
„Nostalgiczne opowieści o blokach to próba pokazania, że na osiedlu nie żyło się tak źle. Zadziwia mnie autoegzotyzacja doświadczenia osiedlowego, jakby to było coś wyjątkowego. A przecież było czymś powszednim, co łączy różnych ludzi z różnych grup społecznych, z różnych miast i małych miejscowości”.
Z Weroniką Parfianowicz, Piotrem Kubkowskim i Igorem Piotrowskim z Instytutu Kultury Polskiej o formach życia osiedlowego rozmawiają Izabela Sandomierska i Tomasz Jędrzejewski.
Czym jest życie osiedlowe?
WP: Przede wszystkim kiedy myślimy o życiu osiedlowym w Europie Środkowej, to zwykle chodzi nam o blokowiska powstałe po drugiej wojnie światowej. Oczywiście życie osiedlowe w tym regionie warunkowały (podobnie zresztą jak w innych częściach świata) systemy polityczne. Dlatego można mu się przyglądać co najmniej z dwóch różnych perspektyw: po pierwsze, śledząc ruchy odgórne: założenia planistów, urbanistów, architektów. Po drugie, patrząc na działania oddolne: sposoby przekształcania i zagospodarowywania przestrzeni osiedlowej przez mieszkańców. W Europie Środkowej życie osiedlowe często stawało się obiektem badań socjologicznych, zwłaszcza wtedy, kiedy okazywało się, że ta przestrzeń nie jest wykorzystywana w taki sposób, jak planowano. Polska socjologia mieszkalnictwa prężnie rozwijała się do końca lat osiemdziesiątych. Ostatnio w humanistyce widać powrót do takiej refleksji.
PK: Stosunkowo niedawno profesor Marek Krajewski w projekcie „Niewidzialne miasto” badał oddolne, niekiedy wręcz wywrotowe taktyki przekształcania przestrzeni osiedlowej przez mieszkańców. Jeśli natomiast chodzi o dawniejsze badania, o których mówiła Weronika, to one zarówno obejmowały kwestię planowania, jak i służyły ewaluacji realizowanych projektów, co było zresztą bliskie intencjom wielu architektów awangardowych. Bo osiedla, które budowano przed wojną, podlegały przynajmniej częściowej ewaluacji: przeprowadzano ankiety z mieszkańcami, sprawdzano, co można ulepszyć itd.
Czy teraz zmienia się nasze widzenie życia osiedlowego? Osiedla budowane w naszej części Europy kojarzono dotychczas z problemami społecznej atomizacji i alienacji.
PK: Atomizację i alienację diagnozuje się jako zjawiska sprzeczne z samą ideą osiedla. W projektach chodziło przecież o to, żeby uwspólnić korytarze budynków, pralnie, suszarnie. Zakładano, że kontakty międzyludzkie nie muszą mieć charakteru wyłącznie towarzyskiego. Mogą opierać się na wspólnej pracy i wspólnych zajęciach, takich jak odprowadzanie dzieci do szkoły.
WP: Jasne, że dawniej na osiedlach niekoniecznie zawiązywały się wspólnoty sąsiedzkie. Ale wielkim uproszczeniem jest twierdzenie, że w naszym regionie postawiono wielkie nieludzkie bloki z maleńkimi mieszkaniami, pełne sfrustrowanych ludzi. Taka narracja rodzi się w latach dziewięćdziesiątych. Jakoś przeoczono fakt, że problemy nie wynikały z architektury osiedlowej, tylko ze wstrząsów ekonomicznych po transformacji. Nie powinniśmy też abstrahować od tego, co się działo na Zachodzie. Zapominamy, że od lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wielkie osiedla w krajach zachodnich również borykały się z problemami. Oczywiście najłatwiej powiedzieć: „To wina bloków”. Często można usłyszeć taką opowieść, że jak ludzie przeprowadzają się na osiedle, od razu wychodzą z nich wszystkie najgorsze cechy, każdy siedzi w tym swoim mieszkanku, nie dba o nic dookoła, wyrzuca śmieci gdzie popadnie, maże graffiti. Ale tę negatywną narrację buduje się z konkretnej perspektywy polityczno-ekonomicznej, takiej, która uprzywilejowuje własność prywatną. Problem z podupadaniem osiedli w Europie Zachodniej i Wschodniej w gruncie rzeczy miał podobne źródła. Państwo odsuwało się od kształtowania polityki mieszkaniowej. Przerzucało ją na aktorów rynkowych – i bloki spółdzielcze degradowały się, bo mieszkańcy wyprowadzali się poza miasto albo do ekskluzywnych osiedli. Pozostawiane mieszkania wynajmowano na krótko, a rotacja mieszkańców uniemożliwiała wytworzenie mocnych więzi sąsiedzkich.
PK: Miniaturą tego, co mówiła Weronika, jest historia osiedla Pruitt-Igoe. To osiedle socjalne w amerykańskim St. Louis było pewnie utopijnym projektem, ale jednak przez jakiś czas funkcjonowało nieźle. Wyburzanie socjalnego osiedla miało stanowić w oczach krytyków symboliczny koniec architektury modernistycznej. Ten obraz w popkulturze często powielano. Dopiero później, między innymi za sprawą dokumentu The Pruitt-Igoe Myth, przedstawiono inną wizję. Otóż kiedy inwestorzy wycofali się z czuwania nad tym miejscem, a zarazem wprowadzili szereg zasad nie do przyjęcia dla mieszkańców, wszystko zakończyło się katastrofą społeczną. W efekcie osiedle podupadło technicznie i cywilizacyjnie. To przykład tego, jak można uprościć historię osiedli, w szczególności osiedli wielkopłytowych, tych wielkoskalowych, ale także dowód, że można snuć inną opowieść. Bardzo ważna jest świadomość realnych przyczyn problemu, dlatego warto ludziom mówić o tym, w jakiej przestrzeni mieszkają, jakie idee przyświecały projektantom. Wtedy mieszkańcy zaczynają swobodniej funkcjonować w swojej przestrzeni.
WP: Albo odczuwają dumę z tego, gdzie mieszkają. Bo jeżeli ciągle słuchamy historii o tym, że żyjemy w takich samych osiedlach z wielkiej płyty, to popadamy w smutek: „No tak, nasze miejsce niczym się nie różni od innych”. Ale jeżeli opowiemy, jak projektowano osiedle, jak żyli pierwsi mieszkańcy, gdzie posadzili pierwsze drzewo, to nagle robi się historia małej ojczyzny. Starsi mieszkańcy, którzy wprowadzali się w latach siedemdziesiątych, stają się dysponentami ważnej wiedzy o czymś wspólnym.
IP: Dla mnie niezupełnie zrozumiałym fenomenem przywiązania do miejsca jest osiedle Marymont-Ruda, które od początku wykorzystywano jako przykład jakiegoś urbanistycznego horrendum, czego dobrym przykładem jest teledysk do piosenki Sztuka latania zespołu Lady Pank. Nie dość, że te dwudziestopiętrowe obite blachą punktowce i kilkunastopiętrowe gmaszydła są potwornie brzydkie, to jeszcze nie można ich sensownie odświeżyć, bo nie ma pieniędzy na to, żeby za jednym zamachem wyremontować blok w całości, przez co jest taki patchwork: pół budynku pomalowane na świeży pomarańczowy kolor i pół pozostające szare i brudne. Niebywałe, że ludzie, którzy tam są od początku, nie bardzo chcą się ruszać, a ich dzieci często tam się sprowadzają ze swoimi rodzinami. Znam sporo takich przypadków. Co prawda tam są duże mieszkania, osiedle jest nieźle położone pod względem komunikacyjnym, zwłaszcza od czasu przybliżenia metra. Jest także zielono: Las Bielański, Kępa Potocka nad tzw. kanałkiem, co ma jednak swoje złe strony: wilgoć i komary. Na dodatek fundamenty były kładzione poniżej koryta Wisły, postawione na palach. Ludzie mają przez to reumatyzm.
PK: Ci z wyższych pięter nie mają reumatyzmu.
IP: No ci z tych wyższych nie mają reumatyzmu! Co najwyżej problemy z ciśnieniem i piękne widoki.
WP: Kiedyś mieszkałam w piętnastopiętrowym bloku. Przez pomyłkę w windzie nie nacisnęłam swojego piętra. Pani, która jechała na piętnaste, powiedziała: „Pani się ze mną przejedzie, zobaczy pani, mamy widok jak w Nowym Jorku”.
PK: Niekiedy do tych punktowców przeprowadzali się ludzie, dla których mieszkać wysoko to jak mieszkać w przestworzach. To było coś nowego dla kogoś, kto nie latał samolotem, a przecież do lat dziewięćdziesiątych mało kto latał.
IP: O tym także jest wspomniana Sztuka latania, skądinąd dość przewrotna, bo mimo sugestii tekstowej nikt tam na górę nie wchodzi. Jako dziecko odkryłem z kolegami, że w naszym bloku jest wyłamane wejście na dach. Wchodziliśmy tam po szkole i robiliśmy dziwne rzeczy. Z takich, o których mogę opowiedzieć, to pamiętam, że robiliśmy samolociki z klasówek z geografii.
PK: O dachach można napisać piękną książkę.
IP: O dzieciach można napisać książkę, bo one przeczą wyobrażeniom o alienującej przestrzeni osiedla. Nagle okazuje się, że mnóstwo ludzi spędziło szczęśliwe dzieciństwo na blokowisku.
WP: To integruje rodziców, którzy pilnują dzieci bawiących się na wszystkich tych zwałowiskach płyt i rur, czy w błotnistych odmętach, które wypełniały przestrzeń między blokami świeżo wybudowanych osiedli, zanim pojawiły się place zabaw.
Ale wyalienowanie na osiedlu też istnieje. Jakie są formy wykluczenia w życiu osiedlowym?
IP: Wiadomo, że jak ktoś należał do nauczycielskiej spółdzielni budownictwa mieszkaniowego, to generalnie miał fajniej niż ktoś, kto należał do innej.
WP: Struktura przestrzenna osiedla może hierarchizować i wykluczać. Co prawda idea osiedla społecznego zakłada antyhierarchiczność i egalitarność, ale nie wszystkie punkty osiedla okazują się na przykład dostępne dla starszych. Nie wszystkie mieszkania są jednakowo atrakcyjne. Co nie zmienia faktu, że dzisiaj nie buduje się lepiej niż w PRL: odgradzanie przestrzeni osiedlowej nie wydaje się zbyt egalitarne. Poza tym nowe bloki powstają często na obrzeżach miasta, pojawia się więc cenzus finansowy: trzeba mieć samochód, żeby dotrzeć do centrum.
PK: Przestrzeń osiedli starych, wielkopłytowych sprzyja zabawom i sportowej aktywizacji dzieci. Tymczasem na osiedlach, które buduje się dzisiaj, zwykle stawia się tylko jeden plac zabaw. A jeśli to jest plac zabaw dla dzieci od trzeciego do piątego roku życia, to siedmiolatek nie ma już co robić. Na osiedlu dużego formatu zarówno budowano piaskownice, jak i otwierano fantastyczne tereny do eksploracji dla nastolatków. Powstawały ogólnodostępne boiska, których dzisiaj już się nie uświadczy, chyba że trafi się orlik z reglamentowanym czasem kopania piłki.
WP: Dawniej osiedla projektowano tak, że dzieci były obserwowane nie tylko przez rodziców, którzy mogli wyjrzeć przez okno, lecz także przez społeczność starszych pań, siedzących na ławce i plotkujących. Te panie stanowiły rodzaj instytucji bezpieczeństwa. To trochę to, o czym pisze Jane Jacobs: wzrok nie musi być czymś kontrolująco-karcącym, może być również opiekuńczy. Jeśli patrzy na nas w ten sposób sąsiadka, to czujemy się bezpiecznie, bo jesteśmy we wspólnej przestrzeni.
Czy istnieje coś takiego, jak mentalność osiedlowa, charakterystyczna dla ludzi wychowanych w PRL albo w latach dziewięćdziesiątych?
WP: Powiedziałabym, że jest pewien zbiór doświadczeń, które można mieć, jeśli się mieszkało na osiedlu. Kiedy wyszła nowa książka Beaty Chomątowskiej Betonia. Dom dla każdego, bardzo dużo mówiło się o tym, że około dwunastu milionów osób w Polsce mieszka w budownictwie wielorodzinnym, czyli na ogół w blokach różnej skali. Mamy do czynienia z doświadczeniem ogromnej części społeczeństwa. Zamiast podkreślać tę wspólnotę, przyjęliśmy czarną narrację o tym, jak strasznie mieszka się na blokowisku. Nostalgiczne opowieści o blokach to próba pokazania, że na osiedlu nie żyło się tak źle. Zadziwia mnie swoista autoegzotyzacja doświadczenia życia osiedlowego, jakby to było coś wyjątkowego. A przecież było czymś powszednim, co łączy różnych ludzi z różnych grup społecznych, z różnych miast i małych miejscowości. Myślę, że to wyparcie ma coś wspólnego z dominującym wciąż u nas modelem kultury polskiej wywodzącym się z tradycji ziemiańsko-szlacheckiej, w której bloki są ciałem obcym. A tak naprawdę bloki uratowały ludzi z potwornej nędzy mieszkaniowej, panującej przed wojną, w czasie wojny i tuż po jej zakończeniu.
PK: Istnieje wspólna pamięć o doświadczeniach czy praktykach osób mieszkających na osiedlu. Ci ludzie definiowali się czasami jako słuchacze punka czy rapu, a czasami jako sportowcy amatorzy, np. skejci. Myślę też o wielkich latach koszykówki polskiej, które wprawdzie nigdy nie były wielkie w sensie profesjonalnych wyczynów, ale w kosza grało się powszechnie. Wcześniejsze pokolenie spędzało zimy na ślizgawkach wylewanych na osiedlu. Tak się rodzi wspólnota doświadczenia albo wspólnota pamięci. Tej pamięci dość długo groziła swego rodzaju autocenzura, a dzisiaj ukazuje się masa materiałów obrazujących tamte praktyki. Widać to na portalach nostalgizujących życie w PRL.
Jak obrazy osiedla funkcjonują we współczesnej kulturze? Które teksty są najbardziej symptomatyczne, czy też najlepiej przystają do wspólnych osiedlowych doświadczeń?
PK: Myślę, że jest coś takiego, jak blokowiskowy realizm magiczny, np. Atlas: Doppelganger Dominiki Słowik. Mamy kryminał blokowiskowy, jak Domofon Zygmunta Miłoszewskiego. Są też barejopodobne utwory z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
WP: Więcej twardego realizmu tkwi w powieści Anny Cieplak Lata powyżej zera, są tam wątki dość drastyczne, ale jest też wiele czułości dla osiedlowej codzienności.
PK: Funkcjonuje też coś, co Jakub Majmurek nazwał „klasowym fotosafari”: w typie filmu Roberta Glińskiego Cześć, Tereska, który z jednej strony pretendował do bycia dokumentem, z drugiej strony utrwalił fałszywy obraz biedy i nieuniknionej porażki ludzi żyjących w blokowiskach.
WP: Istnieje nurt duchologiczny: piękne źródła wizualne, opowieści z pionierskich czasów, czyli albumy i pocztówki z miast, których wizytówką stały się te nowe osiedla. Na tych zdjęciach pogoda jest zawsze piękna. W literaturze taką opowieścią o narodzinach nowej miejskiej przestrzeni są trochę Sny i kamienie Magdaleny Tulli.
PK: No i coś z przeciwnego bieguna, a więc narracje à la Filip Springer, gdzie opowiada się o szlachetnych zamiarach architektów i o tym, że nie wyszło, bo byli paskudni komuniści. A teraz można to seksownie sfotografować i na tej fotografii zostanie ujęta genialna idea na przykład Oskara Hansena, niezrozumianego jakoby przez „prostaków”. Tak się to opowiada.
IP: Jestem pod wrażeniem niedawno wydanej książki Mikrotyki Pawła Sołtysa, która nie izoluje rzeczywistości osiedla (nowszego peerelowskiego osiedla z wielkiej płyty) od reszty miasta. Sołtys pokazuje jedność doświadczenia miejskiego, niezależnie, czy bohater znajduje się na Saskiej Kępie, na Grochowie czy na Stegnach. Wszyscy są traktowani z tą samą powagą i czułością. Czasami mówi się o powiązaniach narratora tych opowiadań z Mironem Białoszewskim. Jeśli takie powiązania gdzieś są, to chyba właśnie w takim znoszeniu granic miejskich oraz homeostatycznym spojrzeniu na wszystkie elementy miasta i wszystkich jego użytkowników czy aktorów.