Co krytyk mógł widzieć: o „spektaklu” „Pani Diana tańczy do rana” (reż. W. Malajkat)

malajkat

Foto. Studio Tańca Styl

Wyobraźmy sobie sytuacje następującą. Krytyk teatralny, który zwykle bywa na spektaklach Jarzyny, Kleczewskiej, Warlikowskiego i Klaty, przypadkiem trafia na sztukę zgoła innego typu (wsiadł w zły autobus, jest roztrzepany, po prostu los sprawił mu psikusa). Jak wyglądałaby recenzja takiego przedstawienia napisana z perspektywy kogoś, kto odbiera ją po prostu krzywo? Wydaje mi się, że mogłaby wyglądać tak:

Scena pokryta jest połyskliwym, meteorytowym żużlem rodem z modnego klubu sado-maso – po chwili jednak okazuje się, że początkowe założenie zostaje zdekonstruowane, wyrwane z oczu widza, chcącego uładzić szał semiotyczny, który przygotował dla niego reżyser. Błyskawice. Światła. Orgia barw. Pierwsze takty Bo z dziewczynami – pieśń zabawy, pieśń Dionizosa wyjętego z notatek Nietzschego do Narodzin tragedii, melancholijny taniec burleskowych przebierańców pod rządzami fallicznej hetery, pani Diany. Czarny członek dyskretnie spuszczony z dryfujących fałdów.

W najnowszym spektaklu Teatru Syrena, Pani Diana tańczy do rana (reż. W. Malajkat) „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”, homogeniczne przestrzenie zaczynają się kruszyć, aby ostatecznie się przegiąć, a Malajkat (modernistycznie postmodernistyczny, artystycznie teoretyczny, atrakcyjnie irytujący) zrywa z ciągłością. Tak jak w narkotykowych filmach z YouTube’a, granica między przestrzenia od-czuwania a prze-czuwania zostaje zatarta, jest jedynie ruch akcji, ciał i głosu, zawsze naznaczonych jednak zagładą. Pani Diana (M. Kożuchowska) jest tricksterem, podróżującym przez czas, kultury, płcie i skostniałe schematy (popołudniowe kawy i herbaty, powitania, płacz do poduszki przy dźwiękach Wypijmy za błędy). Już wkrótce w mowie Diany zauważymy powtórzenia, kondensacje, nagłe wtargnięcia obscenicznego nad-ja, a to znak, że pokrewne kapitalizmowi procesy zaczęły pracować. To sfera antropologicznych przesterów, literackiego szumu – mistrzowsko skomponowana z serii nonsensownych scen, intuicji, aluzji i hipnotycznych obrazów. Wraz z całą swoją ferajną balansuje pomiędzy żartami budzącymi śmiech najbardziej pierwotny i refleksją na temat posthumanizmu, politycznych i ideologicznych aspektów konstrukcji kulturowych i tożsamości. To spektakl dwubiegunowy, nonszalancki i  niesubordynowany.

Ta jej intrygująca i irytująca nadobecność szybko zamienia się w jedną wielką prowokację – z gatunku tych, którym nie sposób nie ulec. Odmowa współuczestnictwa pozornie pozbawia ją siły sprawczej, a tak naprawdę – pozwala kształtować rzeczywistość na nowo, na własnych warunkach. Diana jest nie tylko nadobecna, ale też – wszechmocna. Choć, paradoksalnie, obie te cechy ufundowane są na słabości.

Uderza. Atakuje. Wojna-machina (bo czymże innym jest ona?), która zszywa dwie fałdy spektaklu, fałdę rozedrganej szansonistki Diany i fałdę knajpianego artysty wyciągniętego z szafy romantyczno-szkolnych, zakurzonych mitów, czyli Johna (P. Fronczewski). Cierpienie wyśpiewane, uzewnętrznione w Nocnych nieznajomych (translacja, Frank Sinatra, popkultura) zlepia ze sobą cierpienie nieludzi – tak ludzkich, jak i nieludzkich. Milcząco trwający pudel Pipi (w tej roli plastikowa replika pudla) toruje swoją obecnością wyrwę w uładzonej powierzchni kapitalistycznego porządku. Ten wątek splata się w węzeł gordyjski (supeł na obrusie w knajpie) z wątkiem relacji niemiecko-polskich. Śmierć, która jest zawsze mistrzem z Niemiec, w spektaklu staje się zwierzęcą, pokrzywioną, idiosynkratyczną linią ruchów, gestów i słów SS-mana Franza (P. Polk). Katatoniczne tango Diany i Franza, zamknięte na seksualność a otwierające się na erotykę rodem z Warsaw Shore, zostaje następnie przerwane przez zwierzęco-ludzko-przedmiotową pieśń Świat nie wierzy łzom, gdzie bioszoe zlewają się w paradoksalną preplazmę energei. Błędem byłoby stwierdzenie, że surrealizm spektaklu jest tylko pretekstem do skupienia się wokół jednego punktu głuchego pragnienia zrozumiałości, które nie zastanawia się nad tym, czego pożąda, bo chce tego tu i teraz. Chce tu i teraz swojego świata, chce siebie i tylko siebie.

Już po powyższym o-pisaniu widać, że mamy do czynienia ze spektaklem uderzającym wprost w liberalny fantazmat. Sam Malajkat w wywiadach prowokuje, mówi, że Pani Diana tańczy do rana to „wspaniała rozrywka dla całej rodziny”, w której odnaleźć można „tęsknotę za wspaniałymi czasami” połączoną z „najlepszymi hitami naszej młodości”. Jasne jest, że mamy tu do czynienia z największą prowokacją teatralno-kulturalno-polityczną od czasów Duchampa.

***

Scena końcowa. Kurtyna zsuwa się omdlałym gestem, fallus zwisa. Aktorzy dokonują gestu parabazy, pojawiają się kwiaty będące jawną parodią późnych występów Elvisa Presleya, Violetty Villas oraz ideologicznych spektakli PRL-u. Okazuje się, że to był sen, sztuka. Przejście do światła to powrót do teraźniejszości. Tu wspomnienia nie mają tej frapującej, niebezpiecznej żywotności, jaką wykazują w obszarze poza czasem. My śniliśmy. Wy będziecie śnili.

A lud gminny się zmienił, zachłysnął się transformacją, je kaszankę z grilla w rytm disco polo.

Jan Kowalski

(W powyższym tekście użyto cytatów z prawdziwych recenzji teatralnych. Z jakich? Sprawdźcie sami. Przypominam, że nie z osób, a z przywar to natrząsanie.)

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *