
Górskie zachwyty, strachy i imaginacje na przykładzie Antoniego Malczewskiego wspomnień z wyprawy na Mont Blanc oraz Kordiana Juliusza Słowackiego
Dowodził [Rymkiewicz] (…), że romantyk ani nie może, ani nie powinien żyć długo, ponieważ w stylu jest jakaś „zasada śmiercionośna”. Niezupełnie się z nim zgadzam. Sądzę, że owo młode umieranie romantyków płynęło raczej z nadmiaru, z pasji życia niż z umiłowania śmierci, i że nie należy mylić romantyków z modernistami. Romantyk żyje intensywniej, więc szybciej. I często szybciej spala swoje życie[1].
Poezja romantyczna znalazła wspaniałą trybunę dla siebie: niedostępne zwykłym śmiertelnikom ściany skalne[2].
Romantyk – według Piwińskiej – „często szybciej spala swoje życie”. Niewątpliwie spala je również wyżej – ponad zwykłymi śmiertelnikami. I choć na myśl przywodzi to głównie konotacje bardzo podniosłe i z całą pewnością niedosłowne, to dowodów na takie stwierdzenie można szukać też bliżej ziemi, lecz nadal wysoko. Bohaterom dzieł doby romantyzmu, a często i samym poetom, miejscem godnym ucieczki od świata wydały się góry.
Jeśli góry zatem (dodatkowo w wydaniu romantycznym!), to wędrówka z całą pewnością nie może być przypadkowa. Niejasna – owszem. Skomplikowana – jak najbardziej. Ale nie przypadkowa. Przestrzeń przedstawioną powinno się przecież „«zaprosić», w pewien sposób wywołać po imieniu”[3]. Należałoby przeanalizować ją podwójnie: jako byt fizyczny i symboliczny zarazem. Ten pierwszy wiąże się z naturalną, pierwotną wręcz, potrzebą ludzką – pozostawiania po sobie jakichś śladów, komunikatów[4]. I tu można zadać sobie pytanie, do kogo wspomniane komunikaty są kierowane; ich nadawanie zakłada w końcu istnienie jakiegoś odbiorcy. Przestrzeń rozumiana symbolicznie jest z kolei „koncentryczna, zamykająca się wokół wyróżnionego punktu centralnego – wokół własnego środka, odpowiednio przy tym orientowana i kwalifikowana”[5]. Więcej nawet – „w rozumieniu symbolicznym wszystkie rozróżnialne geograficznie środki są przy tym jednym i tym samym Środkiem, Centrum miasta, kraju, kosmosu”[6]. Miejscem szczególnym dla romantyków staje się wobec tego choćby Mont Blanc, góra jedna z wielu, ale z pewnością wyjątkowa, która sama w sobie tworzy mikrokosmos i jednocześnie jest centrum makrokosmosu. Czyżby jej zdobywca był zatem bogiem? Za Eliadem:
Góra jest najbliższa nieba i fakt ten nadaje jej podwójną sakralność: z jednej strony góra partycypuje w przestrzennej symbolice transcendencji („wysokie”, „pionowe”, „najwyższe” itp.), a z drugiej strony jest ona w najwyższym stopniu zastrzeżona dla hierofanii atmosferycznych i wobec tego jest siedzibą bogów. Wszystkie mitologie znają świętą górę, jakiś Olimp grecki w różnych wariantach. Wszyscy niebiańscy bogowie mają na wzgórzach miejsce zastrzeżone dla swego kultu[7].
Sprawa wydaje się więc prosta – jeśli górę uznać by za świętą, to (choćby chwilowo) zdobywca jej szczytu również takim się staje. Świętym, którego nie czci nikt prócz niego samego. Świętym, który zdobywa miejsce święte lub, jak w przypadku romantyków, niejednokrotnie przeklęte. A więc może nie święty jednak, lecz właśnie przeklęty i wygnany? Może droga wzwyż nie prowadzi do optymistycznie rozumianego poznania, choć takie zwykle nasuwa skojarzenia. Być może wspinaczka już na wstępie zakłada nieuchronny upadek. Niewykluczone, że dopiero zejście (czy też zlot[8]) ze szczytu pozwala wędrowcowi dojrzeć. Co jednak, jeśli postać nie podróżuje w ścisłym znaczeniu tego słowa? Wędrówka nie zawsze przebiega w sposób linearny, czas niekiedy się rozmywa. Wydarzenia z życia bohatera mogą być zatem punktami w jego życiorysie i… tworzyć go bez rzeczywistości zaistniałej pomiędzy nimi. Zupełnie jakby zaginiona przestrzeń, a ściślej: czasoprzestrzeń, tak naprawdę nie stanowiła żadnego bytu. W takich okolicznościach na szczycie Mont Blanc pojawia się Kordian Słowackiego. Pojawia się – w gruncie rzeczy to zbyt wiele powiedziane, on tam po prostu jest. Inną zupełnie drogę postaci zaobserwujemy w przypadku Antoniego Malczewskiego, inną wędrówkę zaprezentują nam poeci europejscy. Alpy każdemu wydadzą się inne: wprawią w podziw lub zwykłe osłupienie, zniszczą postać lub zmotywują ją do działania. Ważne jest to, że ze szczytów nikt nie powraca niezmieniony. Ale i w tym tkwi kwintesencja romantyzmu. Tym dobitniej zaznacza się życie wybitnych.
I
„I niejeden całe życie nie wie, że już był na szczycie”[9] – Antoni Malczewski?
Malczewski w gronie tych, którzy pisali o Alpach, zajmuje miejsce wyjątkowe. Wejść na wyżyny postanowił w całej dosłowności, a szczyt zdobył niebagatelny – samo Mont Blanc. I choć całego poematu (ba – wiersza nawet!) osiągnięciu temu nie poświęcił, to opis jego doznań choć w części poznamy dzięki listowi do profesora Picteta[10] z roku 1818 – korespondencji zarazem dość formalnej i pełnej wyznań na wskroś poetyckich.
Zanim jednak sam list, warto zastanowić się: dlaczego góry? I czemu akurat góra najwyższa? (z tych europejskich oczywiście). Według Dernałowicz powody były trzy[11]: pragnienie Malczewskiego, żeby doświadczyć siebie oraz swoich sił w tym, co nieznane, chęć zaobserwowania jednego z piękniejszych europejskich krajobrazów z perspektywy innej niż dotychczas oraz wyjście Manfreda spod pióra Byrona. Znajdziemy też i takie wyjaśnienie jego motywacji:
Malczewski, który odbywał podróż po Europie, zawitał latem 1818 r. do Genewy. Tu ujrzał Mont Blanc i wówczas powziął decyzję wejścia na szczyt. Nie zasłaniał się względami naukowymi, nie wysuwał też na pierwszy plan czynników estetycznych. W opisie swojej wyprawy stwierdził bez ogródek, że na szczyt pchnęły go „ciekawość i pochlebna chęć dokonania tych rzeczy, których na co dzień dopełnić nie można”. Stwierdzeniem tym wybiegł on na wiele lat naprzód przed pokolenia, które o ileż później zapoczątkowały taternictwo[12].
Co ciekawe, redaktor „Taternika” (wydanie pochodzi sprzed ponad czterdziestu czterech lat) zbagatelizował estetyczne pobudki Malczewskiego. Według mnie były one z kolei czynnikiem dość istotnym – co nieraz pozostawało romantykom, jeśli nie właśnie sama estetyka? Jak na dłoni widać to zresztą w samym liście do Picteta. Oczywiste zdaje się natomiast, że nie była to motywacja wiodąca. Nie zgodzę się do końca również z tym, jakoby podróżnikowi towarzyszyła chęć „doświadczenia siebie (…) w nieznanym”[13]. Stwierdzenie uznam za w pełni trafne, jeśli owym „nieznanym” ochrzcić nie samo towarzystwo gór i scenerię odległą polskim łąkom i lasom, lecz to, co nieodkryte zostało w samym wnętrzu pisarza. Obcość Alp (w znacznej mierze i w niedługim czasie zresztą przezwyciężona) to niewiele znaczący dodatek. Jeśli chodziłoby mu o samą zmianę otoczenia, w podobny sposób tłumaczyć można by jego coraz to nowe związki. Czucie i wiara nakazują domyślać się, że Antoni pragnął co prawda nowych podniet, ale nie w dosłowny sposób – chciał coś poczuć: jeśli nawet nie związek bliźniaczych dusz, to życie w całej jego pełni. W końcu: „osobowość podróży (i relacji) Malczewskiego polega na jej głęboko duchowym wymiarze”[14]. Młody literat na pewno intensywnie szukał wrażeń. I choć może wydawać się to zabawne, jeśli mamy w myślach jego zawody miłosne, pojedynek z Błędowskim i życie w umundurowaniu pełne przygód, to samemu pisarzowi do śmiechu z pewnością nie było. Jego sytuację w pewnej chwili można przyrównać do tej wywołanej przez Musseta:
Ludzkość pogrążona w letargu zdała się martwą tym, którzy obmacywali jej puls. Tak jak ów żołnierz, którego zapytano niegdyś: „W co wierzysz?” i który pierwszy odpowiedział: „W siebie”; tak samo młodzież francuska, słysząc to pytanie, pierwsza odpowiadała: „W nic”[15].
Malczewski w tej konfiguracji wydaje się i przedstawicielem młodzieży (polskiej co prawda), i żołnierzem jednocześnie – tym godniejsza zlitowania się nad nią jest jego dola:
Przyjazny literaturze los oszczędził mu wyprawy na Wschód, Smoleńska, Możajska, pożaru Moskwy, przeprawy przez Berezynę – być może oszczędził mu śmierci. Ale tego Malczewski, leżący z obwiązaną nogą w swojej kwaterze, wiedzieć nie mógł. Świeżo upieczony porucznik artylerii – wyobraźmy go sobie! – musiał pięści gryźć ze wściekłości. Przeklęty koń! Przeklęty pomysł! Czuł się odsunięty, zepchnięty na boczny tor. Rozbić nogę w takiej chwili! Nieodwracalnej, jedynej[16].
I choć los pozwolił mu jeszcze później sprawdzić się w obowiązkach wojskowych, to takiego nieszczęścia poeta łatwo przyjąć nie mógł. Tym bardziej bolały przyczyny jego niedyspozycji – dwukrotnie zraniona kostka: postrzelił go w nią (w sławnym do dziś pojedynku) Błędowski, następnie tę samą stopę „zgruchotał jeźdźcowi” koń wystraszony głośnymi oklaskami. Nie dziwi zatem, że Malczewski pragnął z całych sił zdobyć się na coś wyjątkowego. O wyprawie na Mont Blanc prawdopodobnie nie mógł jeszcze wtedy myśleć, ale zdarzenia z młodzieńczych lat niewątpliwie wpłynęły na jego późniejszą postawę.
Skoro wiadomo już, co przede wszystkim mogło skierować pisarza w góry (o związkach Alp w utworach romantycznych z Manfredem wspomnę później), warto przyjrzeć się temu bliżej już w samym liście. Na wstępie kilka faktów: Antoni Malczewski zdobył szczyt Mont Blanc 4 sierpnia 1818 roku. Towarzyszyło mu jedenastu przewodników – wśród nich Jacques Balmat. I tu pojawia się oczywisty problem – „romantyzm to działalność indywidualna, a sport nowoczesny to działalność masowa”[17]. Problem jak z rewolucji francuskiej! Tłum czy jednostka? Malczewski wielkiego wyboru nie miał – mógł wyruszyć samotnie i niechybnie zginąć – tego jednak nie chciał. Podróż była komunikatem – od niego, do niego samego i na jego temat, i nawet jedenastu towarzyszy nie mogło mu w tym przeszkodzić. Ale powróćmy znów do samego pragnienia zdobycia Białej Góry:
Na koniec podczas jednego pięknego wieczoru w lipcu tak mnie wspaniały widok Mont-Blanc zachwycił, żem postanowił przypatrzeć się mu z bliska. Nie będę opisywał Panu podróży mojej z Genewy do Chammouni, nie widziałem nic poza Mont-Blanc i pałałem niecierpliwością wstąpienia na jego wierzchołek[18].
Jak typowe to dla romantyka! Widzieć jeden tylko cel, gubić wszystkie myśli poza tą jedną, która napędza do życia, do działania, pozwala na chwilę zapomnieć o nudzie lub cierpieniu. Gubić myśli nie znaczy tracić je na zawsze. Nawet najpiękniejszy widok na to nie pozwala, a chyba i sam podróżnik nie chciałby stracić tej (może jedynej prawdziwej) cząstki siebie. Za Byronem:
Postanowiłem być zadowolony. Kocham Naturę i podziwiam Piękno. Dobrze znoszę zmęczenie, prywacje witam z ochotą, a widziałem jedne z najpiękniejszych widoków na świecie. Ale pośród tego wszystkiego – wspomnienie goryczy, a szczególnie niedawnych i bardziej osobistych smutków, które muszą mi towarzyszyć jeszcze całe życie, dokuczały mi tutaj. I ani muzyka pasterzy, ani łoskot lawiny, ani potok, ani góra, lodowiec, las czy obłok nie potrafiły nawet na chwilę zmniejszyć ciężaru przytłaczającego me serce i nie pozwoliły zapomnieć o nieszczęsnej mej osobie w obliczu majestatu, potęgi i chwały otaczającej nas wokół, będącej pode mną i nade mną[19].
Równie zadowolony postanowił być Malczewski: „Śmiejąc się i gawędząc zjedliśmy wieczerzę; powiadano mi wiele dziwnych rzeczy o tych górach”[20] – napisał. Dziwnych nie dziwnych – nie przeszkodziło to wędrującemu odnaleźć w górach spokój ducha, potrafił śmiać się i żartować wespół z innymi. Do czasu:
Widok był nadto niezwykły, bym mógł spokojnie zostawać na miejscu; wstałem więc i wdrapałem się na głaz niedaleko stamtąd leżący. Księżyc oświecał to wielkie pustkowie skał i lodowców, lecz nic oka zabawić ani umysłu uspokoić nie mogło; ludzie śpiący naokoło gasnącego już ognia zdawali się być przychodniami do krainy śmierci, by ulec nieuniknionemu losowi zapowiadanemu przez wiszące im nad głową bryły lodu i śniegu[21].
I oto potwierdza się teza mówiąca o duchowym charakterze podróży Malczewskiego. Jakkolwiek by to brzmiało, on po prostu widział więcej. Wędrujący znów nie był w stanie ustać w miejscu – zupełnie tak, jakby dopiero w ruchu mógł naprawdę żyć[22]. Tym ważniejsza zdaje się ta potrzeba w obliczu wciąż towarzyszącej mu śmierci – gasł ogień, a wraz z nim jakby gasły ludzkie życia. Śpiący stali się w jego oczach „przychodniami do krainy śmierci” – czy też pochodniami oświetlającymi mu cel górskiej wędrówki? Pochodniami mającymi za chwilę zgasnąć, a może po prostu się obudzić. Kto wie, czy cała podróż miała jakikolwiek sens. Nie wiedział tego też sam Malczewski – i może tu dokonała się w nim prawdziwa alpejska iluminacja. Wiedza o własnej niewiedzy, nieświadomości czegokolwiek wśród morza niepewności – brzmi to dość nihilistycznie i na poły śmiesznie, ale co jeśli to jedyna prawda? Pewna mogła być tylko nieuniknioność losu, a śmierć zdawała się bliższa niż kiedykolwiek.
Poeta chorobliwie pragnął zdobyć szczyt Białej Góry i temu marzeniu podporządkowywał wszystkie swoje plany. W liście do Picteta znajdziemy jednak oznaki postawy jeszcze bardziej romantycznej:
Zrobiliśmy parę wycieczek na lodowiec, dowiedziałem się też o Południowej Iglicy (Aiguille du Midi), na którą nikt się jeszcze nie dostał. Chodziło tu o ni mniej ni więcej, jak o odkrycie nowej między górami doliny, a przynajmniej nowego Przechodu. Zapomniałem już o Mont-Blanc, zaprzątnięty tą Iglicą[23].
A więc znów zmiana. Znów porzucenie (świadome przecież) jednej myśli na rzecz drugiej. I rozpłomienienie towarzyszące planom zdobycia miejsca dotąd niezbadanego. Znów w szerszym gronie oczywiście, ale przecież ci inni istnieli dla niego w innej, mniej istotnej przestrzeni. Jej obecność była niepożądana, ale konieczna – by wspiąć się tam, gdzie „nikt się jeszcze nie dostał”.
Nic nie mogło go powstrzymać, choć los nie okazał się zbyt łaskawy: „(…) wystawiano [mu] nieskończone trudności, powiadano o ogromnych rozpadlinach, które nie wiadomo jakim utworzyły się sposobem; wreszcie, że niepodobna już dostać się na Mont Blanc”[24]. To, a przede wszystkim deszcz i zachmurzone niebo miały pozwolić Malczewskiemu „wycofać się z honorem z tak zgubnego przedsięwzięcia”[25]. Z jakim honorem? – należałoby zapytać. Trudno byłoby nim nazwać rezygnację z nieprawdopodobnych planów ze względu na… deszcz i zakryte chmurami niebo. Malczewski rzecz jasna nie porzucił swoich zamiarów. A w niedogodnościach, którym musiał stawić czoło, dopatrywać się mógł jedynie kwintesencji romantyzmu:
(…) i wkrótce marzyłem już tylko o pięknych dolinach, które mieliśmy odkryć. Lecz natrafialiśmy na same tylko przepaści[26].
Przyszła w końcu pora na zdobycie szczytu:
Zostawaliśmy półtorej godziny na szczycie góry; widok był wspaniały – i przewyższał moje o nim wyobrażenia. Świeżość dolin i lasów, wdzięczne zarysy jeziora mogą czarować oczy i umysł; ale tu, wśród chaosu gór, tych brył potwornych i olbrzymich, osadzonych w śniegach i lodach, patrzący mniema się być świadkiem stworzenia. Wszystko, co ludzkie, znika i ginie; spostrzega się zaledwie niewyraźne zarysy miast, które zdają się być naszkicowane ręką przeznaczenia, aby kiedyś stać się rzeczywistością. Wszystko zdaje się zapowiadać tę chwilę – i wędrownik skwapliwie schodzi w dół, żeby w ogromie przemian, które mają nastąpić, pochłonięty nie został[27].
I nareszcie znalazł się naprawdę wysoko. Odnalazł miejsce, w którym obserwować mógł rodzącą się Naturę, co wskazuje na to, że niżej taką wydać mu się nie mogła. Ludzie skazali ją na zagładę, cywilizacja niejako zamknęła jej usta i dopiero w miejscach takich jak to mogła ona przemówić. Oczywiście jedynie do niektórych, ale jednym z wybranych z pewnością był Malczewski. On też otwierał się na jej znaki – starał się czerpać z niej wszystkimi zmysłami. „Wszystko, co ludzkie, znika i ginie” – a więc pozostaje tylko Ona. Co zatem ze zdobywcą góry (tym wybranym oczywiście, pozostałych jedenastu musiał zbagatelizować) – człowiekiem przecież? Wyjścia są dwa: pierwsze – w obliczu boskiej płynności Natury i jej nieskończoności po prostu ginie, staje się niczym, wchłania go „chaos gór” lub – i tu pojawia się druga możliwość – odkrywa w sobie pierwiastek boski, zatapia się w tej Naturze i pojmuje ją w pełni. Wierzyć chciałoby się w tę drugą wersję. Rzeczywistość znana mu dotychczas stała się iluzją, miasta tak naprawdę nie istniały – ich powstanie mogło dopiero się wydarzyć, w końcu wobec kosmosu nowo poznanego przez zdobywcę nie miały prawa się z nim liczyć. Żeby przemiany nastąpiły, wędrowiec musiał zejść w dół. Dopiero tam mogła dopełnić się droga podróżnika. Być może dopiero po zetknięciu z takim ogromem rzeczy dostrzegł niebyt – pustkę zatem – na ziemi? Być może to pozwoliło napisać mu Marię. Być może.
Swoją relację zakończył następująco:
Oto sprawozdanie, którego Pan żądałeś ode mnie. Ciekawość i rozkosz dokonania czegoś, czego nie czyni się codziennie, zaprowadziły mnie w wasze góry; zachowam o nich najmilsze wspomnienie, jak również o zaszczycie poznania Pana, do którego one powodem były[28].
Sam list to rzeczywiście w znacznej mierze sprawozdanie. Poemat musiał utworzyć się w samej duszy Malczewskiego. I choć książki o tym nie napisał, to o wyprawie na Mont Blanc wspomniał w czwartym przypisie do Powieści ukraińskiej. Na uwagę zasługuje częstotliwość zestawiania góry z dołem i wertykalne przedstawienie stanu ducha tytułowej Marii – wspomina o tym Ławski[29], byłby to też temat na oddzielną monografię.
Ławski również zauważa w odczuciu zdobywcy cztery podstawowe rysy[30]: mistyczny (irracjonalny zachwyt), wanitatywny (marność), kosmogoniczny (stworzenie świata) i apokaliptyczny (kontrast: nicość kultury – ogrom natury). Jak z tą wiązką przeróżnych stanów radzi sobie poeta? Otóż „«skwapliwie» ucieka, «schodzi na dół» w doliny rozsądnej kultury”[31]. Nie uciekł jednak od razu – na szczycie spędził aż półtorej godziny. Wiedział zapewne, że pełni życia na nizinach nie zazna, ale jedyna dostępna mu droga prowadziła w dół. W dół – do pełnej melancholii Marii, do nieco przerażającej ukochanej, do fascynacji mesmeryzmem, do śmierci w samotności wreszcie. O ileż piękniej byłoby umrzeć na Białej Górze! Ale tu znów powraca kwestia estetyki.
II
„I dopiero krew rozlana wskaże, gdzie jest szklana ściana”[32] – Juliusza SłowackiegoKkordian
Góry w Kordianie pojawiają się kilkukrotnie. To w Karpatach umiejscowił Słowacki chatę czarnoksiężnika Twardowskiego, czarownice z kolei zbierają się w miejscu typowym dla nich – na Łysej Górze. W akcie drugim Kordianowi wystarcza nawet niewielka skała. Za wzniesienie najważniejsze zwykło się uważać jednak rzecz jasna Mont Blanc. To tam właśnie improwizuje bohater dramatu. Jakże inna to improwizacja – wśród chmur i na gór szczycie – gdy w myślach mamy jeszcze Konrada z jego ciasną[33] i ciemną celą więzienną. Trudno w takim wypadku Alpy uznać za miejsce typowe.
Dlaczego szczyt Białej Góry (najwyższą jej igłę, a więc właściwie najwyższy punkt zdobywanego wówczas świata) wybrał dla Kordiana Słowacki? Czemu bohater już wcześniej nieustannie wznosi oczy ku niebu, a niewielka skała tylko (nad brzegiem morza!) powoduje u niego tak silne emocje? Otóż plan horyzontalny w ogóle go nie interesuje, przywodzi na myśl proste, nudne życie, w którym próżno szukać idei. Choćby niewielkie wzniesienie zmienia tę pozycję postaci. Kordian wie, że niepisane jest mu trwać w jednym miejscu, zakłada upadek lub wzniesienie się na wyżyny, ale nie może znieść nudy i stagnacji – trudno o większego romantyka.
Na pytanie o przyczynę wyboru alpejskiego szczytu odpowiada częściowo już zachowanie Kordiana w pierwszym akcie dramatu. Bohater czuje pustkę i osamotnienie. Już na wstępie powie on: „Dziś gardzę głupią ostrożnością gminu, gardzę przestrogą”[34]. Świat znany Kordianowi w żadnej mierze mu nie odpowiada. Stawia siebie ponad innymi, wie, że sam do „gminu” nie należy, jednak nic z tego nie wynika:
Umysł zatruty sceptycyzmem, serce zatrute melancholią, ciągły niepokój duszy, uciekającej od rzeczywistości do marzenia, a wśród marzenia zaniepokojonej brakiem rzeczywistości – oto stan duchowy Kordiana… piętnastoletniego[35].
Oraz:
Marzenie porywa go co jakiś czas do jakichś wielkich czynów, ale refleksja, że te czyny muszą być dokonane w świecie rzeczywistym, natychmiast łamie zapałowi skrzydła, bo „gdzie ludzie (rzeczywiści) oddychają”, Kordian „oddech utraca”, bo wszystko, co rzeczywiste, tak jest odległe od wymarzonego, że on do niczego rzeczywistego nie potrafi się przywiązać, i tej wiary, która z przywiązania tylko się rodzi, nic rzeczywistego nie zdoła w nim wzbudzić[36].
A więc Kordian marzy nieustannie. Dąży do znalezienia miejsca, w którym pragnienia te mógłby zrealizować. Czyżby stąd ciągłe spojrzenia w niebiosa? Czyżby stąd kula w pistolecie? „Ten staw odbite niebo w sobie czuje/ I myśli nieba błękitem”[37], „[trzody] obracają głowy na niebo pobladłe,/ jakby pytały nieba: «Gdzie kwiaty opadłe?»”[38], „[żuraw], co się opóźnił w podróży/ I samotny szybuje po błękicie nieba”[39] – a więc niebo i niebiańskość objawiają się mu nieustannie. I on postanawia objawić je ukochanej: „Pani – patrz tam na niebo…”[40], „Ach, księżyc! Patrz tam, pani![41]” – mówi, następnie otwiera przed Laurą swoją duszę. Ona na to: „(ze wzgardą) Oszalał!…”[42]. A jemu „trzeba [było] nowych skrzydeł, nowych dróg”[43] – do życia mu to niezbędne jak powietrze. Skoro zaś tego nie otrzymał… A szukał, szukał bezustannie, mówią nam o tym didaskalia – Kordian zatem: „wznosi oczy”[44], „mówi, patrząc na niebo”[45], zamyślony patrzy na niebo”[46]. Wierzy, że tam odnajdzie jeśli nie spokój, to spełnienie jakiejś idei. A jej pragnął ponad życie właśnie.
Czy Kordian musi jednak czuć bezsens istnienia? Absolutnie! Sam mówi: „Miłość? – zapomnę o niej”[47], by zaraz stwierdzić (po wezwaniu przez Laurę oczywiście): „Ten głos rozwiewa złote zapału świtanie,/ Zamknięty jestem w kole czarów tajemniczym,/ Nie wyjdę z niego… mogłem być czymś… będę niczym”[48]. Co go gubi zatem? Miłość? Byłoby to wyjaśnienie zbyt proste i krzywdzące samego Kordiana, tak jak usprawiedliwianie samobójczej śmierci Wertera nieszczęśliwą miłością. Często mówi się też, że Kordian naturalnie pragnął śmierci. Tak po prostu. Ileż do takiego stwierdzenia potrzeba nieuwagi! Nie trzeba czekać do sceny na Mont Blanc, by to dostrzec:
(…) Niech grom we mnie wali!
Niech w tłumie myśli jaką myśl wielką zapali…
Boże! zdejm z mego serca jaskółczy niepokój,
Daj życiu duszę i cel duszy wyprorokuj…
Jedną myśl wielką roznieć, niechaj pali żarem,
A stanę się tej myśli narzędziem, zegarem,
Na twarzy ją pokażę, popchnę serca biciem,
Rozdzwonię wyrazami i dokończę życiem[49].
A więc Kordian chce żyć. Pragnie tego, ale sam z istnieniem nie jest w stanie sobie poradzić. Na pomoc wzywa zatem Boga. Skąd ten miałby jednak do niego przemówić? A jakże! Z niebios. Bohater nie lęka się nawet uderzenia gromu – pod warunkiem, że taki znak boskiej obecności miałby zapewnić mu drogę do poznania. Pozostaje pytanie, czy to by mu wystarczyło. Skoro zatem Kordian chce żyć, dlaczego wystrzela? Cóż – życie to przecież nie istnienie jakiekolwiek. Nie chodzi o egzystencję w najbanalniejszym jej wymiarze, ale o dopełnienie jej w całości. A takiej szansy dla siebie w tamtej chwili mężczyzna nie widział. „Żyć alboli nie żyć?”[50] – hamletyzuje. Początkowo te słowa mogą wydać się śmieszne, jeśli jednak o życiu Kordiana pomyśleć w kategoriach nieco mniej przyziemnych, wszystko stanie się jasne, ale z pewnością nie łatwe i przyjemne. Zabawne tym bardziej. Równie istotne zdają się stosunki społeczne, w których bohater musi się odnaleźć. I choć „gminem gardzi”, to opowieści Grzegorza zaprzątają jego uwagę. Może sprawiać takie wrażenie, ale przecież mówi jasno (choć „sam do siebie”): „Wstyd mi! Starzec zapala we mnie iskrę ducha”[51]. Znów uczuł, że musi działać. I w końcu zadziałał:
Myśl zbłąkana w błękity niebieskie upadła,
Oto ją gwiazdy w kręgi porywają chyże
I kręcą, aż zmęczona, posępna, pobladła,
Powróci z tańcu niebios w nudne serce moje…
Czekam – nad otchłaniami niebieskimi stoję,
Zalękniony o myśli, w gwiazd tonące wirze.
