarskie dokonania ujawniły swoją mierność”) pokazuje on, jak na popularność utworów Alberta du Aime wpłynął tymczasowy brak konkurencji w zakresie swojego gatunku. Okazuje się, że Polacy, czytając Whartona, nie mieli zwyczajnie żadnego punktu odniesienia, by zauważyć paraliteracki poziom tych lektur. Ponadto ten głos „przystępny i ojcowski zarazem, mądrościowy i demokratyczny, odwołujący się do podstawowych emocji, reprezentujący zasadniczo konserwatywną wizję świata, choć niestroniący od ukazywania sytuacji skrajnych”, głos literatury „popularnej i użytkowej” przybrał na sile dzięki bardzo dobrym tłumaczeniom. Tak dobrym, że ponad połowa twórczości Whartona została przełożona jedynie na nasz piękny język prosto z… maszynopisów.
Polski światek literacki dość łatwo dał się bowiem zwieść złudzeniu pojawienia się na rynku nowego przedstawiciela Wielkiej Literatury z Zachodu. Jarniewicz w eseju wspomina o całej plejadzie drukowanych po polsku opracowań dotyczących twórczości pisarza: poświęconym Whartonowi numerze miesięcznika „Odra”, a także książkach Joanny Podolskiej (Kim jest William Wharton) i Krzysztofa Fordońskiego (Bert. Szkic do portretu Williama Whartona) – ja do tego zestawienia mogę dodać jeszcze film dokumentalny w reżyserii Moniki Górskiej (Wharton, 1995) czy przygotowany specjalnie na polski rynek album z obrazami (wydany w 1999 r.). Oczywiście pojawiły się także głosy krytyki – nie trafiły jednak do głównego nurtu wypełnionego literaturoznawcami i czytelnikami zachwyconymi „powiewem świeżości” w przestrzeni polskiej kultury.
Ducha tamtych czasów doskonale wyraża wspomniana wcześniej biografia Whartona autorstwa Joanny Podolskiej. Kim jest William Wharton to pozycja o zabarwieniu niemal bałwochwalczym. Uwielbienie biografki dla pisarza rozpoczyna się już w pierwszym rozdziale, gdy opisuje ona swoją wędrówkę po Paryżu z Wieściami Whartona w ręku. Spotkanie z malarzem jest dla niej wielkim przeżyciem – Podolska zachwyca się każdą chwilą spędzoną w jego towarzystwie[3], jednocześnie poszukując odpowiedzi na pytanie o źródło popularności tego autora. Ze względu na brak wiarygodnych badań socjologicznych informację o tym, że młodzież i kobiety stanowią największy procent odbiorców książek Whartona, można uznać wyłącznie za hipotezę autorki. Inaczej jednak ma się sprawa z opiniami socjologów, którzy zdają się wiedzieć, o czym mówią – jedni twierdzą, że Wharton jest dla młodych Polaków ucieczką od „wolnej amerykanki na kapitalistycznym ringu”[4], która utrzymuje ich w złudzeniu, że są „jedyni i niepowtarzalni”, zniechęca do kultu pieniądza i wyścigu o sukces. Inni napomykają o widocznym u Whartona poszukiwaniu sensu i prawdy życiowej, drogi do samopoznania, życia w zgodzie z naturą. Pozostali wskazują na „uczciwość i prostolinijność” pisarza, który u wielu Polaków poruszył czułe struny związane z pragnieniem posiadania kontroli nad własnym życiem i swoją twórczością zmotywował ich do jej odzyskania. Być może dlatego ta „ekologiczna duchowość” Whartona zadziałała w Polsce lat dziewięćdziesiątych tak dobrze – odpowiedziała bowiem na silną potrzebę historyczną i w pewnym stopniu ją zaspokoiła – przynajmniej na gruncie literackim.
Losy Whartona to opowieść o współzależnościach: jego twórczość była głęboko zanurzona w życiowej wiedzy i doświadczeniach, a sukces w dalekiej Polsce stał się możliwy dzięki korzystnemu zakrętowi historii. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy dzieła Whartona nie są przypadkiem częścią wielkiej narracji o… niezależności? Obecne w nich wątki dotykają przecież kwestii odsunięcia się od społeczeństwa i wyjścia poza jego ramy, by osiągnąć szczęście. Z drugiej strony jednak promowanie przez niego wartości rodzinnych zdaje się prowadzić czytelnika do pozostania w relacji ze współczesnym światem. Może więc powieści te dotykają bardzo ważnej i w obecnych czasach materii – próby bycia razem z innymi ludźmi przy jednoczesnym zachowaniu indywidualnego, działającego w zgodzie ze sobą „ja”?
Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania pozostawiam już Wam.
Jadwiga Mik
[1] J. Podolska, Kim jest William Wharton, Poznań 1996, s. 30.
[2] J. Jarniewicz, Syzyf zwycięzca. O odpowiedzialności tłumacza [w:] Tłumacz między innymi. Szkice o przekładach, językach i literaturze, Wrocław 2018, s. 142-143.
[3] „Jedliśmy ryż po meksykańsku z owocami morza, a Wharton jakieś delikatne mięso. Jest diabetykiem, ale jak na swoje siedemdziesiąt lat wygląda naprawdę doskonale. Wciąż jest w ruchu. Codziennie ćwiczy jogę i medytuje. Ma pokaźną łysinę, więc stara się ją ukryć pod jakąś czapeczką” (s. 25). Na uwagę zasługuje też zdjęcie z dmuchawcem na stronie XVII dodatkowej wyklejki z fotografiami autora.
[4] Cytaty w tym akapicie z książki Podolskiej.