Światło jest wyznacznikiem bezpieczeństwa. To, co oświetlone, staje się oswojone, a przez to mniej niebezpieczne. U Kulikowskiej świeci to wszystko, co wiąże się z autobiograficznym ciężarem: lek na depresję, trauma, pamięć matki, ciocia z Ameryki. Z tym że nie jest to przyjemna poświata wydobywająca się spod abażuru, a raczej ostry blask latarki policyjnej wycelowanej w twarz przesłuchiwanego.
Z nagłych rozbłysków pamięci ukazują się sceny uchwycone jak na kliszy. Liryka Kulikowskiej jest rozproszona. Najróżniejsze flashbacki układają się w osobliwą biografię i studium przemocy.
Wpierw świeci Trittico, lek przepisywany pacjentom ze zdiagnozowanymi stanami depresyjnymi. To on właśnie jest okienkiem do osobistego doświadczenia. Od niego zaczyna się podróż w głąb przeszłości. Jaskrawo żółty słonecznik wydrukowany na pudełku Trittico, nie daje zapomnieć o własnej genezie. Jest jak paranormalne światło wyrywające z dnia codziennego, by „sprzedać traumę soczystą jak brzoskwinka” (trittico świeciło najjaśniej).
To światło wychodzące z Trittico wpada w kalejdoskop, który przekręcamy z kolejnym wersem, strofą, kartką. By poznać kolejną migawkę, urywek życia naznaczonego bólem. Taki zbiór wątków pokazuje mechanizm działania pamięci, która przecież nie przechowuje narracji, ale pojedyncze sceny, między którymi szukamy połączeń.
Światło systemu
W koncepcji panoptykonu Michela Foucaulta uwięzieni mają mieć poczucie, że są ciągle obserwowani. Snop światła reflektora więziennego może być w każdej chwili skierowany na ich celę. Nieważne, czy wartownik faktycznie znajduje się na stanowisku – kluczowe jest wrażenie, że może być. Tak też w Gifcie… co raz światło wartownicze pada na osobę mówiącą, utrzymując ją w napięciu. Reflektor jest obsługiwany przez ojca, matkę, ziemię rodzinną, genetykę, stylistykę etc. Doświadczenie nadzoru i uwikłania w opresyjnym systemie nie jest zresztą jednostkowe. Wyraźnie zarysowuje się tu przynależność do niezamierzonej wspólnoty. Dowodem jest dedykacja tomiku: „dla siebie i innych jednostek dyspozycyjnych”, ale też wiersze takie jak równo?: „albo byliśmy rybami / rzeka systemem / albo: nie mieliśmy dłoni / by wskazać palcem”.
System jest światełkiem nadziei, ale złudnej, przynoszącej jedynie rozczarowanie, gdy znowu trzeba się przekonywać, że: „ten mechanizm / musi działać, jest świątecznym życzeniem, / o bożym światełku, podesłanym przez ciotkę” (ten mechanizm). Za każdym razem okazuje się wciąż tym samym, czyli: „latarką policyjną jebiącą po oczach, / smrodem pochodzenia, jak z obory, / w której stoją krowy mojego ojca, / racą odpaloną na meczu w Białym, / ich nowym stadionem przy ul. Słonecznej / jeden” (ten mechanizm). Prawdziwe światło systemu nie jest lampką choinkową, ale oślepiającym blaskiem. Jak może być inaczej, gdy „na ulicy w dzień jasny jak flara” „spuszczano wpierdol jeszcze przed marszem”? (ten mechanizm) Obiecywane światło systemu to w światło przemocy – tej wielkiej, instytucjonalnej: „na ulicy, w dzień jasny jak flara, / słońce, reflektor, czy dowolnie / dobrane porównanie – jak język, / zależne od ciosów i miejsca” (ten mechanizm) i tej małej, w domowym zaciszu: „skórzany pas czy mokry kabel? / uderzyć tyle razy, aż cios rozmyje granicę / między: nagrodą a karą” (albo).
Osoba mówiąca kładzie nacisk na rozróżnienie „my i oni”. Na ofiary systemu i jego beneficjentów. Nie satysfakcjonuje jej także fasadowe bratanie się „ich” z „nami”, gdy o „naszych” problemach mówią z wysokości katedry uniwersyteckiej: „to jak skandować w imieniu klasy robotniczej / wykładać na UJ-ocie, nie znając się / z robolami” (to). Rezonuje to silnie z zdobywającym coraz większą popularność nurtem ludowym w polskiej literaturze. Gift… mówi, że historię systemowej przemocy należy zostawić tym, którzy jej realnie doświadczyli. Traumatyczna przeszłość ludowa, robotnicza, prowincjonalna czy inna opowieść o wykluczeniu nie może stać się jedynie tematem akademickiej dywagacji czy refleksji intelektualnej. Takie podejście drwiąco opisuje i dla was: „wam: pisklęta, córki profesorów, / rozgryźcie etymologię: / cierpieć”. Gdyby chcieć sparafrazować tę część giftu, można by powiedzieć: “nie rozmawiajcie o nas, jeżeli nie chcecie nam realnie pomóc”. O tym jest też gdybym była waszym dzieckiem gdzie prawdziwym „smrodem” nie jest mocz bezdomnego ale bezczynność klasy uprzywilejowanej względem takich jak bezdomni – wykluczonych.
Kulikowska kieruje światło oskarżenia na system, którego ucieleśnieniem jest „grajewska prokuratura rejonowa”, bo dla niego „jesteśmy liczbą i przedawnieniem. / (to nie jest wiersz, lecz akt oskarżenia. / to nie jest wiersz, lecz wyrok)” (grajewskiej prokuraturze rejonowej). Wątek klasowy zazębia się z autobiograficznym bo to właśnie przynależność do klasy zmarginalizowanej utrudnia wyrwanie się z „podlaskiego zadupia”. Jak w wierszu albo: „istnieje (jedynie) możliwość manewru / zależna od kasty”. Oskarżany jest zatem system, w którym szczytem możliwości dla takich jak podmiotka jest praca w fabryce płyt PCV w Grajewie bądź emigracja gdzie raz jeszcze powraca światło, które potrafi “wypierdolić za daleko” (gift. z Podlasia 1.4 [internetowy słownik języka polskiego podaje 214 synonimów dla słowa beztroska]).
Światło pochodzenia
Zmaganie z własną przeszłością jest jedną z osi tematycznych całego tomiku. Już jego tytuł wskazuje na fundamentalny charakter tego, co odziedziczone, czyli owego „giftu”. Niechcianego prezentu, który ciągle uwiera i nie daje o sobie zapomnieć. Z tej przeszłości świecą różne postaci – ciotka z USA, która „lśni jak neon”, a więc sztucznie. Ponownie nie jest to światło, którego się oczekuje, ciepłe i dające poczucie bezpieczeństwa. To jak mgliste marzenie o świecie lepszym od „zadupia”, który na końcu raz jeszcze zostawia rozczarowanie. Jego blask to symbol kapitalizmu, tak ściśle powiązanego z systemem – czy też zwyczajnie jedna z jego funkcji. Mimo, że piękny, to wciąż obcy, nienaturalny. Pociągający jak „kwasowy papierek”, ale ostatecznie musi skończyć się zjazdem.
W retrospektywnej narracji rozbłyska co chwilę partia ojca, religia matki, ziemia przodków. To co powinno być światłem przewodnim, nie spełnia swojej funkcji –- przeciwnie, jest źródłem stłamszenia, składa się tym samym na figurę podmiotki jako światełka na grobie. Ta pamięć o traumie jest obezwładniająca. Na tyle silna, że przyćmiewa Trittico, które miało „świecić najjaśniej”, tymczasem „od trittico jaśniej świeciła matka”. Tak jasno, że rozgrzewa i pali styki przeciążone bolesnym wspomnieniem.
Nawet gdy światło przeszłości nie jest tak mocne to nigdy nie znika na stałe. Zawsze towarzyszy i przeplata się z życiem: „miga mi trauma jak światełko mijania” (trittico świeciło najjaśniej). Co chwilę wraca i przyćmiewa drogę, jak światła samochodu gasnące w nocnej podróży.
Jedno ze świateł ma źródło inne niż wszystkie. Jest nim sama podmiotka, która w otwierającym utworze mówi:
będę światełkiem wytwórni kink.com
gwiazdą zaranną, elektryczną lampką,
którą matka postawi na twoim grobie.
niech miga i świeci – powtarzam:
sprzedać traumę soczystą jak brzoskwinka,
sprzedać traumę pulchną jak brzuszek
Rozświetlając samą siebie dokonuje zarazem prześwietlenia tych traum, które ze sobą niesie. Nie dlatego by szokować przemocą i bólem, ale by przez tą ekspozycję skonfrontować się z „giftem”. Światło, które w większości tomiku ma negatywny charakter, w tym kontekście zyskuje odcień pozytywny. Być może tylko naświetlenie traumy, wyciągnięcie jej z cienia jest sposobem by spróbować się z nią zmierzyć. W końcu „jak opisałbyś prawdę, bez skanu / prześwietlenia prawej ręki?” (gdybym była elegią).
Światło rozproszone
Wiązka światła przepuszczona przez pryzmat rozszczepia się na wiele fragmentów składowych. Podobnie jest z osobą wierszy Kulikowskiej. W zderzeniu z własną biografią rozpada się na wiele głosów, które pozostają w dialogu przez cały czas. Wystarczy spojrzeć na otwierający tomik mini cykl pięciu utworów, których tytuły to kolejno: trittico świeciło najjaśniej, kłamiesz od trittico jaśniej świeciła matka, albo matka i trittico świeciły równie jasno, albo jednak nie, równo?. Z tej polifoniczności można wyczytać wewnętrzną sprzeczność co do wspomnień. Raz jeszcze zabiegi poetyckie starają się odwzorować mechanizm pamięci. Mam na myśli te chwile, gdy coraz większe zagłębianie się w przeszłość powoduje przypominanie sobie kolejnych faktów i przez to zadawanie pytania: „jak to naprawdę było?”. Na tak zadane pytanie nie ma odpowiedzi. Przynajmniej nie w gifcie…. Tutaj padają jedynie kolejne flashbacki, sceny nakładają się na siebie i raz jeszcze każą wrócić do figury kalejdoskopu, w którym wiemy, że na coś patrzymy. Możemy nazwać fragmenty tego, co widzimy, ale trudno opisać całość obrazu. Tak jak pamięć, mieszcząca kombinację faktów, emocji, refleksji i zmyśleń.
Podobnie jak „rzeczy rozkwitają z drobnych skurwysyństw” (gift. z Podlasia 1.2) tak gift… rozkwita ze światła odbijającego się od kolejnych wersów. Światła, które ujawnia rozpacz „czystą i ostrą, jak klinga nożyka” (gdybym była elegią). W tym snopie blasku widać wszelkie składowe traumy. Jak aktor na rozświetlonej scenie. Pod światłem nie ma już nic do ukrycia. To jednak nie znaczy, że cokolwiek w tej poezji zostaje domknięte. Kulikowska nie szuka pointy. To liryka pytań zamiast odpowiedzi. To co niezmienne to ciąg powidoków, klisz i błysków. Nieprzerwanej eksploracji i prób ujęcia w słowa tego co zalega pod warstwą żalu.
Ilustracja: Zofia Komarowska
