Zachwyty i strachy. Marek Bieńczyk, „Jabłko Olgi, stopy Dawida”

jablko-olgi-stopy-dawida-eseje-i-jesienie-390

„Czary i mary, o nich jest tutaj mowa. O czarach, które nas porywają i o marach, które nas nachodzą”, mówi o swojej najnowszej, pierwszej po otrzymaniu Nagrody Nike, książce Marek Bieńczyk. Rzeczywiście, są w niej czary i są mary, jest zachwyt i jest strach i, co najważniejsze, jest to literatura najwyższej próby.

Bieńczykowi można pozazdrościć. Ma na koncie między innymi dwie świetnie przyjęte powieści (Terminal i Tworki), znakomite eseje o melancholii (przede wszystkim Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty), frapującą Przezroczystość, o której przyjdzie jeszcze powiedzieć, oraz nagrodzoną Nagrodą Nike Książkę twarzy, która wprowadziła esej, gatunek przecież niemal nieczytany, pod strzechy (i jest w tym zdaniu tylko trochę przesady). Jabłko Olgi, stopy Dawida to książka równie dobra, a może i lepsza.

Do pewnego stopnia to kontynuacja projektu pisarskiego Bieńczyka i rozwinięcie znanych już skądinąd tematów bliskich pisarzowi, po części zaś jest to próba nowatorskiej gry z gatunkami, której owocem jest „forma bardziej pojemna”, sytuująca się na pograniczu eseju, prozy autobiograficznej i beletrystyki, na co uwagę w swojej recenzji zwraca Dariusz Nowacki[1]. Bieńczyk jest tutaj nie tylko wytrawnym czytelnikiem i błyskotliwym eseistą, ale i subtelnym opowiadaczem (historie tytułowej Olgi i Dawida), a także, nie na ostatku, bohaterem – gdy wchodzi w tryb autobiograficzny i opowiada o sobie, dzieląc się z czytelnikiem historiami nieomal intymnymi.

Książka dzieli się na kilka części. W nieco tajemniczym Wstępie poznajemy tytułowych bohaterów, o których jednak nie dowiadujemy się zbyt wiele. Nie wiemy chociażby tego, jaki jest ich status, by tak rzec, ontologiczny: czy to postaci autentyczne, czy bohaterowie fikcyjni? Bieńczyk mówi: „Postacie literackie i postacie rzeczywiste, co za różnica”, i może na tym należy poprzestać; w wywiadzie z kolei opowiada o Dawidzie, że „był ktoś taki” i że „przeżył wojnę”, ale to wszystko, czego się dowiadujemy[2]. Olgę znamy skądinąd. Bieńczyk przedstawił nam ją w przywoływanej już Przezroczystości, chociaż i tam nie dowiedzieliśmy się o niej zbyt wiele, niewiele więcej niż to, że była na zagranicznym stypendium i lubi ciastka. Teraz jest przede wszystkim reprezentantką domeny czarów. Jej jabłko odsyła do momentów absolutnego zachwytu, którego czasem doświadczamy, który na zawsze zapada w pamięć i nigdy nie daje się powtórzyć. Dawid z kolei (zapewne ocalały z Holocaustu Żyd, chociaż wprost się o tym nie mówi) stoi po stronie marów, czyli strachu i niepokoju, które niemal nieustannie nas prześladują.

Potem idą Gesty, kroki dźwięki ze znakomitym esejem Dłonie na wietrze, w którym Bieńczyk z Proustowską dokładnością analizuje gesty, czyli te chwile pęknięcia, gdy ciało odsłania prawdę, którą nie zawsze chcemy się dzielić. Znalazło się miejsce na analizę słynnego gestu Kozakiewicza z igrzysk w Moskwie i uderzenia z „byka” Zidane’a z finału mistrzostw świata w 2006 roku, które w lekturze Bieńczyka są „rozrachunkiem z egzystencją” francuskiego piłkarza, znakiem jego melancholii. Oczywiście rozważania te poparte są lekturami, toteż czytamy również o cyklu powieściowym Prousta czy o rozważaniach Agambena na temat gestu. Jak zwykle Bieńczyk imponuje oczytaniem i skojarzeniami, ale robi to w taki sposób, że czytelnik nie czuje się przytłoczony nadmiarem nazwisk ani zirytowany erudycyjnymi popisami. Tutaj też wraca Bieńczyk w pewnym sensie do Książki twarzy, gdy w tekście Dobre wróżki po raz kolejny podejmuje trud lektury i interpretacji twarzy, tym razem aktorek, które były bohaterkami zbiorowej wyobraźni mężczyzn z PRL-u, oraz swojej młodzieńczej fascynacji, Dominique Sandy. W tekście Balkon natomiast (jednym z najbardziej tajemniczych w tomie, gdzie Bieńczyk pokazuje się jako wytrawny beletrysta ze skłonnością do liryzmu, ale jest to liryzm w naprawdę świetnym stylu) po raz kolejny spotykamy Olgę – tym razem to ona przemawia i słychać jej w głosie radość z istnienia, słychać oddanie się światu i zachwyt wywołany przez piasek pod stopami i widok spracowanych robotnic palących papierosy.

Olga stoi po stronie zachwytu i radości, które Bieńczyk opisuje w różnych odsłonach – jedną z nich jest, zamieszczony w Werwie i drżeniu, szczegółowy opis przebiegu zmagań szkół tanecznych w brazylijskim sambadromie . Inna to emocje, towarzyszące młodzieńczej lekturze zapomnianej dziś książki, w tekście Szczęśliwa jedenastka z kolejnej już części zbioru, zatytułowanej Książki pierwsze. Czeska powiastka dla młodzieży z lat 20. okazuje się punktem wyjścia do rozważań o wpływie pierwszych, dziecięcych lektur na życie. Tekst przedstawia fikcyjne starania o wznowienie zapomnianej powieści, które prowadzi Jan Jo Rabenda, postać znana już czytelnikom Bieńczyka chociażby z Melancholii czy z eseju opublikowanego w książce Dryblując przez granice, ktoś w rodzaju port parole autora. Bieńczyk odsłania tutaj swoją kolejną twarz – twarz, można powiedzieć, humorysty, bo tekst skrzy się od dowcipu, a jednocześnie niepozbawiony jest powagi i namysłu nad utopijną krainą dzieciństwa, do której za wszelką cenę próbujemy wrócić.

Zanim jednak Bieńczyk napisze o szczęśliwej jedenastce, w tekście Gruba opowiada o swojej matce. Punktem wyjścia okazał się klasyczny esej (esej w sensie ścisłym, powiedziałby Jerzy Pilch) o otyłości w literaturze i kulturze, a punktem dojścia bardzo osobista opowieść o zmaganiach matki autora z depresją, z której leczyła się, podjadając i czytając, chociaż to dopiero literatura okazała się skutecznym remedium na bezruch przygnębionego ciała.

Książki dzieciństwa to kolejny wątek, który pojawia się u Bieńczyka nie po raz pierwszy (np. Winnetou Książce twarzy). Służą nie tylko za pretekst do powrotu do dzieciństwa i autobiograficznej opowieści, nie tylko jako przestrzeń swoiście pojmowanej utopii. W krainie dzieciństwa obowiązują jeszcze jakieś zasady, honor coś znaczy, a uczciwość popłaca, to lekcja odebrana nie tylko od Winnetou, ale i od braci Kłapaczy z czeskiej powieści o cudownej jedenastce. Podobną funkcję pełni boisko czy kort tenisowy – to te miejsca, gdzie można bardziej nie być niż być, miejsca, które otwierają się na doznanie łaski, o czym Bieńczyk nie raz pisał w Książce twarzy. Książki dzieciństwa to również okna na świat – w eseju Stawiam na Ciamciarę Bieńczyk przywołuje „swoje”, z jakichś względów szczególnie dobrze zapamiętane słowa, jak „koklusz”, „gibki” czy „serwus”. Przecież to stąd właśnie, z książek, po które sięgamy jako dzieci, bierze się w dużym stopniu nasze pojęcie o świecie, nasz język i nasze późniejsze wybory. Kto czytał Winnetou, zawsze będzie po stronie Indian, kto czytał Klub jedenastu, zawsze będzie z uporem godnym lepszej sprawy wracał na boisko.

Ale lektury nie tylko dziecięce, bo lektury w ogóle, stanowią – jak zawsze u Bieńczyka, obok wielu innych oblicz ma on przecież także oblicze literaturoznawcy – ważny temat dociekań. W zbiorze obok pisarzy dzieciństwa (Edmund Niziurski, Adam Bahdaj, Eduard Baas) pojawiają się pisarze młodości i dojrzałości: jest Proust, jest Nerval (nie tylko jako autor słynnego melancholijnego sonetu El Desdichado), jest kolega z Grochowa, czyli Andrzej Stasiuk, a także mistrz literackich ucieczek (bo ucieczka to temat piątej części książki, zatytułowanej Uciekać, trzeba uciekać) Georges Perec i wielu, wielu innych. Bieńczyk przemyka z jednej strony na drugą, raz pisze esej poświęcony ważnym dla niego autorom, by po chwili przejść w tryb autobiografii, w tryb intymności, a więc snuć osobiste opowieści o sobie i bliskich sobie sprawach.

Nie inaczej jest w czwartej części zbioru, części, by tak rzec, malarskiej, pod tytułem Dyptyk lśniący, w której Bieńczyk powraca do Hoppera i po raz kolejny pisze o znaczeniu, jakie mają dla niego nasłonecznione i puste przestrzenie amerykańskiego malarza. Obok tych rozważań ściśle eseistycznych pojawiają się jednak fragmenty osobiste, fragmenty, które przenoszą uwagę czytelnika z Hoppera i jego płócien na Bieńczyka i jego grudniowy spacer po Warszawie. Mimo wszystko ani na chwile nie wpada Bieńczyk w łatwą nostalgię czy drażniący sentymentalizm – po chwili wraca Hopper i fantastyczne analizy malowanych przez niego pustych pokojów i bezludnych ulic. To wirtuozerskie połączenie tego, co przeczytane i przemyślane, z tym, co przeżyte i przeczute.

Najważniejszym, zdaje się, tekstem zbioru jest Wyjście Czejenów, które łączy w sobie kilka istotnych wątków, powracających u autora Książki twarzy co jakiś czas. Indianie i ich melancholijna z konieczności egzystencja skazana na wygaśnięcie i wyciszenie. Ucieczki – rzeczywiste (jak ta Rufina Piotrowskiego z Syberii) i literackie (jest Agata Christie, Lew Tołstoj, jest Perec); ucieczki, czyli strach, mary, domena Dawida. Ale, jak się okazuje, także domena Bieńczyka, który co i rusz gdzieś ucieka: jako dziecko ze szkoły, jako pisarz z gatunku w gatunek, z tematu w temat, jakby nigdzie nie było mu dość dobrze albo jakby chciał być wszędzie naraz. Ta pisarska zachłanność sprawia, że Jabłko Olgi, stopy Dawida czyta się nieledwie jak kryminał – nie chce się tej książki odkładać, bo wciąż pojawiają się nowe tematy, myśl autora wciąż gdzieś ucieka i każe za sobą podążać. Bieńczyk sam o sobie mówi, że jest pisarzem zdrady – zdradza tematy, zdradza bohaterów i zdradza formy, płynnie przechodząc od eseju do e-maila, od Prousta do Zidane’a i od piłki nożnej do literatury romantycznej. Jego ojczyzną, jak mówi w cytowanym już wywiadzie, jest Republika Nie Tutaj. Może to właśnie, ta kondycja – bycie nie tutaj, bycie gdzieś indziej, a także ucieczki i uniki – może to wszystko sprawia, że czyta się go tak świetnie.

Jałbku Olgi, stopach Dawida Bieńczyk co rusz pokazuje się z innej strony. Raz jest to znana nam już odsłona, czyli „najwybitniejszy żyjący polski eseista”, jak po wydaniu Książki twarzy na Festiwalu Conrada powiedział o nim Ryszard Koziołek. Raz zaskakująca, nowa twarz autobiografisty piszącego o sprawach intymnych; innym razem znowu oblicze wytrawnego beletrysty. Zapowiedź tej wielości mieliśmy już w Przeroczystości, chwilami też w Książce twarzy, ale dopiero teraz Bieńczyk finalizuje swoje poszukiwania i zdaje się, że tworzy formułę, która na długo zostanie skojarzona z jego nazwiskiem. Udaje mu się to, co mało kto potrafi – Bieńczyk bierze esej, bierze powieść, trochę też autobiografię i tworzy z nich coś więcej, co od razu opatrzone jest jego autorską sygnaturą, bo wydaje się, że jest to forma niepodrabialna. Pod koniec książki Bieńczyk zapisuje taki dialog z tytułowym Dawidem:

–    A co ty właściwie teraz piszesz? – spytał Dawid, gdy już wychodziliśmy z parku i mieliśmy przed sobą drobne, jasne pagórki Kamionka.

–    Eseje – odpowiedziałem. – Czy podobnie.

–    Jesienie? – powtórzył. – Coś o jesieni?

I tak jest. Bieńczyk pisze już nie tylko eseje, pisze bardziej „czy podobnie”, a to „czy podobnie” pozwala odkryć cały jest kunszt pisarski, na chwilę zapomnieć o bożym świecie i oddać się czarom.

 Paweł T. Kulpiński

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *