Ćwiczenia z wyobraźni. Bestiariusz Borgesa

Zdjęcie: Natalia Rajszys

Bestiariusz to zbiór utworów na temat zwierząt, kompilacja portretów różnorakich stworzeń, tych rzeczywistych i tych wyobrażonych. Opisywana w bestiariuszach fauna studiowana była pod względem wyglądu, usposobienia, zwyczajów, miejsca zamieszkania czy preferencji dietetycznych. Jeden z najciekawszych nowoczesnych bestiariuszy opracował mistrz twórczej fantazji, Jorge Luis Borges.

Bestiariusz jako gatunek literacki powstał i cieszył się popularnością w średniowieczu. Nieprzypadkowo. Średniowieczni myśliciele postrzegali wszystko, co jest, jako stworzone przez Boga, a jeśli tak, to to, co jest, musi mieć w sobie jakąś boską cząstkę. Te boskie cząstki, obecne w każdym kamieniu, w każdym owadzie i w każdym drzewie, były odczytywane jako wiadomości od Stwórcy. Tym samym, we wszystkim kryła się jakaś boska tajemnica.

Średniowieczne bestiariusze mogą posłużyć za argument w walce ze stereotypem wieków średnich jako „wieków ciemnych”. Trudno bowiem, otworzywszy sobie taki bestiariusz, najczęściej przecudnie ilustrowany[1], postrzegać ich twórców jako ludzi o wąskich umysłach. Liczba wiadomości, precyzja obserwacji, znajomość greckich i rzymskich klasyków, a także porównań i zapożyczeń z legend nieeuropejskich pokazuje nam, że średniowiecze to epoka ludzi ciekawskich i pomysłowych, dla których poznanie to nie tylko instrument, ale i wartość.

Poznanie to było poznaniem innym niż jest obecnie – cosmos uważano za zaszyfrowany komunikat, który, po odgadnięciu, ujawni ukryte zasady moralne, jakimi powinniśmy się kierować. Tymczasem nasze poznanie koncentruje się przede wszystkim na rozumowym tłumaczeniu zjawisk albo objaśnianiu mechanizmów nimi kierujących. Średniowieczne bestiariusze mają oczywiście więcej wspólnego z mitami, legendami i wierzeniami niż współczesne nam „encyklopedie zwierząt”; powstawały przecież w epoce dysponującej odmiennym od dzisiejszego dyskursem teoretycznym. Przedstawione w bestiariuszach stworzenia najczęściej były alegoriami, a to prawd religijnych, a to przestróg etycznych; mogły być też krytyką jakiegoś grzechu lub pochwałą jakiejś cnoty. Choć stopniowo bestiariusze zaczęły odchodzić do lamusa, gatunek znalazł kreatywnych kontynuatorów. Leonardo da Vinci, zafascynowany zwierzętami człowiek renesansu, napisał swój własny Zwierzyniec (nowe wydanie ukazało się parę miesięcy temu nakładem Wydawnictwa Austeria). Swoje poetyckie zwierzyńce stworzyli Guillaume Apollinaire czy, u nas, Jan Brzechwa. Trudno także wyobrazić sobie dobrą prozę fantastyczną bez porządnego bestiariusza; każdy z nas potrafi opisać magiczne stworzenia ze światów wyobrażonych przez C.S. Lewisa, J.R.R. Tolkiena czy J.K. Rowling. Warto przywołać też swoisty bestiariusz filozoficzny wyłaniający się z dzieł Friedricha Nietzschego. Ja jednak proponuję dziś jeszcze inny bestiariusz, prawdopodobnie najważniejszy, jaki powstał w dwudziestym wieku. Mowa o Zoologii fantastycznej (lub Księdze istot zmyślonych[2]) Jorge Luisa Borgesa we współpracy z Margaritą Guerrero. Krótko mówiąc, proponuję udać się na bestiariuszowe Borgesowskie bezludzie. Zobaczmy, co w nim znajdziemy.

Bestiariusz Borgesa jest bestiariuszem „na miarę czasów” (i na skalę możliwości Borgesa, chciałoby się dodać). Składa się na niego sto szesnaście stworów, „jakie w czasie i przestrzeni poczęła ludzka wyobraźnia”. Sto szesnaście stworów zebranych z najróżniejszych literackich zakątków: poprzez mity egipskie, nordyckie legendy, azteckie wierzenia, dzieła Pliniusza, rozprawy sir Thomasa Browne’a, Księgę tysiąca i jednej nocy, Alicję w krainie czarów do mar sennych Kafki. Zoologia fantastyczna nie jest jednak opasłą księgą, każde ze zwierząt zostało opisane w charakterystycznym Borgesowskim stylu: zwięźle i precyzyjnie, notki rzadko kiedy przekraczają jedną stroniczkę. Znajdziemy istoty utrwalone w naszej tradycji, takie jak znającego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość psa cerbera czy centaura, który jest „dwupostaciowy, ale można bez trudu zapomnieć o jego heterogenicznym charakterze i uznać, że w świecie form platońskich istnieje archetyp człowieka czy też konia”. Są też trolle, te z dramatu Ibsena, ale jako żywo ich opis odpowiada również tym naszym, internetowym: „myślą lub usiłują myśleć, że ohydny napar, który sporządzają, jest znakomity i że ich jaskinie to pałace”. Ale dowiedzieć się możemy także o stworach niezakorzenionych w naszej europejskiej kulturze. I tak moim ulubionym jest otwierający bestiariusz A Bao A Qu. Gdyby ktoś z Państwa go szukał, znajdzie go w Indiach, a konkretniej na Wieży Zwycięstwa w Chitorze. Mogą go Państwo wypatrywać, lecz na próżno, to on Państwa znajdzie; gdy ktoś wspina się po schodach wieży, A Bao A Qu pełznie za podróżnikiem, wiesza się jego pięt i z każdym stopniem nabiera formy. Co się dzieje dalej, nie zdradzę – mogą Państwo zajrzeć do bestiariusza lub też poszukać stwora na własną rękę.

Są też historie mniej tajemnicze, ale za to zabawne, a to przecież też się liczy. Możemy się na przykład dowiedzieć o specyficznej argentyńskiej świni – świni w okowach – która ma zwyczaj ślizgania się po kordobańskich torach. Albo o chińskim zającu księżycowym i jego praktykach narkotycznych; ubija on bowiem w swoim księżycowym moździerzu specjalne ziółka, dzięki którym jest nieśmiertelny. Na intrygujące istoty natknie się tutaj czytelnik-filozof: czujący posąg Condillaca czy hipotetyczne zwierzę Lotzego. Z kolei miłośnik literatury dowiedzieć się może o kulisach powstawania jednego z arcydzieł światowej prozy; otóż to szaraczki, życzliwe stworzonka, które Szkotom pomagają w różnych sprawunkach, są pomysłodawcami słynnego literackiego duetu: doktora Jekylla oraz mistera Hyde’a (one też stoją za pomysłem odgryzienia ręki siostrze przez jednego z bohaterów innego dzieła Roberta Louisa Stevensona).

Nie będę dalej streszczać bestiariusza – nie chciałabym przecież zepsuć Państwu przyjemności poznawania tych stworów samodzielnie! Książeczka Borgesa, skonstruowana jak biblioteka (inne miejsce-bezludzie), gubi powszechną antropocentryczną zuchwałość literatury. W jaki sposób udaje się to Borgesowi osiągnąć? Po pierwsze tematycznie, czyniąc ze zwierząt bohaterów pierwszoplanowych. A przecież zwierzęta tak rzadko są bohaterami głównymi! Autor bestiariusza oddaje, choć nie bezpośrednio, głos bytom, które nie mogą same o sobie opowiedzieć. Ale, będąc nieme i zagadkowe, tak nam odmienne i niezbadane, mogą człowieka nauczyć czegoś o nim samym. Po drugie, nie zapominajmy, że bestiariusz Borgesa opowiada o „faunie fantastycznej”. Nie są to znane nam, rzeczywiste zwierzęta – są to stwory fantastyczne.

Fantastyczność jest u Borgesa kategorią nie tylko estetyczną, ale także ontologiczną. Może wydawać się to paradoksalne, jako że Borges zajmuje się, w przeciwieństwie do ontologii, nie tym, co jest, lecz tym, czego nie ma. Ale na tym właśnie polega, według mnie, chwyt Borgesa: obedrzeć to, co realne ze swojego statutu niepodważalności, a temu, co fantastyczne nadać specyficzną realność.

Krótko mówiąc, w specyficznej ontologii Borgesa „realne” zastąpione zostaje obrazem poetyckim, czyli tym, co wykreowane w wyobraźni. Taktyka jest następująca: nasyciwszy intelekt ziemskimi lekturami, Borges zmienia perspektywę wzlatując w sfery fantazji. Tak dzieje się w bestiariuszu, ale chwyt ten pojawił się już w pierwszym opublikowanym tomie opowiadań Argentyńczyka – Powszechnej historii nikczemności – galerii sławnych złoczyńców, takich jak Zheng Shi, chińska przemytniczka opium czy angielski złodziej tożsamości, Arthur Orton. Przetrząsnąwszy wszystkie źródła o sławnych przestępcach, Borges pozwala wyobraźni twórczo ingerować w rzeczywiste biografie, konfabulować fakty i dopisywać historie. Patronuje temu dwuznaczne „być może”. Nie jest więc Borges „uzupełniaczem historii”; tak byłoby, gdyby próbował zaklejać dziury w biografiach. On tymczasem po prostu je przepisuje i wymyśla, podług własnej fantazji. Zabawnym wydarzeniem była publikacja opowiadania Poszukiwanie Al-Mutasima, które jest fikcyjną recenzją książki pewnego hinduskiego autora. Borges dodał tej zmyślonej publikacji równie zmyślonego, choć istniejącego naprawdę wydawcę Victora Gollancza, a przedmowę przypisał znanej pisarce Dorothy L. Sayers. Opowiadanie to zostało potraktowane poważnie, tj. odebrano je jako rzetelną recenzję wydanej książki, a jeden z przyjaciół Borgesa nawet zamówił rzeczoną publikację w londyńskiej księgarni.

Powróćmy jednak do naszego tekstu i jego bezludzi. Ustaliliśmy już, że bestiariusz to królestwo zwierząt, i to zwierząt nie byle jakich, bo fantastycznych. Jeżeli bestiariusz jest królestwem niesamowitych stworów, to znaczy, że człowiek staje się tu nieistotny, niekonieczny. Jak osiąga się tę niekonieczność? Jak dociera się w strefy, gdzie można odpocząć od naszej ludzkiej perspektywy? Za pomocą wyobraźni. Borges, zarówno w bestiariuszu, jak i w innych swoich opowiadaniach, doprowadził do perfekcji wzlatywanie ze świata konieczności do świata możliwości. Jego chwyt polega na odbiciu się od tego, co ziemskie – może to być jakiś mit lub biografia sławnej osoby – i stworzeniu wokół tego całkiem nowej, potencjalnie możliwej, opowieści. Każdy z nas robi to samo, gdy samotniczo oddaje się fantazjowaniu.

Wyobraźnia jest zjawiskiem samotności, udania się na swoiste wewnętrzne bez-ludzie, z dala od ludzkiego tu i teraz. Podkreślmy: należy ją systematycznie ćwiczyć, by wykształcić jej twórcze moce; nie powinniśmy jej także mylić z dumaniem czy rozpamiętywaniem; są to bowiem siły „uziemiające”, czyli marzenia-nieloty. Chodzi raczej, tak rozumiem zasadę Borgesa, o znalezienie takiego wyobrażonego miejsca, gdzieś w górze, z którego znajdziemy inną perspektywę, a wraz z inną perspektywą, zupełnie nowe sposoby poznania. Siebie czy świata, to już zależy od przypadku.

Ale jest jeszcze jedno bezludzie, które dostrzegłam czytając bestiariusz. Bezludzie kolekcjonerstwa. Sądzę, że Zoologię fantastyczną można traktować jako rodzaj literackiej kolekcji stworów wymyślonych, hołd złożony wszystkim opowieściom o zwierzętach, a następnie uwieczniony w postaci tej książeczki. Borges podkreśla, że kolekcja stworzeń niesamowitych nie jest skończona i należy ją dalej uzupełniać – w przedmowie autorzy apelują do “ewentualnych czytelników z Kolumbii czy Paragwaju”, aby przesłali informacje o “potworach ze swych okolic”. Bo też kolekcje rzeczywiście, rzadko kiedy zostają „domknięte”, prawda?

Dlaczego zestawiam kolekcjonerstwo z bezludziem? Otóż kolekcjonowanie wydaje mi się zajęciem wybitnie samotniczym oraz apodmiotowym. Kolekcjoner jako taki jest zupełnie nieistotny; ważne są tylko elementy składające się na kolekcję, każdy jeden z osobna oraz wszystkie razem jako całość. Kolekcja, jak podkreślał znany filozof-zbieracz Walter Benjamin, nie posiada żadnej wartości użytkowej, to jest wartości towaru, który oczywiście funkcjonuje tylko w obiegu ludzkim. W naszym utowarowionym świecie wartości użytkowej trudno się pozbyć; zarówno przedmiotowi jak i zwierzęciu. Nie chodzi już o dość banalną (ale istotną!) refleksję, że utowarowiliśmy zwierzęta. Chodzi też o sam problem literatury i tego, że coraz rzadziej czytamy literaturę „kolekcyjnie”, dla samej kolekcji, to jest dla przedmiotów, który wzbudzają naszą fascynację, choć niekoniecznie potrafimy uzasadnić dlaczego.

Po książeczkę Borgesa sięgamy nie po to, aby się dokształcić albo rozerwać, ale po to, by pobudzić wyobraźnię do działania. Bestiariusz, uważam, jest takim doskonałym ćwiczeniem (z) wyobraźni.

Justyna Trawińska

 

[1] Dostęp do książkowych bestiariuszy jest – zwłaszcza w czasach pandemii – ograniczony. Polecam zerknąć na instagramowy profil @medievalbestiary.

[2] Istnieją dwa wydania polskie, pod dwoma tytułami, oba w przekładzie Zofii Chądzyńskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *