Czy zło jest dziedziczne? Wokół powieści Idy Linde „Mama mordercy”

Ilustracja: Łucja Stachurska

Główna bohaterka powieści Idy Linde ma na imię Henrietta i nie mówi za wiele o własnej przeszłości. Kobieta wspomina tylko o trudnej relacji z arogancką matką: „Obok niej byłam zawsze niewidzialna, o wprost wulgarnie zwyczajnym wyglądzie”. Mimo tego próbowała zwrócić na siebie jej uwagę i być tak odważna jak ona. Dlatego gdy pewnego dnia wracała ze szkoły i zobaczyła na drodze rannego lisa, przebiegła przez jezdnię i zepchnęła go na pobocze. Wydawało jej się, że tym czynem uratowała mu życie, ale zwierzę nadal się nie ruszało. Nie rozumiała, dlaczego jej „odważne” działanie okazało się nieskuteczne. Z poczucia bezradności podeszła do lisa i skręciła mu kark.

Mimo że mamy tu do czynienia z pewną świadomością podmiotu (celem było uratowanie zwierzęcia i zyskanie w oczach matki), ta sytuacja przypomina mi o kilku innych zachowaniach postaci dziecięcych w literaturze. Jedno z nich wiąże się z małą dziewczynką z wiersza Wisławy Szymborskiej (Mała dziewczynka ściąga obrus). Dlaczego kilkulatka ściągnęła obrus, na którym były „szklanki, talerzyki, dzbanuszek z mlekiem, łyżeczki, miseczka”? Z ciekawości. Z nieświadomości. Z braku wiedzy o istnieniu jakiegoś Newtona ostrzegającego przed tego typu czynnościami. Podobna scenka rozgrywa się też w jednym z opowiadań Iwaszkiewicza, a autor opatruje ją refleksją, że w tym przypadku uczynienie zła wynikało z dziecięcej nieświadomości, ale za kolejne jego przejawy trzeba już będzie wziąć odpowiedzialność. Ostatni przykład dotyczy epizodu z życia świętego Augustyna, który w swojej duchowej autobiografii (Wyznania) opisuje kradzież gruszek: „Ja i paru podobnych do mnie młodych nicponiów poszliśmy otrząsnąć gruszę i zabrać owoce. Było to późną nocą”. Święty Augustyn tłumaczy, że gruszki nie były nawet smaczne – chłopcy ukradli je, bo dostrzegli uciechę w popełnieniu zabronionego czynu i uświadomili sobie, że człowiek ma naturalną skłonność do czynienia zła. Święty z Hippony przytacza historię z gruszkami w kontekście próby zrozumienia własnej natury – zagadnienia, na temat którego do dziś toczą się filozoficzne spory. Prawdopodobnie najtrafniej puentuje je święty Paweł w Liście do Rzymian:„(…) łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę” (Rz 7, 18-19). Przewrotnie kwestię tę komentuje Emil Cioran w Złym demiurgu. Filozof twierdzi, że spotykane w historii przypadki dobra wśród ludzi są absolutnie anormalne, ponieważ człowiek w żadnym razie nie skłania się ku dobru. A jeśli czasami uda mu się je uczynić bez żadnego wysiłku lub kalkulacji, oznaczać to może tylko przeoczenie „tam, na górze”.

Mamie mordercy pojawiają się opisy jeszcze kilku „niewinnych” wybryków, a temat zła, śmierci i jej bliskości towarzyszy czytelnikowi do końca lektury. Główna bohaterka wspomina, jak w dorosłym życiu dokonała mordu na gołębiach: „Przypomniało mi się, jak kiedyś razem z Sally maczałyśmy chleb w wódce i karmiłyśmy nim gołębie na balkonie”. Przyznaje, że było to marnotrawstwo wódki, chleba i ptaków, które spadały. Mówi też o tym, że raz w życiu ukarała swojego syna (czego później bardzo żałowała), po tym, jak ten wraz ze swoim kolegą zabili ptaka: „Położyli kamień na puszystej główce i przycisnęli, aż pękła (…). Kiedy podnieśli kamień, krew i kałuża flaków i piór poruszyła coś w ich dziecięcych serduszkach, mój chłopiec podniósł zwłoki nowymi rękawiczkami i pochował w piaskownicy na podwórku”. Ostatecznie może nie ma znaczenia, że zabił, skoro „dziecięce serduszko” zostało poruszone i syn zachował się jak trzeba? Codzienność rodziny zakłócały jeszcze złe sny chłopca. W jednym z nich zapomniał nakarmić kocięta, przez co zdechły, w drugim udusił ekspedientkę w sklepie. Mordercze wizje, w których on był katem, przeplatały się z tymi, w których stawał się ofiarą – zadziobany przez sroki albo wciągnięty w szary otwór: „Wciągało mnie, mamo, powiedział, do środka ziemi, było tam pusto jak w wiecznej otchłani, a potem wyleciałem przez szary otwór”. Ale w powieści dochodzi też do zbrodni rzeczywistej, i tym razem nie na zwierzęciu – chłopiec wydostaje się ze swoich snów i w realnym świecie dusi szesnastolatka.

***

Powieść podzielona jest na dwie części. Pierwsza dotyczy czasu dorastania chłopca, zakończenia roku szkolnego i kończy się wraz z zawiadomieniem o zbrodni. Druga wiąże się z poznaniem Grace, w której bohaterka się zakochuje i dzięki której na nowo potrafi myśleć o przyszłości. Między nimi istnieje wyczuwalna przerwa, którą prawdopodobnie również należałoby nazwać „częścią”; to czas pusty, czas, który powinien się zatrzymać, jak twierdzi Henrietta. Dzięki prostocie i czystości językowej, minimalizmie słownym, konkrecie przeplatanym z głębszą refleksją (czasami chyba nadto banalną) i myślą poetycką, historia „płynie”; czytelnikowi łatwo wejść w świat bohaterki, mimo że treść jest mroczna, ciężka jak gruszki, które ukradł święty Augustyn. Czas staje się tu przekleństwem i źródłem cierpienia; bohaterka zostaje w niego „wrzucona” jak człowiek z koncepcji egzystencjalistów – absurdalnie, bezzasadnie, niesprawiedliwie. I dopiero język i prosta forma historii przynoszą czytelnikowi ulgę, a po wizjach cierpień i nieuchronnej śmierci pozwalają mu przeżyć pewne oczyszczenie. Czytelnik wyzwala się więc, dotykając sztuki, ale być może wyzwala się też autorka jako artystka – i tylko oni są w stanie na moment „zatrzymać” czas. Nie uwalniają się za to główni bohaterowie powieści. Powieści, w której jest duszno, niezdrowo i mrocznie.

Henrietta przyznaje, że jej chłopiec, odkąd go znalazła, ma pękniętą linię życia, i to wzbudza w niej lęk. Już na samym początku powieści domyślamy się, co się wydarzy, nie tylko przez sugestywny tytuł dzieła, ale również dlatego, że chłopiec zadaje mamie pytanie: „Czy kochałabyś mnie, gdybym kogoś zabił?”. Mama kocha go bezwarunkowo. Na co dzień pracuje w redakcji, nie ma najlepszych stosunków ze swoimi kolegami z pracy („Różniło nas moje poczucie, że nie jestem jedną z nich, byłam kimś, kto jest w stanie oddać światu cokolwiek, dlatego musiałam dobierać słowa z wyjątkową troską. Ale jeśli się to robi, nikt nigdy nie pozna człowieka do końca”). Jest odizolowana od świata, nie ma przyjaciół. Widzi więcej niż inni i ma smutne przemyślenia dotyczące współczesnego świata. Mieszka ze swoim chłopcem na ciasnym osiedlu, gdzie okna sąsiadów są tak blisko, że wszyscy mogą się swobodnie podglądać. W jej małym mieszkaniu to chłopiec ma swój pokój z łóżkiem, ona śpi na kanapie, którą składa codziennie, bo „w odróżnieniu nocy od dnia jest to jakieś uczucie przyzwoitości”. Swoje życie podporządkowuje chłopcu: wstaje rano, by zrobić mu śniadanie i wypić z nim kawę. Gdy chłopiec jedzie do szkoły, ona jedzie do pracy. Po pracy wraca prosto do domu, bo jej chłopiec nie powinien być sam. Odmawia sobie lampki wina wieczorem, bo gdyby chłopcu się coś stało, musi być trzeźwa. Codziennie wieczorem sprząta mu pokój, „żeby on mógł z ulgą obudzić się tam rano”. Mimo że chłopiec jest już w wieku maturalnym, nadal okrywa go wieczorem kołdrą, imitującą boisko do koszykówki. Trzyma go za rękę zanim zaśnie i zostawia mu uchylone drzwi w pokoju. Czuwa przy nim, gdy ten ma złe sny, płacze albo nie może zasnąć. Gdy wraca do swojego pokoju, z lękiem przysłuchuje się, czy słychać jego oddech. Każdego wieczora czeka, aż chłopiec wróci do domu, codziennie rano wita go, gdy się budzi. Zdaje sobie sprawę z tego, że chłopiec wie o istnieniu świata znajdującego się poza wieżowcami, ale nigdy nie rozmawia z nim o tym, „że jacyś ludzie mieszkają w innych domach nad wodą” ani o tym, o czym się pisze w gazetach. Tworzy dla niego ciasny świat, w którym są tylko we dwoje, ale z którego on próbuje się odklejać. Dostrzega, że chłopiec dojrzewa: jego ciało rośnie, pojawia się pierwszy zarost; wraca do domu o późnych porach albo przyjmuje u siebie kolegów. Gdy pewnego wieczora do jej domu przychodzą policjanci, Henrietta przeczuwa już, co się stało. Poprawia policjantkę, gdy ta nazywa chłopca synem („to nie jest mój syn”) i pyta, w jaki sposób doszło do morderstwa.

Nie bez powodu mama mordercy zadaje pytanie o sposób zabójstwa. Z powieści dowiadujemy się, że jakiś czas wcześniej z domu zginął nóż, którego bohaterka używała do krojenia warzyw. Już wtedy domyślała się, że zabrał go chłopiec i spodziewała się najgorszego. Henrietta ma silną (i tajemniczą) świadomość swojej śmierci, a dodatkowo stale myśli o tym, że jej chłopiec popełni zbrodnię. Przyczyną tych przeczuć nie jest tylko pytanie wystawiające miłość na próbę („Czy kochałabyś mnie, gdybym kogoś zabił?”). Bohaterce chodzi również o jego koszmary, które sprawiały, że lęk o chłopca przekształcił się w lęk przed nim :„(…) wtedy bałam się, że umrze, liczyłam każdy oddech, kładłam dłoń na jego kruchej klatce piersiowej, żeby upewnić się, że ta unosi się i opada, a teraz bałam się własnej śmierci. Nie że rzeczywiście mógłby mnie zabić, a może dokładnie tak myślałam”. Warto dodać, że w lekturze nie ma żadnej wzmianki o popełnionym złu, ani razu nie pada tam nawet słowo „zło”. Książka wydaje się etycznie wolna. Sama Ida Linde w jednym z wywiadów przyznała, że nie jest pewna, czy zło w ogóle istnieje, a jeśli ewentualnie istnieje, to we współczesnym świecie odpowiedzialne za to są historia i polityka.

Henrietta nie jest biologiczną matką chłopca. Znalazła go porzuconego w wózku i postanowiła się nim zaopiekować („Nie urodziłam go, przyszedł do mnie, a ja go przyjęłam, to wystarczy za rodzicielstwo. Miłość może być impulsem, potem należy wziąć odpowiedzialność przez działanie”). Sama często myśli o śmierci: „Miałam nawyk porządkowania wszystkiego. Rachunków, konserw, uczuć. Nikt nie może się do mnie zbliżyć, nie myśląc o śmierci, często przychodziło mi to do głowy”, „Schowałam ubranie do szafy. Znów to porządkowanie przed śmiercią. Jeśli naprawdę bym teraz umarła, sprzątnięcie mnie trwałoby niecałą godzinę”. Dzieli się wolnymi refleksjami na jej temat, nie zawsze dla czytelnika zrozumiałymi, ale można w nich wyczytać jakiś spokój i afirmację: „Tylko śmierć przybliża mnie do śmierci”, „Czas nigdy nie staje dla człowieka, a potem śmierć robi to raz na zawsze”. Zaczyna się bać dopiero w momencie, gdy jej chłopiec przejmuje po niej złe sny („Ponieważ moje koszmary przeniosły się na chłopca, przestałam śnić”). Syn śni o śmierci, a potem przerażony zwierza się z każdego z koszmarów. Jeden z nich ma dla bohaterki szczególne znaczenie. Gdy chłopiec przywołuje sen, w którym udusił ekspedientkę w sklepie, Henrietta łapie się za szyję, a później długo o tym myśli („Nie opuszczał mnie strach przed jego palcami wokół mojej szyi”). Gdy po dokonaniu zbrodni chłopiec trafia do więzienia, kobieta przypisuje sobie całą winę; twierdzi, że przyczyną morderstwa były sny, które przecież chłopiec „odziedziczył” po niej: „To ja pozwoliłam mu przejść ze snu na jawę przez to, że wystraszyłam się tym, co mu się przyśniło (…). Że objęłam szyję, kiedy opowiedział, jak udusił ekspedientkę. Wiedział, że sądziłam o nim to, czego sam się bał”. Henrietta nazywa siebie tchórzem, bo nie umiała „postawić mu granicy”; twierdzi, że to ona powinna odsiadywać karę, i informuje czytelnika, że w pewien sposób właśnie tak się stanie, gdy jej chłopiec będzie przebywał w zamknięciu.

Drugą część powieści odczytywać można zatem jako karę, gdyż główna bohaterka cierpi i przeklina czas, którego nie może już spędzać ze swoim chłopcem. Jeszcze bardziej izoluje się od świata, odczuwa samotność i ma halucynacje. Popada w „nierzeczywistość”, by ponownie otworzyć się na przyszłość dzięki zakochaniu, a później cierpieć jeszcze bardziej. A gdy nóż, który ją prześladował, w niewyjaśniony sposób pojawia się w domu kochanki, nagle okazuje się, że bohaterowie połączeni są przedziwną siatką zależności i wszystko zaczyna się łączyć w całość.

***

A więc trwają w powieści te dwie: miłość i śmierć. Miłość, która – jak twierdzi Linde – wprawia wszystko w ruch i jest jedynym sensem istnienia, oraz śmierć, która przyjdzie po nas sama lub którą sami weźmiemy. Zastanawia się nad nią nie tylko Henrietta: „Trudno było nie myśleć o rzeczach, które można robić za pomocą noży, ślizgać się, kroić mięso, własne i cudze”, lecz także Cioran: „Coś tak zwyczajnego jak widok noża i świadomość, że tylko od nas zależy określony z niego użytek, daje nam poczucie wszechmocy przechodzące wręcz w megalomanię”. A temat zła stoi w ich cieniu; obecny i niewyjaśniony.

Kinga Sabak

 

Ida Linde, Mama mordercy, przeł. Justyna Czechowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *