Całe życie szukałem idealnej muzyki. Kiedy już ją znalazłem, okazało się, że ona szuka idealnego słuchacza.

Las Vegas. Sala pełna elegancko ubranych ludzi, których wytworność i bilet z nadrukiem znacznej sumy są przepustką do uczestnictwa w historycznym występie. Wszyscy siedzą przy stolikach. Jedni sączą delikatne drinki, drudzy czekają na wykwintne dania, jeszcze inni kończą posiłek. Nad głowami oczekujących drga zniecierpliwione powietrze, leniwie unosi się dym z palonych papierosów i cygar. Słychać szczęk sztućców, akompaniujący półszeptanym rozmowom. Sala bankietowo-koncertowa kasyna The Sands mieni się refleksami diamentowej biżuterii wytwornych dam. Światło powoli przygasa, a wzrok oczekujących zwraca się w kierunku sceny. Najpierw krótka zapowiedź konferansjera, a potem dystyngowane oklaski. Ze sceny rozbrzmiewa pięćdziesięciojednoletni głos, który swym brzmieniem otula kasyno i mieszkania milionów ludzi na całym świecie. Za chwilę widać już jego cielesny kształt, ubrany w drogi garnitur, z muchą pod szyją. Wszyscy już wiedzą, że w tej chwili najważniejszy jest dźwięk. Rozpoczyna się jeden z najlepszych koncertów człowieka, który tworzył i śpiewał przez osiem dekad. Rozpoczyna się koncert „Sinatra at the Sands”.

Kiedy jako nastolatek przesiąknięty wulgarną i pretensjonalną formą muzyki, określoną mianem „muzyki współczesnej”, po raz pierwszy spotkałem się z jazzowo-swingującą twórczością Franka Sinatry, poczułem, że to jest to! Przez tych kilka lat od pierwszego spotkania stworzyłem prywatną, już prawie kompletną dyskografię tego artysty. Jestem całkowicie pewien, że trzymam w ręku jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą, płytę Franka (po tylu latach już chyba mogę zwracać się do niego po imieniu, prawda?).

Jest to typowe nagranie koncertowe, ze wszystkimi jego niedoskonałościami, które pozwalają słuchaczowi przenieść się w lata 60 do The Sands w Las Vegas. W tle, poza głosem Sinatry i orkiestrą, słychać brawa, odgłosy obijających się o siebie talerzy, toasty, śmiechy i ciche rozmowy gości. Artystę wspierają William „Count” Basie i jego Big Band, którzy grają w specyficznym stylu – Kansas City Jazz Style. Według większości fanów Franka lata sześćdziesiąte XX wieku były okresem, w którym piosenkarz uzyskał najlepsze brzmienie głosu. Być może pomogło mu w tym rozwiązanie wielu problemów, między innymi finansowych, choć oczywiście nie tylko… Jednym zdaniem – był to pod każdym względem złoty okres twórczości Franka Sinatry, a my, dzięki nagraniu, możemy w nim uczestniczyć.

Płyta zawiera 22 utwory, w tym dwa monologi i linię muzyczną. Zatem znajduje się tu 19 piosenek, a raczej przebojów, które do dziś są śpiewane przez choćby Michaela Bublé. Ze znanych każdemu kawałków warto wymienić Come Fly With Me, I’ve Got You Under My Skin, Fly Me To The Moon, You Make Me Feel So Young. Wszystkie piosenki wykonane są perfekcyjnie w swingująco-jazzowym stylu.

Jakże wyraźnie słychać porozumienie między piosenkarzem a Big Bandem, porozumienie wynikające z wielodniowych, wspólnych prób przed koncertem. Sinatra był perfekcjonistą, jeżeli jakaś nuta była zagrana w złym miejscu, cała piosenka była ćwiczona raz jeszcze. To po prostu słychać.

Niepowtarzalny charakter koncertom Sinatry nadają teksty piosenek, które za każdym razem odrobinę zmieniał. Dzięki temu charyzmatycznemu zabiegowi goście często wybuchali śmiechem. Trans wywołany brzmieniem swojego głosu przerywa autoironicznymi dialogami, najczęściej o piciu alkoholu, trzymając w ręku szklankę Jacka Daniels’a. Kwestie mówione wypowiadane są szybko, jakby od niechcenia, niechlujnie. W piosenkach natomiast słychać nienaganną, perfekcyjną dykcję. Ten element był poddawany codziennym, mozolnym treningom – stąd, chciałoby się powiedzieć, wokal idealny. Po usłyszeniu tego kontrastu każdy zrozumie, jak Sinatra traktował śpiew, jaki ma stosunek do słuchacza, który dzięki niemu czuje się szczególnie ważny. Koncert zapisany techniką połowy lat sześćdziesiątych do tej pory nie został poddany obróbce komputerowej. To kolejny dowód na to, że jest to pod każdym względem perfekcyjny popis piosenkarza i orkiestry. Warto wydać 60 złotych, żeby „usłyszeć to na własne uszy”, żeby poczuć się wyjątkowo.

Ta płyta jest idealną odskocznią od tandety dzisiejszej muzyki i jej równie tandetnej festyniarskiej otoczki. Wyobraźmy sobie, że na scenie nie ma migających różnokolorowych świateł, nie ma błyszczących kreacji ani strojów, nie ma żadnej choreografii, nie ma dymu, nie ma fajerwerków i wybuchów. Stoi tam samotny facet w garniturze, z kapeluszem na głowie, trzyma w ręku mikrofon i śpiewa. Samym brzmieniem swojego głosu potrafi wprowadzić słuchaczy w stan niezwykłej ekscytacji.

Ta niepowtarzalna płyta może tylko zachęcić do poznania pełnej subtelności i wysmakowanej twórczości Franka Sinatry. Posłuchać jej, to znaleźć się o krok od doskonałości. Doskonałością byłoby zobaczyć koncert „Sinatra at the Sands” na żywo.

Adrian Grądzki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *