Klęska słowa, czyli o nienaruszalności języka dyskursu miłosnego

Klęska słowa czyli o nienaruszalności języka dyskursu miłosnego

Romansowe historie zwykle wywołują w nas czytelniczy bunt. Naiwnie prowadzona narracja sprawia, że czujemy się oszukani, co niekiedy prowadzi nas wręcz do irytacji. W przestrzeni literatury popularnej dyskurs miłosny konotuje Barthes’owską przyjemność tekstu. Czytelnik, zanurzony w śledzeniu poczynań zakochanego bohatera, oddaje się opowieści opartej na linearności słów. Zdanie staje się tu fetyszem potęgującym pragnienie poznania miłosnych zdarzeń.

Miłość nieustannie pojawia się zarówno w tekstach literackich, jak i w biografiach pisarzy. W obiegu czytelniczym jednych skłania do dramatycznych uniesień, drugich zaś do odłożenia książki na najwyższą półkę. Trudno zatem jednoznacznie stwierdzić, czy literatura potrzebuje miłości. Nierozstrzygalność tej kwestii stanowi – jak sądzę – nieredukowalną właściwość miłosnego dyskursu. I chociaż z całego zbioru romansów potrafiłabym wybrać teksty, w których poza pewną dozą banału dostrzegam coś więcej, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zakochani bohaterowie programowo fundują nam zderzanie się z interpretacyjnym powtórzeniem.

Nietrudno jakąkolwiek historię miłosną ustawić w szeregu z innymi romansami. Teksty scentralizowane wokół określonego pojęcia, oczywiście pojęcia miłości, rzadko kiedy ulegają aktualizacji – tym samym wtrącają nas w porządek znanego już języka. Zazwyczaj po przebrnięciu przez pierwsze strony poznajemy głównego bohatera i jego losy. Niby wszystko się zgadza. Niby, bo w pewnym momencie zaczyna nam on łudząco przypominać innych zakochanych, postaci poprzednich powieści, z którymi mieliśmy do czynienia. Wydawałoby się więc, że książka w tym przypadku jeszcze przed swoim zakończeniem osiąga status dokonanej opowieści, a tak zapisana treść nieprzerwanie wymyka się nawet najbardziej zaawansowanemu czytelnikowi.

Przywołam tu spotkanie Koła Literaturoznawców, które jakiś czas temu przyszło mi poprowadzić. Temat rozważań: Madame Antoniego Libery. Odrzucając wszelkie uprzedzenia, wynikające prawdopodobnie z wcześniej usłyszanych głosów krytyki, postanowiłam odnaleźć w sobie pokłady wyrozumiałości dla infantylnej postawy bohatera. Trzeba przyznać, że wraz z kolejnymi linijkami powieści okazywało się to coraz większym wyzwaniem. Ostatecznie, trochę w kontrze, podjęłam próbę zaznaczenia osobności książki.

Kłopotów nastręczało odnalezienie czegoś, co odróżniłoby Madame od reszty tego rodzaju tekstów. Sukces przedsięwzięcia, jak i całej dyskusji nie przekonał mnie jednak do zasadności roztrząsania tej kwestii na polu literatury. Zgodziłabym się z tym, że mówienie o dziejach miłości sprowadza się wyłącznie do przedstawienia dyskursu miłosnego.

Swego czasu uczynił to – wspomniany już przeze mnie – Roland Barthes. Teoretyk zrezygnował jednak z opisu dyskursu na rzecz jego inscenizacji, pozwalając tym samym zaistnieć głosowi zakochanego. Zapis pierwszoosobowej mowy ujawnia językową ułomność podmiotu. Jak pisał Barthes: „(…) mój język będzie zawsze błądził, jąkał się, próbując je wypowiedzieć, lecz za każdym razem wydam z siebie tylko słowo puste (…)”[1]. Namnażanie kolejnych zdań nie niesie za sobą żadnej logiki, która mogłaby wskazywać na zachowanie idiolektu. Zakochany jest więc naznaczony przez klęskę słowa oraz pęknięcie tożsamości, wobec czego niemożliwe staje się samodzielne tworzenie znaków. Jego mowa okazuje się nieustannym powielaniem pojęć, co w doświadczaniu literatury jawi się jako lekturowa tautologia.

Sam Barthes dostrzegał w figurze zakochanego możliwość wyjścia poza językowy bagaż i zwrócenia się ku bezpośredniej mowie, nieobciążonej dodatkowym komentarzem, a co za tym idzie – zniesienia dominacji poszczególnych znaczeń. Tymczasem nienaruszalność języka dyskursu co i rusz wytycza kolejne granice interpretacji, w efekcie czego zamiast perspektywy wielowykładalności tekstu otrzymujemy niemożność nałożenia na tekst nowej siatki znaczeń.

Główne (a być może jedyne) zadanie czytelnika polega więc na zrekonstruowaniu przedstawionej rzeczywistości, w której zakochany niekiedy wykracza poza rejestr symboliczny. Sartre napisał niegdyś: „Twierdzenie, że przedmiot jest dany jako obraz i zarazem jako pojęcie, jest równie absurdalne jak mówienie o jakimś ciele, że jest stałe, a jednocześnie lotne”[2]. Ujmując rzecz nieco prościej, wyobrażenie zawsze zwraca się w stronę tego, co poza pojęciem. Tym samym wykluczony z języka zakochany kieruje się ku wyobraźni, by powołać do życia utopijny antyświat. Niezależnie od tego, czy wyobrażone sceny dotyczą faktycznych momentów należących do przeszłości, czy tych stanowiących fantazję, ukonstytuowane w świadomości do pewnego stopnia stają się dla zakochanego realne. Imaginacja, będąca ekwiwalentem świata zewnętrznego, pozwala odczuć choćby znikomą obecność ukochanego, pogłębiając zarazem językową przepaść.

Ta swoista bariera słowa wydaje się nie tyle konsekwencją, co warunkiem dyskursu. Ogniskuje się on bowiem wokół niewyrażalności miłosnego podmiotu; „(…) właściwością pragnienia jest to, że może ono wytworzyć jedynie wypowiedź niewłaściwą”[3]. Kaleki język zakochanego można by zatem uznać za fundament całego doświadczenia. Każda próba definicji czy nadania mu miana oznaczałaby zerwanie łańcucha, dzięki któremu dyskurs ma szansę istnieć. W obliczu takiej przyległości lektura nie zapowiada wytwarzania tekstu. Bardziej oczywisty zdaje się proces mniej złożony – oparty się na przymusie ciągłego powtarzania.

Należałoby uznać, że w świecie miłości wszystko zostało już powiedziane. Mimo dość częstych niedopowiedzeń w pojedynczych historiach na próżno szukać znaku zapytania, który pozwoliłby zostać z tekstem nieco dłużej i wejść z nim w dialog. Czytelnik nie zostaje tu w żaden sposób zaproszony do dyskusji czy chociażby nieśmiało zagadany. Wypełnienie pustych miejsc niewątpliwie pomogłoby zrozumieć (nierzadko enigmatyczne) uczucia zakochanych bohaterów. Przypuszczam jednak, że nie prowadziłoby to do przepracowania dyskursu miłosnego na nowo. Nie wypada on bowiem z ram gotowych struktur językowych.

Nic dziwnego, że krytyka historii miłosnych najczęściej przysparza niemało trudności. Gdybym miała w jakiś sposób usytuować te utwory na literackiej osi, najpewniej umieściłabym je po stronie narracji, które aspirują do bycia literaturą. Nie mam bynajmniej na myśli złośliwego wbijania szpilek czy deprecjonowania tych tekstów: nikt nie oczekuje, by stawiały diagnozy o rzeczywistości. Wiadomo, że nie temu służą – mają raczej gwarantować czytelnikowi bezpieczną przystań. Chodziłoby mi raczej o kwestię konfrontacji z tekstem, w wyniku której nie dostajemy pełnego dostępu do treści.

Omijanie szerokim łukiem uczuć rozwijających się między bohaterami byłoby zapewne najlepszym wyjściem. Podejrzewam jednak, że u każdego z nas nie zawsze górę bierze rozsądek, a zatem może ciekawiej byłoby od czasu do czasu wystawić się na ten rodzaj przeżyć.

Aleksandra Ciechomska

[1] R. Barthes, Fragmenty dyskursu miłosnego, przeł. M. Bieńczyk, Warszawa 2011, s. 33.

[2] J. P. Sartre, Wyobrażenie, przeł. P. Beylin, Warszawa 2012, s. 35.

[3] R. Barthes, op. cit., s. 35.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *