Niewinni Czarodzieje. Magazyn

Współopowieść powojenna – szczeciński spleen i warszawski karnawał

Ilustracja: Łucja Stachurska

„Przeszłość skończy się wtedy, gdy zaczniemy o niej normalnie rozmawiać” – głosi napis nieznanego autorstwa na ścianie szczecińskiej OFF Mariny. Historia mojego miasta zaczęła się tuż po wojnie i to właśnie o tym okresie chciałabym porozmawiać. Dlaczego? Wciąż mam wrażenie, że coś o nim przemilczamy pomimo istnienia wielu opowieści na jego temat.

Jak rozpocząć rozmowę, która obejmuje przecież kilka pokoleń oraz nieskończenie wiele miejsc i perspektyw? Jedyne wyjście to spróbować stworzyć, w miarę możliwości, jakąś wspólną opowieść. I nie mam tu na myśli czegoś na wzór wielkiej narracji, która by doktrynalnie zinterpretowała dla nas doświadczenia tego czasu. Zdecydowanie nie – chodzi mi o odnalezienie w obcych sobie narracjach pierwiastka wspólnego, chociaż jednego wspólnego doświadczenia. O proste rozpoznanie, którego przecież niejednokrotnie szukamy w literaturze, że ktoś przeżył albo czuje coś podobnego. Dla tej opowieści punktem wspólnym będzie doświadczenie straty.

W Szczecinie krąży opowieść, prawie legenda, o tym jak zabrano nam „nasze cegły”, rozebrano Teatr Miejski i wywieziono pomniki. Jest to jedna z tych historii, którą po prostu się zna, jeśli tak jak ja urodziło się w Szczecinie – nawet dziś, zupełnie współcześnie. To budowanie obrazu rodzinnego miasta jako miejsca, któremu coś odebrano. Wiąże się to oczywiście ze szczególnymi emocjami: poczuciem krzywdy, poczuciem drugorzędności i smutkiem. I choć powojenny kontekst historyczny jest zrozumiały (wśród pierwszych osadników panowało przekonanie, że ziemie te zaraz i tak zostaną zwrócone Niemcom, więc trzeba wycisnąć z nich tyle, ile się da), to ten jakby kolonizacyjny akt przemocy wobec miasta, który rozpoczął jego polską historię, wpisał się nieodwracalnie w jego strukturę: zarówno architektoniczną, jak i symboliczną. I to właśnie takie ujęcie szczecińskiego początku odtwarza Inga Iwasiów w swojej powieści Bambino:

Resztki murów, raczej niechciane, niezechciane przez innych, wyszczerbione cegły i rozdrapany dobytek. Ktoś tu może i był, ale się zmył, uciekł albo odjechał. Narzędzia, których ktoś nie wziął, bo miał lepsze. Albo miasteczko, może miasto. Przed wojną miało te swoje 100 tysięcy, dobije i więcej, teraz skruszone jakimś prawie od niechcenia ostrzałem, małym nalotem? Nawet niezburzone porządnie, jak przystało na poniemieckie – systematycznie[1].

„Niezechciane” miasto wydaje się niezwykle trafnym opisem powojennych początków. Grabieże, ogromna przestępczość, zajmowanie opuszczonych poniemieckich mieszkań, przede wszystkim walka o przeżycie. Na początku nikt nie wierzył w to, że można zatrzymać się w tym mieście na dłużej. Kiedy jednak do Szczecina przybywają bohaterowie powieści Iwasiów, jest on już oznaczony inaczej: jako miejsce, w którym „(tak niektórzy mówią) można coś zaczynać od nowa”. Stwarza iluzję ziemi niczyjej, ahistorycznej, na której żadna ulica i żadne miejsce nic nie znaczą – są za to otwarte na budowanie nowych znaczeń. Liczyć się będzie tylko to, co Polacy przybywający z różnych stron świata dopiero stworzą. Łatwo można wpisać tę opowieść w ramy narracji o bohaterskich pionierach (może częściowo już wpisano, w końcu mamy w Szczecinie most im. Pionierów Miasta Szczecina), którzy przybywają zasiedlać nowe tereny i dzięki temu osiągają sukces: ekonomiczny i symboliczny („przywrócenia” polskości Ziemiom Odzyskanym). Iwasiów jednak nie pozwala swojej powieści na potoczenie się w takim kierunku: nadzieja na nowy początek szybko się wyczerpuje i na pierwszy plan w życiu każdego z bohaterów nieuchronnie wysuwa się przeszłość.

Zalążek klęski powstał po drodze, w przedhistoriach, w ich dochodzeniu do miasta, w którym żyją. W bagażu nieszczęścia, w utracie, na jakiej mieli budować. Nie dali rady, zagadany czymś innym smutek podszedł im pod gardła. Szmaty, graciarnia, odpadki wypełzły spod łóżek. Powiewy wiatru, muśnięcia herbacianej pary, słodycz ciastek ulotniły się, nie zostawiając dość wyraźnego śladu.

Nie byłoby w tym niczego interesującego, gdyby nie fakt, że smutek wraz z kłamstwami na jego temat dostały w dziedzictwie dzieci. Przetoczony w ich krwiobieg, zamaskowany legendami o pięknie ziemi utraconej i pięknie zdobywania nowej, zatruwa kolejne pokolenie. Pocieszenia nie nazwane pocieszeniami są znieczuleniem dawkowanym przez wampira. Czym jest szary smutek?[2]

Obrazowy „bagaż nieszczęścia”, z którym każdy przybył do miasta, jest kluczem do zrozumienia tej opowieści. To bardzo proste, może nawet banalne: od przeszłości nie da się uciec. Nawet jeśli rozbierze się budynki, wywiezie cegły i zmieni nazwy ulic i imiona patronów, to brak będzie widoczny, a nowe nazwy – obce. W przypadku jednostek nieważne, ile nowych relacji się zbuduje, ile nowych rzeczy osiągnie, zagadany smutek i tak w końcu podejdzie pod gardło. I to właśnie dziedziczność tego smutku jest wyróżniającym doświadczeniem dla mieszkańców Szczecina. To szczeciński spleen, jak nazywa to odczucie Iwasiów w jednym z wywiadów[3].

***

Druga opowieść rozpoczyna się dzięki tym samym cegłom, których brak tak mocno wpisał się w strukturę Szczecina – bo to między innymi z tych cegieł odbudowywana jest po wojnie Warszawa.

(…) warszawiacy wdychali wtedy cztery cegły rocznie. Warszawiacy oddychali budową – nie była to metafora, lecz ciężka, zakurzona, ceglana i pylista prawda. Trzeba zaś bardzo kochać swe miasto, by odbudowywać je za cenę własnego oddechu. (…) warszawiacy powołali ją do życia, tchnąwszy w jej ceglane ciało swój własny, gorący oddech[4].

To oczywiście fragment Złego Leopolda Tyrmanda, chyba najbardziej rozpoznawalnej, sfabularyzowanej opowieści o odbudowie (i nie tylko) Warszawy. Zły to książka absolutnie kultowa, w pełni wypowiadająca odczucia jej pierwszych czytelników[5]. Miała ona, i chyba nadal ma, niezwykłą moc oddziaływania, o czym najlepiej świadczą jej liczne wznowienia. Jakiego rodzaju jest to opowieść? Z pewnością o sukcesie – to zwycięski mit odbudowy, opowieść z happy endem, historia o podniesieniu się całego miasta z gruzów. Jest wzniosła, patetyczna, pełna życia i, co niekoniecznie kojarzy nam się z tym okresem, pełna koloru. Warszawa, której to dedykowana jest książka, jest właściwie główną bohaterką. Częstą praktyką narratora jest wyrażenie czystego, niezwiązanego z fabułą zachwytu nad miastem. Pojawiają się zatem inwokacje do warszawskich intonacji, warszawskich bram, warszawskich bazarów. Każdy przedmiot i zjawisko są w Warszawie wyjątkowe i właśnie warszawskie (nawet wiosna). Każda rzecz, a nawet każda nazwa i nazwisko, jest u Tyrmanda naładowana znaczeniem: nawet na samym początku powieści wymienione zostają osoby, które stykały się ze ZŁYM i miejsca, w których do spotkań dochodziło. Ludzie i miejsca współtworzą unikatowy koloryt warszawskości, który znamy właśnie dzięki Tyrmandowi. Aż chciałoby się takie przedstawienie rzeczywistości nazwać karnawałowym za Marcinem Kowalczykiem[6]. W podobnie radosnym tonie interpretuje Złego sama Iwasiów: zakończenie powieści daje nadzieję, jest wyrazem żywotności, zagadki samego życia trwającego niejako wbrew wszystkiemu oraz ostatecznym zwycięstwem ZŁEGO – Henryka Nowaka – ze złem warszawskiego półświatka[7]. Wspomniany karnawał ma w sobie pewną dwoistość: oprócz koloru i zabawy jest także maskaradą, czyli okazją, żeby coś ukryć.

Brzmi to jak opowieść możliwie najbardziej nieprzystająca do szczecińskiego spleenu, bo jak pogodzić kolor przebijający z opowieści Tyrmanda z szarym smutkiem opowieści Iwasiów? Według mnie jest to możliwe, a słowem wspólnym jest właśnie strata.

Jeżeli u Iwasiów to rozpoznanie straty (rozumianej maksymalnie szeroko – od straty miejsc, przez przedmioty, po bliskich) jest najważniejszym, wręcz fundamentalnym doświadczeniem, to u Tyrmanda strata jest zamaskowana nieustannym opowiadaniem o miejscach i rzeczach. Jest to swego rodzaju walka o ocalenie dawnej, przedwojennej Warszawy. A razem z nią zapewne wszystkiego, co podczas wojny utracono. Walka ta jest w świecie materialnym skazana oczywiście na porażkę – ocalenie możliwe jest jedynie na kartach powieści, ale to za mało, bo niestety fikcja literacka nigdy nie wypełni braku odczuwanego w samym życiu. Takie spojrzenie na Złego wywołuje smutek – smutek chyba mocno dzisiejszy, bo przecież wciąż opowiadamy sobie historię o odbudowie Warszawy, tak jak w Szczecinie opowiada się historię o wywózce cegieł. I nagle szczeciński spleen z powodzeniem może rozciągać się także na inne miejsca.

Strata nienazwana i niewypowiedziana jest niebezpieczna, o czym ostrzegał nas już Freud. Natomiast strata obudowana romantyzującą, sentymentalną narracją jest tym niebezpieczniejsza, bo dostajemy ją w spadku razem z całym bagażem kłamstw na jej temat. I wtedy nawet nie wiemy – bo nie zawsze pamiętamy – że tym, co kryje się pod opowieścią, jest trauma. U Iwasiów – przeżywana, u Tyrmanda – zagłuszana.

Marta Sadurska

 

[1] I. Iwasiów, Bambino, Warszawa 2008, s. 11.

[2] Tamże, s. 317.

[3] Inga Iwasiów: Bar Bambino i smutek PRL-u, „Gazeta Wyborcza” 2009, https://wyborcza.pl/1,75410,7072483,Inga_Iwasiow__Bar_Bambino_i_smutek_PRL_u.html?token=Jdg3KyGbhb1gEI_zLNTnpbRYEeeitNdB1tnP4aRgVpU, dostęp: luty 2021.

[4] L. Tyrmand, Zły, Warszawa 1993, s. 554.

[5] Por. R. Przybylski, O tym jak Leopold Tyrmand wałęsał się w świecie kultury popularnej, Poznań 1998.

[6] Por. M. Kowalczyk, Tyrmand karnawałowy, Kraków 2008.

[7] I. Iwasiów, Opowieść i milczenie. O prozie Leopolda Tyrmanda, Szczecin 2000, s. 127.

Exit mobile version