
„Roussel pisze źle i nieciekawie. Z kart książek wieje nudą, lodowym chłodem i monotonią. Ich lektura zniechęca i odpycha. Aż trudno doczytać do końca” – uważa nawet badacz francuskiego autora. Czy istnieje jakikolwiek powód, żeby czytać niedawno wznowiony Locus Solus? Co może nam dać lektura tej „powieści”?
Już po kilku stronach Locus Solus werdykt wydaje się oczywisty: tej książki nie da się czytać. Doprawdy trudno nieraz dokończyć stronę. Utwór posiada szczątkową fabułę: Martial Canterel, wszechstronny naukowiec, oprowadza przyjaciół (jest wśród nich narrator) po swojej posiadłości Locus Solus:
Jako punkt docelowy mistrz obrał teraz coś w rodzaju gigantycznego diamentu, który wznosił się na krańcu esplanady i przez swój nadzwyczajny blask wielokrotnie już przyciągał z dala nasze spojrzenia.
Zaokrąglony na kształt elipsy niesamowity ów klejnot, wysoki na dwa metry i szeroki na trzy, w pełnym słońcu raził promieniami, które otaczały go ze wszystkich stron jak wiązki ogni. Osadzony nieruchomo na niewysokiej sztucznej skale, w którą ujęta była jego stosunkowo mała podstawa, miał fasetowy szlif jak prawdziwy szlachetny kamień i zdawał się zawierać rozmaite ruchome przedmioty (…).
A nie był to statek obcych. Większość książki zajmują opisy umieszczonych w ogrodach dziwnych urządzeń, nierealnych wynalazków, nieistniejących układów, eksponatów i eksperymentów. Zawsze, kiedy trafiam w literaturze na długie opisy, nie wysilam wyobraźni, która nie lubi pracować, tylko chciałaby być uwodzona. Dziwne pisanie nie zdobędzie czytelnika, jeśli nie obiecuje skarbu o wielkiej wartości. Obszerna (300 stron) nuda i chłód Locus Solus każą zapytać: kim był Roussel? I czy istnieje jakikolwiek powód, dla którego warto go czytać?
Miłość i Metoda
Ten dziedzic olbrzymiej fortuny wszystkie pieniądze przeznaczył na wydawanie dzieł, za jego życia niemal jednogłośnie odrzuconych przez krytykę, i na zachcianki. Lękając się kontaktu ze światem zewnętrznym, podróżował w „luksusowym samochodzie-przyczepie”, zaopatrzonym w „salon, sypialnię, studio, łazienkę i stróżówkę”. Jadał jeden posiłek dziennie, ale złożony z kilkunastu wyszukanych dań. Odbywał światowe podróże, do Nowego Jorku, do Pekinu, ale zazwyczaj nie opuszczał hotelowego apartamentu. Ponoć przypłynął okrętem do Indii, rzekł: „A więc to są Indie” i natychmiast wsiadł na statek płynący z powrotem do Francji. Przez 23 lata utrzymywał platoniczną kochankę na pokaz, która pomogła mu wyreżyserować groteskowe samobójstwo. Andrzej Sosnowski zauważa, że jeśli zrobimy działanie na latach życia Roussela (1877-1933) – zatrzymując się na rzędzie dziesiątek – otrzymamy 44. Czy to wszystko jest ciekawe? Niezbyt. Raczej zaplanowane dziwactwo.
Nazywano go „stukniętym” i „klinicznym grafomanem”. Dopiero po śmierci doczekał się aplauzu awangardy (Leiris, Duchamp, Breton, Cocteau, Butor, Robbe-Grillet) i poststrukturalistów (Foucault, który napisał o Rousselu całą książkę, Kristeva, Deleuze). Doskonałe rekomendacje! Ale czy to aby dobrze świadczy o autorze? Dziś często bywa tak, że literatura staje się zrozumiała tylko dla specjalistów, że pisarze piszą tylko dla pisarzy albo dla filozofów, którzy wychwalają pod niebiosa niezrozumiałe powieści. Potencjalny czytelnik literatury zaawansowanej musi być znawcą komentarzy. Czucie literatury przez eksperta i przez tego tajemniczego kogoś, kto nie jest ekspertem, a zarazem nie pogardziłby sztuką (jest jeszcze ktoś taki, czy już straciliśmy go z oczu?), skrajnie różnią się od siebie. Abstrakcyjne, ściśle mózgowe przyjemności dostępne są niewielu.
Zresztą trudno mówić nawet o przyjemności. Pierre Janet, psycholog Roussela, wiązał jego pasję literacką z chorobą psychiczną: pisarz miał cierpieć na mizoneizm – niechęć do wszystkiego, co nowe (i – co popularne). Zadręczał swój umysł nieustannymi myślami o tym, że już niemal każdy mieszczanin może zażywać kąpieli w wannie, że podróż samolotem ponad Europą trwa tylko kilka godzin, że byle adwokat zażywa luksusów króla Francji. Nienawidził zbędnych czynności, nie utrzymywał prawie kontaktów towarzyskich, bo trzeba „wysyłać kartki z powinszowankami lub kondolencjami”. Zarazem zaznał w życiu wielkiej szczęśliwości, stanu niemal mistycznego – czy raczej maniakalnego – kiedy w wieku 19 lat odkrył powołanie literackie. W tamte dni zaciągał zasłony w pokoju, by wielka światłość nie oślepiła świata, odczuwał tryumf, chwałę, idealną czystość umysłu, ale właśnie w tych najwspanialszych chwilach prawie nie pisał, tylko w bezruchu siedział przy biurku. Kiedy ten stan przeminął, Raymond popadł w martwotę, chorobliwe odrętwienie. Reszta życia była zmaganiem się, jak twierdzi Bogdan Banasiak, polski ekspert od Roussela, „słońca ekstazy” z „nocą melancholii”.
Na czym polegało to pisanie? „Wybierałem dwa niemal bliźniacze słowa. Na przykład billard [bilard] i pillard [łupieżca]. Następnie dołączałem do nich takie same słowa, ale brane w dwóch różnych znaczeniach, i w ten sposób otrzymywałem dwa niemal identyczne zdania”. Gra selekcji i kombinacji odbywa się jak gdyby samodzielnie, z minimalnym udziałem autora. Andrzej Sosnowski prezentuje przykład polski: z wyrażenia „dwurzędowa marynarka z weluru” można wyprowadzić obraz „flotylli fenickich (dwurzędowych) okrętów z miękkiej skóry o bardzo aksamitnej powierzchni, które mogą jeszcze na dodatek płynąć po dwurzędowy jęczmień – i tak dalej, od słowa do słowa”. Druga metoda wykorzystuje homonimię: to już nie „dwurzędowa marynarka z weluru”, ale „duża wdowa Maryna łka swe… z chóru”. Oczywiście, we francuszczyźnie stworzymy więcej takich zabaw językowych i będą one brzmiały tylko absurdalnie.
W Nouvelles Impressions d’Afrique, utworze nieprzetłumaczonym na polski, w którym Roussel doprowadził „metody” do granic czytelności, „nie można odkryć żadnego wątku, żadnego logicznego rozwoju akcji, żadnego toku myśli”. W Locus Solus autor trochę się pohamował: przechadzki mistrza Canterela i jego gości po osobliwych ogrodach to w końcu jest pewna zalążkowa sytuacja, choć maksymalnie sztuczna. „Odnosi się wrażenie – pisał Cezary Rowiński – jakby Roussel chciał ująć twórczość literacką w karby żelaznych reguł i praw, które wychodząc od przypadku mają w procesie pisania okiełznać przypadek i wyeliminować wszelką grę wyobraźni”. Pisarstwo to „rozgrywa się na powierzchni języka (bo on o niczym nie chce opowiadać), a zatem ma niejako walor czysto formalny”.
Chyba już przejrzeliśmy Roussela. Dzisiaj wielu pisarzy podkreśla swoją świadomość języka jako powierzchni, co więcej, czyni tę świadomość bohaterką swoich książek, jak gdyby chodziło o ciekawy wątek czy niezapomnianą postać. Za wszelką cenę chcąc odróżnić się od poprzedników, pisarz tworzy dzieło niedostępne dla nieprzygotowanego odbiorcy. Widzimy roztrzaskane fragmenty świata, a obok tabliczkę z napisem: język jest rzeczą sztuczną, systemem idealnym, nic w literaturze tak naprawdę nie istnieje, a może w ogóle nic nie istnieje, zaś jeśli istnieje, nie da się tego opowiedzieć. I znów: czytelnik literatury zaawansowanej „musi” odrzucić własne pragnienie, by przeczytać utwór realistyczny, z przeciętnymi bohaterami, bieżącą historią i szczyptą metafizyki. Czy jest jakieś „a jednak”? Chciałbym opowiedzieć o książce Roussela, nie odwołując się do zewnętrznych komentarzy i biografii, która zawsze daje tylko dwuznaczne informacje. Narażę Locus Solus na uproszczenia, pójdę ścieżką niepewną.
Ożywianie trupów
Jeśli wyobrazimy sobie tę działalność w stylu realistycznym, trudno o coś bardziej odrażającego. Jaki dyktator powstrzymałby się przed taką zabawą, mając dostępne środki? Za pomocą substancji chemicznych (fikcyjnych) oraz elektryczności mistrz Canterel uruchamia ciała zmarłych w chłodnym pawilonie. Zwłoki bezwiednie powtarzają czynności, które wykonywali ludzie żywi, w odpowiednio przygotowanych pokojach z rekwizytami. Można „obudzić” ukochaną osobę albo rozwiązać tajemnicę zbrodni. Fizjologiczne szczegóły oczywiście nie są opisane. Zrozpaczeni członkowie rodzin tak po prostu chcą tchnąć pozór życia w głowę Dantona, wiekowego starca, piękną Ethelfledę, różnych artystów, których przedwcześnie śmierć zabrała. I wtedy, nagle, w połowie książki, sam Roussel jakby ożywa. Pojawiają się fabuły. Po takim mozole.
Jedna z anegdot przypomina Borgesowski Tajemny cud; inna pozwoliłaby komuś pochopnemu napisać „prorok”, bo pojawia się w niej (Locus Solus wydano w 1914 r.) odbity w paznokciach elegantki obraz Europy całej w czerwieni. Wszystkie te historie łączy rozczarowanie, oczywistość, naiwność. Jak pisze Banasiak, wydarzenia u Roussela są „pozbawione wszelkiego prawdopodobieństwa, uczucia – jawnie konwencjonalne, symbole – oklepane, metafory – zużyte”. Niewątpliwie można się z tym sądem zgodzić i nie zgodzić. Fabuły Roussela przypominają zmutowane Trzy opowieści Flauberta. Perypetie są śmieszne, łącznie z zabójstwami, wszystko opowiedziane jest z wielkim dystansem i w nastroju łagodnego humoru, elegancki styl przechowuje każdy detal. Uspokojeni, że nareszcie coś się dzieje, godzimy się na to, że będziemy obserwować, jak pisarz sam ze sobą gra w szachy (Roussel często się tak bawił). Skąd taka zmiana w tym dziwnym pisaniu?
Weźmy jedną z anegdot bez puenty. Canterel ma ożywić aktora nazwiskiem Lauze, który grał kiedyś tytułową rolę w sztuce Roland de Mendebourg (chwyt szkatułkowy; nieraz w połowie takiej opowiastki zapominałem, kto był jej pierwszym bohaterem). Rolanda, średniowiecznego możnowładcę i miłośnika nauk, chciał oszukać jego służący, Quentin. Opłacił więc rozbójników, by ci pochwycili szlachcica i zmusili do pisemnego zrzeczenia się majątku. Napadnięty, Roland spokojnie przystaje na to żądanie, bowiem opryszkowie nie domagają się, by narysował na piśmie swoją winietę. Chodzi o drobny rysunek, jaki francuscy rycerze wciąż umieszczają na swoich oficjalnych dokumentach, na pamiątkę czasów, kiedy mało kto potrafił pisać (Roussela w ogóle zajmują ryty, ryciny, pieczęcie i inne dzieła kunsztu, piękne i delikatne). W przypadku Rolanda znakiem był kob – wizerunek konia rasy angielskiej.
Niewidzialny dla możnowładcy, kob znajdował się jednak na dokumencie, ukryty pod przemyślnie zagiętym i sklejonym przez Quentina papierem (Roussel uwielbia opisywać, jak sprytny człowiek wytrwałą pracą rąk niezauważalnie zmienia jakiś obiekt). Następnego dnia herszt rozbójników, Ruscassier, działając w porozumieniu ze swoim zleceniodawcą, przychodzi do Rolanda i domaga się przekazania majątku (warto dodać, że w dokumencie Roland zobowiązał się, by nie zemścić się zawczasu na swoich wierzycielach). „– Doprawdy, skrypt dłużny?… A cóż tam jest w podpisie? – Kob – odpowiedział Ruscassier”.
Roland, obracając głowę do mówiącego, niemal skręcił sobie kark (pożyczam frazę z książki dla dzieci). Poczuł ból w miejscu, w którym tuż po jego narodzinach znajomy astrolog, według jeszcze jednego rodzinnego zwyczaju, umieścił pod skórą namagnesowane igiełki, mające zapewniać mu dozgonną opiekę gwiazdy, pod którą się urodził (była to Betelgeza). Spiskowcy przejmują zamek i bogactwa. Na wygnaniu były dziedzic przypomina sobie i analizuje osobliwy, nigdy wcześniej nie doznany w takim natężeniu ból, który poczuł, kiedy obrócił głowę do Ruscassiera na straszne słowo „kob”.
Pewnego razu udaje się Rolandowi powtórzyć doświadczenie. Szczególny ból w szyi odczuwa tylko wtedy, kiedy namagnesowane igiełki wymierzone są w kierunku północnym. Roland konstruuje dla króla Francji „żeglowniczkę”, pierwszy prymitywny kompas. Zostaje obsypany złotem, dzięki czemu może odkupić utraconą posiadłość i odzyskać majątek. Quentin i Ruscassier nie mogą mu przeszkodzić, bo zepsuły ich uciechy.
Osobliwa i przydługa opowieść, która wycina w pień oczekiwania czytelnika. Narrator opowiada epizod z igiełkami na początku – przemieściłem go bliżej zakończenia całego opowiadania, żeby podkreślić, jak bardzo Roussel stara się pozbyć suspensu. Typowe chwyty narracyjne zostają wyśmiane. Literatura realistyczna próbuje odnosić się do rzeczywistości; Roussel pokazuje, że próby te są skazane na porażkę, ponieważ wszystko i tak zastyga w konwencji. Jak gdyby chciał nam powiedzieć: jeśli mamy uprawiać czystą literaturę, musimy powrócić do krainy baśni, rycerzy i rzezimieszków. Nie ma sensu starać się o realizm, bo nawet najdoskonalsza powieść wyda się nam kiedyś równie prawdziwa, co stare baśnie.
Normalny pisarz
Jeśli dobrze poszukać, znajdziemy u Roussela wątki spotykane w normalniejszej literaturze. Opowieść o Rolandzie mówi w końcu o kimś, kto za cenę wielkiej straty odnajduje jeszcze większy skarb, odzyskuje to, co utracił, i zdobywa wieczną sławę. Inaczej, niż zazwyczaj bywa w życiu, katastrofa okazuje się nieistotna, a nawet prowadzi do zysku. Domyślamy się, że to sam pisarz kryje się pod postacią dziwnego Hioba: wyrzeka się życia, by odzyskać je w sztuce i dać kompas czytelnikom, żeglarzom nieznanych wód.
Jakie jest znaczenie ożywiania trupów? Podpowiedź przynosi inna anegdota (anegdota w anegdocie):
Sześć miesięcy wcześniej złożył Jerjeckowi w Paryżu wizytę niejaki Barioulet, wzbogacony kupiec z Tuluzy, do lat pięćdziesięciu kawaler, teraz zaś wybierający się poślubić w nieokreślonym jeszcze terminie dziewczynę ze swoich stron, którą urzekł jego wielki majątek.
Kupiec, okropnie zakochany jak każdy pięćdziesięciolatek obałamucony przez młodziutkie dziewczę, z okazji swego ślubu pragnął ofiarować każdemu z przyjaciół jakiś cenny przedmiot (…).
Związek „człowieka w sile wieku” z dziewczęciem! Ależ to sztampa! Ale mogę tak powiedzieć tylko jeśli zachowuję chłodny umysł. Kiedy pierwszy raz czytałem te zdania, w mojej pamięci powrócił obraz bliźniaczy do tego, o którym opowiada artysta. Pisarz, jak twierdził Proust, jest kimś, kto naśladuje nasze skryte myśli, werbalizuje to, co tylko przeczuwamy. Jeśli przez chwilę odczuwałem słabość do realizmu i pisarz przypadkiem „powiedział” mi coś, co odniosłem do rzeczywistego życia, nie ma już chłodnej lektury.
W „ciepłych” momentach lektury, momentach nieprofesjonalnych, łączę sterylny tekst Roussela z czymś, co kiedyś widziałem, o czym słyszałem, co muskało mnie jak pluszczący strumień, realne i dalekie. Pomimo całej sztuczności zawsze pożądam kresu konwencji, powrotu literatury do ciała. Tak jak Schwob i Borges, Roussel wiedział, że życie nachalnie naśladuje literaturę, że historia powtarza się jako farsa, że kopia, zwyczajna w sztuce, w życiu jest czymś toksycznym, potwornym. Doprowadził do szczytu kunszt tworzenia i czytania utworu literackiego jako aluzji do innych światów, w tym tajemnego, nieopowiedzianego świata przeżyć własnych autora. Okrągłe zdania jego prozy możemy czytać, jakby pochodziły z najlepszej powieści. Pisarz z łotrzykowskim uśmieszkiem udowadnia nam nasze słabości. Tak naprawdę nie wiemy nic o byciu twórcą, bo nie umiemy się idealnie zdystansować. Roussel jednocześnie przebywa w literackiej formalinie i zna najciekawsze ludzkie doświadczenie, namiętność i niespełnienie, śmieszność i pasję, uwielbia się przyglądać i domyślać. Pozornie porzucając życie, posiadł je w nadmiarze. „A więc to są Indie!”. Gra zaczyna się od nowa.
Punkt
Jeśli Roussel był geniuszem – słowo to często pojawia się u komentatorów – był nim tylko w jednej kwestii. Zresztą być może w świecie, w którym nikt nie jest w stanie posiąść kilku dziedzin wiedzy, na miano geniusza zasługuje tylko specjalista-wizjoner, który odkrył palący, a jeszcze nierozwiązany problem.
W czasach, kiedy żył Roussel, na przełomie XIX i XX wieku, pisarze i filozofowie dokonali – jak już pośrednio wspominałem – wielkiego odkrycia. Każdy język możemy uznać za ideologiczny, zaangażowany. Każda narracja projektuje z góry swoje zakończenie. Historia miłości kończy się happy endem, opowieść o dzielnych rewolucjonistach – triumfem słusznego systemu, bajka – uśmierceniem wilka. To prawo dotyczy także wysokiej literatury, której konwencjonalizacja grozi jak nigdy wcześniej. Jeśli pewnego dnia wszystkie fabuły będą powstawać według ścisłych reguł, literatura stanie się czystą grą językową, pokerem konwencji, grą w to, co znane, i sztuka przestanie się odnawiać. W dużej mierze to wszystko już się wydarzyło. Także fabuły Roussela na pierwszy rzut oka osiągnęły ten ideał sztuczności. Jednak coś przestawiło mi się w głowie podczas lektury i każde zdanie jakby promieniowało nowością i oryginalnością.
Gdyby historię twórcy kompasu Rolanda napisał Borges, na pewno znalazłby sposób, żeby wtrącić, że każdy bóg poszukuje tylko innego boga albo że dla bohatera był to jednak tylko sen we śnie. Roussel powstrzymuje się przed takim gestem. Nie jest ani teistą, ani panteistą; przypomina dobrego mistrza, który szanuje inteligencję ucznia i traktuje go jak równego sobie. Dlatego Foucault napisał o nim, że „w tej lekturze nic nie jest nam obiecane”. Roussela interesuje ta niewiarygodna chwila niezdecydowania – chwila prawdziwie filozoficzna – kiedy myślimy jednocześnie „tak” i „nie”, wahamy się między możliwościami w kompletnej samotności, kiedy nie wybraliśmy jeszcze interpretacji i dzielimy egzystencjalny niepokój pisarza. Oto punkt Roussela: ideologiczne skażenie, estetyczna wtórność, nagabywanie do poparcia jakiejś sprawy – są w sztuce błędem, a nie warunkiem jej istnienia. Ideologów powinno się przyjmować co najwyżej w przedpokoju literatury. Oczywiście, w naszych czasach takie dążenie do czystości sprawia, że dzieło wydaje się nieczytelne, ale jeśli trud potraktujemy jako wyzwanie (jakkolwiek to mało prawdopodobne), otrzymamy w zamian niemałą, trochę zbijającą z tropu przyjemność – i o wiele większą niż wcześniej jasność umysłu.
Czytanie Locus Solus – jeśli nie pomyliłem się w kluczu, jaki tutaj zastosowałem, jeśli nie był to sen – może się wiązać z jedną z najpiękniejszych podróży czytelnika: kiedy znudzeni książką, wątpiący w pisarza, niemal przymuszający się do lektury, nagle stajemy znów wobec jednego z tych czystych zdumień, w które nikt nam potem nie uwierzy.
Przemysław Batorski
Raymond Roussel, Locus Solus, tłumaczyła Anna Wolicka, posłowie Andrzej Sosnowski, PIW, Warszawa 2017, ss. 336.
Zobacz także:
„Milczenie”. Powieść o nieoczekiwanej przemianie
Co powraca, a co znika („Uległość” Michela Houellebecqa)
Miłość, czyli klęska interpretacji. O dwóch powieściach Alberta Moravii