Gwiazdy! Wy gdzieś lecicie jak żurawi stada[52]!
Gwiazdy! Polecę z wami po niebios szafirze!
Dobywa pistoletu[53]
Żeby myśl Kordiana nie uleciała, żeby odnalazł ją, jeśli zaginęła, lub jeśli w ogóle idei już nie ma, musi on za nią podążyć. Dokąd? W niebiosa, rzecz jasna. W końcu: „Śmierć patrzy w oczy [jego] dwustronnym obliczem,/ Jak niebo nad głowami i odbite w wodzie”[54] – bohater nie ma wyjścia. Ale to dopiero preludium przed właściwą sceną na Mont Blanc.
Kordian nie umiera. W drugim akcie znów pragnie wznieść się na wyżyny. A już Mochnacki powiedział, że wielcy indywidualiści „z każdej nieledwo skały, z każdej stromej wyniosłości chcieliby to gdzie w przepaść zlecieć, to z wiatrem na wyścigi rozrywać obłoki”[55] – to raz. Dwa zaś:
Już w scenie na skale w Dover Kordian, gloryfikując twórczy talent, podobnie jak niegdyś Konrad w Wielkiej Improwizacji – uważa, że poetycki geniusz Szekspira przewyższa wielkość Boga. W scenie na Mont Blanc sam stylizuje się na stwórcę[56].
Kordian znajduje się nad morzem. To oczywiste, tego typu sceneria zupełnie jednak mu nie odpowiada. W końcu już Piwińska zauważyła, że przestrzeń akwatyczna to domena Mickiewicza, u Słowackiego zaś przeważają nawiązania do tego, co powietrzne i solarne[57]. A więc właśnie! Wystarczy mała skała, by… o szczytach mówić. Kordian czyta zatem: „Chodź! Oto szczyt, stój cicho… Zakręci się w głowie,/ Gdy rzucisz wzrok w przepaści ubiegłe spod nogi”[58], by potem samemu powiedzieć:
Szekspirze! Duchu! Zbudowałeś górę
Większą od góry, którą Bóg postawił.
Boś ty ślepemu o przepaści prawił,
Z nieskończonością zbliżyłeś twór ziemi.
Wolałbym ciemną mieć na oczach chmurę
I patrzeć na świat oczyma twojemi[59].
Nie Bóg już przecież, ale Szekspir – mistrz poeta! To jemu chciałby dorównać, może nawet go przewyższyć, skoro sam Bóg zostaje w oddali. Co dalej? Jak zwykle – kolejne zawody – miłosne i światopoglądowe – ale w końcu staje na Mont Blanc. Jak? Tego nie wiemy. Ale jest tam, i to z całą pewnością nieprzypadkowo.
Akt drugi Słowacki zatytułował jako Wędrowiec. Kordian z pewnością znajduje się w miejscach przeróżnych – pozostaje pytanie, na ile rzeczywiście jest to podróż. W planie dramatu nie przemieszcza się on bowiem zbyt często. Owszem, jedzie powozem z Wiolettą, po to zresztą, by za chwilę z niego spaść, a przy okazji poznać prawdziwe oblicze swojej „ukochanej”. Na Mont Blanc stoi. Ważne jest natomiast to, że:
Zarysowuje się tutaj zarazem swoistego rodzaju panorama wertykalno-aksjologiczna. Kolejny etap podróży i kolejny krajobraz – to zarazem coraz wyższy stopień świadomości. Aż po szczyt Mont Blanc – który staje się miejscem narodzin kluczowej idei bohatera. I sensu jego życia[60].
I tu potwierdza się teza o ciągłym rozwoju dramatu – Kordian pnie się w górę, powoli, ale sukcesywnie. A co z jego ideą? „Ale oto okazało się w toku tej akcji, że owa idea realną mogła mu się wydawać tylko dlatego, że patrzył wówczas na Polskę z wysokości Mont Blanc”[61]. A więc patrzył na nią i walczył sam ze sobą. Kordian nie mówi do Boga, do duchów, nie przemawia nawet do natury. Zwraca się sam do siebie, nie po raz pierwszy w utworze zresztą.
Początkowo towarzyszy mu strach:
Tu szczyt… lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną.
Spojrzę… Ach! pod stopami niebo i nad głową
Niebo… zamknięty jestem w kulę kryształową;
Gdyby ta igła lodu popłynęła ze mną
Wyżej – aż w niebo… nie czułbym, że płynę.
Stąd czarne skrzydła myśli nad światem rozwinę[62].
Znów z dwóch jego stron znajduje się niebo. Przywołajmy raz jeszcze fragment z pierwszego aktu:
Śmierć patrzy w oczy moje dwustronnym obliczem
Jak niebo nad głowami i odbite w wodzie.
A więc ponownie śmierć? Chyba tak. Kordian znów oczy wznosi ku niebu i to tam właśnie chce popłynąć. Jednak już nie pragnie być aniołem. I nie wspomina o Bogu. Znajduje się „w kuli kryształowej”, ale wydobyć może się z niej jedynie jako istota z czarnymi skrzydłami. Ptak to? Mara nieczysta? Nie wiemy.
Imię Boga jednak w końcu się pojawi:
Ciszej! Słuchajmy… o te lody się ociera
Modlitwa ludzka, po tych lodach droga
Myślom płynącym do Boga,
Tu dźwięk nieczysty głosu ludzi obumiera,
A dźwięk myśli płynie dalej.
Tu pierwszy zginę, jeśli niebo się zawali,
A ten kryształ powietrza, by tchnieniem rozbity,
Kręgami się rozpłynie na nieba błękity
I gwiazdy w nieznajomą uciekną krainę,
I znikną, jakby ich nigdy nie było…
Spróbuję – westchnę i zginę…[63]
Patrzy w dół
„Słuchajmy” – mówi Kordian. Czyją obecność jeszcze zakłada? Mówi do swojego wnętrza czy do duchów „Danta” i Szekspira? Może do Boga jednak? Forma wypowiadanych zdań raczej to wyklucza, skłaniałabym się zatem ku pierwszej ze wskazanych możliwości. Ważne, że „tu dźwięk nieczysty głosu ludzi obumiera,/ A dźwięk myśli płynie dalej”. Czy mogło znaleźć się lepsze miejsce dla niego? Jeśli nie na życie, to na śmierć właśnie. Tylko czym jedno i drugie jest tak naprawdę?
[Słowacki] nie widzi nieruchomo utkwionych na nieboskłonie gwiazd, planet, meteorów. Jego niespokojna natura domaga się również tego niepokoju w przyrodzie i dalej – w kosmosie. Domaga się w świecie żywych i umarłych. Tam, gdzie panuje bezruch, panuje śmierć. I wcale tego nie mówi poeta-mistyk. Mówi to już bowiem autor Kordiana[64].
Kordian znajduje się w centrum kosmosu – tym dla niego jest góra, niezależnie od tego, gdzie by się tak naprawdę znajdowała. Może też sam wędrowiec jest dla siebie tym centrum – a musi tak być, jeśli by uznać, że uważa on siebie za pana stworzenia. W każdym razie aby żyć, potrzebuje ciągłych pobudek – a to serca[65], a to znaków z zewnątrz, serce samo bowiem nie wystarcza. I choć „posąg człowieka na posągu świata”[66] brzmi niezwykle dostojnie, to z życia ma on w sobie niewiele. Stąd w Kordianie pojawia się ciąg pragnień:
O, gdyby tak się wedrzeć na umysłów górę,
Gdyby stanąć na ludzkich myśli piramidzie
I przebić czołem przesądów chmurę,
I być najwyższą myślą wcieloną…
Pomyśleć tak – i nie chcieć? – o hańbo! O wstydzie!
Pomyśleć tak – i nie móc? – w szmaty podrę łono!
Nie móc? – to piekło!
(…)
Mogę – więc pójdę! Ludy zawołam! Obudzę![67]
Znów więc czuje, że jednak może. Szczyt Mont Blanc już mu nie wystarcza, teraz żąda „umysłów góry”, a więc ludźmi, którymi tak gardzi przecież, pragnąłby zarządzać! To on chce być „myślą najwyższą”, działać w końcu, a nie jedynie obserwować gwiazdy. Od myśli przechodzi do chęci i możliwości. Skoro „nie móc – to piekło”, możliwość musi być niebem. Nie dziwi zatem, że Kordian stwierdza ostatecznie: „Mogę – więc pójdę!”. Więcej nawet – tym razem nie wyruszy samodzielnie, zwoła naród. Zbudzi go z letargu. Czy jednak na pewno?
Po chwili – z wyrazem zniechęcenia
Może lepiej się rzucić w lodowe szczeliny?[68]
Tu przez Kordiana przemawia sam Słowacki, niewierzący zbytnio w zdolność do działania – czy swoją, czy samego narodu. Pesymizm (niepozbawiony zresztą ironii) staje się dominantą, ale nie do końca:
Nic – nic – nic – aż w powietrza błękicie
Skąpałem się… i ożyłem,
I czuję życie![69]
A więc Kordian ożywa jednak. Co go otrzeźwia? Powietrze. Natura. Jaki wobec tego w tym wszystkim udział gór i co wynika z tak jawnej przecież iluminacji? Dlaczego Alpy?
To musiało być Mont Blanc. Nie step, nie więzienie, nie szpital wariatów i nie morze. Góry, z pewnością góry, bo jeśli szukać idei, to jednak w niebiosach. Miejsce to świetne, by uciec od niezrozumienia ludzi, by uciec nawet od własnego niezrozumienia świata. I choć Kordian na szczycie wciąż bliski jest samobójstwa, trudno powiedzieć, że znalazł się tam w tym właśnie celu. Mało kto wspina się[70] na górę po to, by za chwilę się z niej rzucić. A on naprawdę chciał żyć. Od pierwszego aktu dążył ku górze, by w końcu znaleźć się na samym Mont Blanc – i tam odkryć swoje powołanie. Nikt mu jednak nie powiedział, jaką drogę powinien obrać. Czego potrzebował, żeby przekonać się o swoich zamiarach? Tchnienia powietrza. Tchnienia ducha, a wiemy, że nie mamy jeszcze Słowackiego mistyka. „Dla Juliusza Słowackiego natura stanowiła medium między historią a człowiekiem oraz Bogiem a człowiekiem”[71], ale tym razem to Kordian staje się bogiem. A więc natura pozwala mu po prostu porozumieć się ze sobą? Wbrew pozorom to może mieć sens. Góry pozostają niezmienne, ale stan odczuć bohatera wciąż się waha – między zwątpieniem a wiarą we własne możliwości. Wiarą właśnie, bo trudno byłoby doszukiwać się tu rzeczy pewnych. Skoro jednak Kordian żyje wtedy, gdy działa, a żyć pragnie, wybór okazał się prosty. Pozostaje jeszcze pytanie, czy Alpy w jego przypadku okazały się zgubne, czy może jednak święte. Jeśli święte, to i Kordian staje się bogiem, cóż to jednak za bóg „z czarnymi skrzydłami”? Trudno go nawet nazwać aniołem. Poza tym bohater co prawda odzyskał wiarę w siebie, postanowił walczyć w obronie narodu, ale co tym samym zamierza? Zgładzić cara. A więc nie bóg, tylkozguba? Przecież życie – tego pragnął. Nieszczęścia zatem? Też nie do końca, bo Kordian gotowy jest umrzeć w każdej chwili, poświęcić się dla chwili życia. I ofiarować innym ich życia.
***
Malczewski i Słowacki rozrysowali niezwykłe obrazy. Ten pierwszy, może się zdawać, uczynił więcej – wszedł na Mont Blanc. Ale to drugi stworzył dramat na miarę swoich czasów. Słowacki co prawda na szczyt nie wszedł, ale ducha gór oddał wyjątkowo. I znów pytanie: dlaczego właściwie Alpy? Warto zastanowić się, czy tego typu nawiązania pojawiały się już w literaturze europejskiej XIX wieku. Oczywiście, że się pojawiały.
Wyróżnia się tutaj Byronowski Manfred – to z niego badacze wywodzą w znacznej mierze Kordiana. Nie wolno też zapominać o Byronie, gdy mówimy o Malczewskim. Jeśli nie przepłynięcie wpław cieśniny, to może chociaż Biała Góra właśnie… Głos drugiego ducha mówi przecież do Manfreda:
Mont Blanc jest monarchą gór,
Przetrwał długich czasów bieg;
Tron ma z opok, a płaszcz z chmur,
Diademem go wieńczy śnieg.
Jego pasem dzika puszcza,
W ręku groźne ma lawiny,
Lecz on tylko je wypuszcza
Za mym rozkazem w doliny[72].
I choć każdy z bohaterów w Alpach szuka czegoś innego, zdaje się, że przywiodło ich tam jedno i to samo – melancholia. Kordian podąża wzrokiem za nieuchwytną ideą, Malczewski jak powietrza potrzebuje nowych podniet, a Manfred… Manfred poszukuje zapomnienia. Każdy z nich patrzy podwójnie: „(…) snujące się bez celu spojrzenie może się (…) przekształcić w spojrzenie w siebie, w introspekcyjne zadziwienie pustką lub jej rewersem – nadmiarem”[73]. A więc każdą wędrówkę w głąb własnej duszy poprzedza podróż bardziej przyziemna. Melancholia nie zna drogi ani jej celu, zakłada jednak ciągłą tułaczkę, uczucie straty, ale straty nieoswojonej. Zbrodnia Manfreda zdaje się niewątpliwa, pozostaje jednak niepoznana – bohater zatem raczej drży przed wspomnieniem niż opłakuje ukochaną, nie lęka się też śmierci, bo wie, że ziemia już za życia jest dla niego grobem: „Ni sen tobie, ni śmierć tobie/ Nie przyniesie ulgi w grobie”[74]. Przed samobójstwem jednak się wstrzymuje, a o śnie powie: „Zmrużenie powiek jest zmianą widowni,/ Bo wtedy oko wewnątrz się zatapia”[75]. Dlatego góry – tu w obliczu pustki (albo i nadmiaru) wewnętrzne oko widzieć może więcej. Alpy pochowały wielu – dosłownie i w przenośni – stały się tym samym ogromnym cmentarzyskiem. Zostały tam ciała tych, którzy nie zdołali powrócić, ale też cząstki dusz pozostałych, którym udało się zejść ze szczytów. W końcu hic natus est zupełnie inny Kordian, nie taki sam wrócił też z wyprawy Malczewski:
W kreacjach Malczewskiego zawiera się gest antykreacji, oczyszczenia do początku; w ten sposób skomponowane są nota bene opisy wspinaczki na Mont Blanc, gdzie mowa jest o utracie „oczu i myśli” dziedziny człowieka; utracie tej towarzyszy uczucie powrotu do pierwszego stworzenia rzeczy[76].
A więc jakby coś umierało. Tak jakby, ponieważ strata melancholika pozostaje niewypowiedziana. Manfred zawoła: „Tego, co we mnie leży; tam czytajcie –/ O tam! – ja tego wysłowić nie mogę”[77]. Rzeczywiście – wysłowić nie może, ale ma szansę przyjrzeć się swoim uczuciom ze szczególnej – górskiej przecież – perspektywy. Melancholia bowiem:
(…) chce przebywać w tym jednym, właśnie pierwotnym i nadrzędnym wobec życia, wymiarze czasu i przestrzeni, których pustki nic nie zakłóca. Jej czas i przestrzeń nie są zmącone – podobnie jak świat widziany z Mont Blanc – żadnym poruszeniem; są, niczym świat w zaraniu, danymi jeszcze nie wykorzystanymi, istniejącymi przed powstaniem życia czy poza nim[78].
To wśród szczytów Manfredowi ukazują się i odchodzą od niego duchy. Tam Kordian bije się z myślami, poszukując tej właściwej, tam też dostrzega pełnię Natury. Podobnie jak Malczewski, któremu dodatkowo ludzie wydali się „przechodniami do krainy śmierci”. Każdy z nich właśnie tam ujrzał więcej. Nawet jeśli górskie mgły zasłaniały im widoki, pozostawało im jeszcze to drugie spojrzenie – o ile cenniejsze i przenikliwsze – jak w Wędrowcu nad morzem mgieł Caspara Davida Friedricha. Na obrazie widzimy mężczyznę, który – podobnie jak Kordian – po prostu stoi na skałach. I to, że tam właśnie przebywa (bo przecież nie sama wędrówka), wydaje się najważniejsze. Prawdopodobnie – jak i inni podróżnicy – nie wyruszył na wyprawę samotnie. O tym może też świadczyć przedstawienie go z perspektywy jego obserwatora. Ale i to nie ma znaczenia – wędrowiec nie zważa na nikogo, a przed siebie spogląda zapewne tym drugim wejrzeniem, tym bardziej, że rozpościera się przed nim morze mgieł. Co widzi naprawdę – rzeczywiście lub wewnątrz (a więc może jeszcze realniej) – tego nie wiemy: „wędrowiec nie wprowadza widza w obraz, wręcz przeciwnie – on nie pozwala mu tam wejść![79]” Oto więc postawa romantyka alpinisty. Człowieka, który obrazy potrafi tworzyć samodzielnie:
I dopiero na tym zdającym się zaprzeczać życiu tle pustki i ciszy świadomość melancholijna potrafi dostrzegać formy; tworzyć je, obserwując ich powstanie Ex nihilo i ich powrót do nicości[80].
Duchy w Manfredzie nadchodzą zatem po to, by za chwilę przepaść, Kordianowa idea pojawia się i znika, a Malczewski może i widzi więcej, ale wszystko jakby bez celu, by za chwilę powrócić do codzienności. Melancholijne spojrzenie przecież „nie przenika ludzi i rzeczy, prześlizguje się jedynie po ich powierzchni, przechodzi przez nie”[81]. Każdy zatem gdzieś dąży – do poznania lub zapomnienia, wybiera drogę w górę, skazując się tym samym na konieczność zejścia ze szczytu. „Pół-proch, pół-bóstwa, zarówno niezdolni/ Wznieść się jak upaść”[82] – więc z jednej strony wędrówka, a z drugiej trwanie w zawieszeniu, ciągła niezdolność do czynu. Czyli znowu melancholia.
Ziemia widziana z wysokości jest inna niż do tej pory. Bohaterowie mogą poczuć się mocarzami, ale podróżnik na górze – Białej najlepiej! – powinien przebywać w samotności. Rozmowa z samym sobą i tak musi przecież w końcu nastąpić. Zwątpienie krzyżuje się z poczuciem niewyobrażalnej mocy, a strach przed naturą ustępuje podziwowi wobec niej. Nic lepiej nie uświadamia postaci jak góra właśnie – a wertykalny charakter podróży przenosi się również w sferę duchową. I Kordiana, i Malczewskiego w Alpy przywiodła stagnacja i chęć wyrwania się z niej. Obaj wśród szczytów poczuli pewną siłę i obaj ostatecznie utracili ją po powrocie na ziemię. Wśród ludzi życie nie mogło się dopełnić.
Romantyzm po to odkrył wolność (a więc i nowy wizerunek gór), by stanąć przed perspektywą jej utracenia. Każdy wspinający się wie, że kiedyś z wyżyn powróci. A przynajmniej ma taką nadzieję. Niektórzy pozostają tam na wieki, ale o ich losie decyduje przypadek. I znów potwierdzają się słowa Witkowskiej: zabijać zdaje się „pasja życia”, a nie „umiłowanie śmierci”. Za Byronem zatem:
Prawdziwie wielkim celem życia jest doznanie – aby czuć, że się istnieje, choćby nawet cierpiąc. To jest ta nienasycona próżnia wciągająca nas w grę – walkę – wędrówkę[83].
Karolina Pastor
PRZYPISY:
[1] M. Piwińska, Juliusz Słowacki od duchów, Warszawa 1992, s. 13.
[2] M. Dernałowicz, Antoni Malczewski, Warszawa 1967, s. 112-113.
[3] J. Sławiński, Przestrzeń w literaturze: elementarne rozróżnienia i wstępne oczywistości [w:] Przestrzeń i literatura, pod red. M. Głowińskiego i A. Okopień-Sławińskiej, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1978, s. 16.
[4] M. Porębski, O wielości przestrzeni [w:] Przestrzeń i literatura, dz. cyt., s. 24.
[5] Tamże., s. 25.
[6] Tamże.
[7] M. Eliade, Traktat o historii religii, przeł. J. Wierusz-Kowalski, Łódź 1993, s. 98-99.
[8] Mowa rzecz jasna o Kordianie i unikalnej w literaturze podróży na chmurze.
[9] Za utworem Jacka Kaczmarskiego Szklana góra z płyty „Radio Wolna Europa vol. 2”, wyd. w 2006 r.
[10] Cytaty i odwołania do listu wystąpią pod skrót. L[ettre au]P[rof.]P[ictet]. za przedrukiem z monografii M. Dernałowicz: Antoni Malczewski, Warszawa 1967. List po raz pierwszy wydrukowała Bibliothèque Universelle pod następującym tytułem: Lettre au Prof. Pictet sur une ascension à l’Aiguille du Midi de Chammouni et au Mont Blanc, par un gentilhomme Polonais, dans les premiers Tours d’aout de cette annèe. Tłumaczenie polskie (dokonał go Józef Reyzner) wydrukowano w „Dzienniku Wileńskim” pod tytułem: List do Prof. Picteta o zwiedzeniu jednej z gór niedaleko Szamuni zwanej Stertą południową i Góry Białej przez pewnego Polaka w pierwszych dniach sierpnia roku teraźniejszego. Poszczególne (późniejsze) tłumaczenia różnią się między sobą nieznacznie, głównie formą przytaczanych nazw miejscowych. Stąd w pracy zamiennie pojawią się określenia: Biała Góra oraz Mont Blanc.
[11] M. Dernałowicz, dz. cyt., s. 112.
[12] B. Chwaściński, Narodziny alpinizmu polskiego, „Taternik” 1968, nr 4 (201), r. 44, s. 156.
[13] M. Dernałowicz, dz. cyt., s. 112.
[14] J. Ławski, Malczewski – iluminacje i klęski melancholijnego wędrowca [w:] A. Malczewski, Maria. Powieść ukraińska, Białystok 2002, s. 98.
[15] A. de Musset, [Choroba wieku] [w:] M. Straszewska, Romantyzm, Warszawa 1964, s. 200.
[16] M. Dernałowicz, dz. cyt., s. 75.
[17] C. Bajer, 150 lat dorobku, „Taternik”, dz. cyt., s. 154.
[18] LPP., s. 114.
[19] Cyt. za: J. Żuławski, Byron nieupozowany, dziennik „dla Augusty” z 29 IX 1816 r., przeł. H. Krzeczkowski, Warszawa 1966, s. 194.
[20] LPP., s. 115.
[21] Tamże.
[22] Tym wyraźniej ta zależność zaznaczy się w Kordianie Juliusza Słowackiego.
[23] LPP., s. 114.
[24] Tamże.
[25] Tamże.
[26] Tamże, s. 116.
[27] Tamże, s. 117.
[28] Tamże.
[29] Mowa o wstępie do wydania białostockiego Marii. Równie ciekawe wydaje się porównanie Marii do posągu – martwego, czasem tylko ożywionego światłem księżyca. Można by to zestawić z motywem posągów w wystąpieniu Kordiana na Mont Blanc.
[30] J. Ławski, dz. cyt., s. 94-95.
[31] Tamże, s. 95.
[32] J. Kaczmarski, dz. cyt.
[33] Ciasnej w porównaniu z przestrzenią powietrzną Słowackiego. W noc wigilijną zdołali się tam w końcu zgromadzić wszyscy więźniowie.
[34] Wszystkie cytaty z dramatu (oznaczone później jako K.) za wydaniem: J. Słowacki, Dzieła, t. VI, pod red. J. Krzyżanowskiego, oprac. E. Sawrymowicz, Wrocław 1959. Tu: s. 186, w. 5-6.
[35] J. Ujejski, Wstęp [w:] J. Słowacki, Kordjan. Część pierwsza trylogji. Spisek koronacyjny, Chicago 1945, s. XI.
[36] Tamże.
[37] K., s. 186, w. 11-12.
[38] Tamże., s. 187, w. 25-26.
[39] Tamże, s. 197, w. 329-330.
[40] Tamże, s. 200, w. 373.
[41] Tamże, s. 201, w. 338.
[42] Tamże, s. 202, w. 425.
[43] Tamże, s. 197, w. 332.
[44] Tamże, s. 199.
[45] Tamże.
[46] Tamże, s. 200 oraz s. 201.
[47] Tamże, s. 197, w. 327.
[48] Tamże, w. 335-337.
[49] Tamże, s. 187, w. 36-43.
[50] Tamże, s. 196, w. 305.
[51] Tamże, s. 193, w. 221.
[52] Ciekawym porównaniem może być symbolika żurawi przywołana za wydaniem: D. Kulczycka, Żuraw [w:] tejże, O symbolice ptaków w twórczości Juliusza Słowackiego, Zielona góra 2004, s. 38-77. Na szczególną uwagę zasługuje podrozdział Wieszcz i jego powiernik. Żurawie miałyby być według niego pośrednikami między światami. A zatem: „Żurawie były nieodłącznymi towarzyszami «torbanisty». Nawet po śmierci Bojana miały zwiastować obecność jego ducha” (s. 39) – za legendą o bardzie Bojanie. Z kolei w balladzie Schillera pt. Żurawie Ibikusa (1798) „bohater, śmiertelnie zraniony przez dwóch morderców, prosi żurawie, aby rozniosły po świecie wieść o jego śmierci” (s. 40). A więc: „Juliusz Słowacki, z racji swego posłannictwa poety-wieszcza, uczynił z rzekomo nieśmiertelnych ptaków tych, którzy zastępują go w miejscach, gdzie on sam przebywać nie może i nadał im funkcję przekazicieli słowa” (s. 45). Czyżby zatem gwiazdy-żurawie miały być pośrednikiem Kordianowej myśli? A gdzie żurawie lecą, dokładnie nie wiemy. Na pewno w przestworza.
[53] K., s. 203, w. 427-434.
[54] Tamże, w. 443-444.
[55] M. Mochnacki, Myśli o literaturze polskiej [w:] tegoż, Poezja i czyn: wybór pism, oprac. S. Pieróg, Warszawa 1987, s. 206.
[56] M. Inglot, Nie tylko o „Kordianie”. Studia nad twórczością Juliusza Słowackiego, Wrocław 2002, s. 25.
[57] M. Piwińska, Juliusz Słowacki od duchów, Warszawa 1992, s. 23.
[58] K., s. 208, w. 61-62.
[59] Tamże, s. 209, w. 76-81.
[60] M. Inglot, Nie tylko…, dz. cyt., s. 24.
[61] J. Ujejski, dz. cyt., s. XII.
[62] K., s. 216, w. 218-223.
[63] K., s. 217, w. 224-234.
[64] D. Kulczycka, dz. cyt., s. 75.
[65] Tu warto zatrzymać się nad samym imieniem bohatera. Cor, cordis z łaciny oznacza „serce”. Kordian byłby wtedy człowiekiem kierującym się odruchami serca właśnie. Wywodzi się też tę nazwę od polskich już słów (opartych wciąż na rdzeniu łacińskim): kordialny, kordiana, kordiaczny czy kordiak.
[66] K., s. 217, w. 249.
[67] Tamże, s. 218, w. 250-270.
[68] K., s. 218, w. 271.
[69] Tamże, w. 275-277.
[70] To co prawda w tekście nie zostało zaznaczone, ale nie sposób wymagać, by i na szczyt pomogła się dostać Kordianowi chmura.
[71] J. Rychter, Funkcje przyrody nieożywionej [w:] tejże, Językowa kreacja przyrody nieożywionej w utworach poetyckich Juliusza Słowackiego, Szczecin 2011, s. 19.
[72] G. Byron, Manfred, tłum. J. Kasprowicz, J. Paszkowski, [w:] http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=6596, [dostęp: 7 lipca 2013], s. 7.
[73] P. Śniedziewski, Wstęp [w:] tegoż, Melancholijne spojrzenie, Kraków 2011, s. 14.
[74] G. Byron, dz. cyt., s. 23.
[75] Tamże, s. 2.
[76] M. Bieńczyk, Oczy Dürera. O melancholii romantycznej, Warszawa 2002, s. 41.
[77] G. Byron, dz. cyt, s. 13.
[78] M. Bieńczyk, dz. cyt, s. 42.
[79] T. J. Żuchowski, Między naturą a historią. Malarstwo Caspara Davida Friedricha, Szczecin 1993, s. 53.
[80] M. Bieńczyk, dz. cyt, s. 42.
[81] P. Śniedziewski, dz. cyt., s. 14.
[82] G. Byron, dz. cyt., s. 27.
[83] J. Żuławski, dz. cyt., s. 18.
Podobno Malczewski jest wdzięczny autorce za wyciągnięcie go z nienasyconej próżni w dwieście dwudziestą rocznicę urodzin. Niewiele osób obchodziło ten jubileusz.