Nasza mała bezludność

Zdjęcie: Natalia Rajszys

Bezludność? W takim razie „bezludna wyspa” – taki jest pierwszy kontekst, który otwiera się przy spotkaniu z tym pojęciem. Można nawet przekornie stwierdzić, że to właśnie ten zapisany (obecnie chyba już bardziej za pośrednictwem opowieści filmowych niż epickich narracji filozoficznych czy awanturniczych) w świadomości powszechnej obraz funduje nasze myślenie o bezludności, a nie odwrotnie.

A myślenie to jest dość niejednoznaczne, choć może niezaskakujące. Przede wszystkim „bezludność” nie jest bezludna. Nie określa się w ten sposób przestrzeni, która obroniła się całkowicie przed ingerencją człowieka. Nie jest to sanktuarium ani nie jest to mickiewiczowski matecznik. Bezludna wyspa w kulturze musi zostać nawiedzona przez człowieka – choćby tylko przez jednego, choćby tylko przez parę dni. Przy całym dowartościowaniu w najnowszych nurtach humanistyki i sztuki podmiotów pozaludzkich, bezludność pozostaje dla nas interesująca tylko w konfrontacji z człowiekiem.

Jeśli nie jest więc po prostu brakiem człowieka, to czym jest? Najbardziej kusi pojęcie samotności i do niego trzeba się jakoś ustosunkować. Na prostą synonimię nie mogę sobie pozwolić – czy to ze względu na zdecydowane różnice, które odczuwam w stosunku do tych dwóch zjawisk, czy też z uwagi na trochę arystotelesowską słabość do przedkładania wielu małych szufladek nad wygodne i obszerne wory pojęciowe .

Samotność kusi między innymi dlatego, że w czasie pandemii stała się przecież wyjątkowo modnym hasłem. I należy wytłumaczyć dlaczego. Wydawać by się mogło, że jest to przecież tak oczywiste – czasy lockdownu, kwarantanna (przymusowa lub dobrowolna), gwałtowne ograniczenie życia społecznego. Z drugiej strony jednak pojawiały się głosy (czasami z domieszką drwiny), że o żadnej samotności nie może być mowy. Dla wielu z nas zamknięcie się w domu nie oznacza/nie oznaczało pustelnictwa. Często ktoś jednak przy nas był – partnerka lub partner, rodzice, dzieci, współlokatorzy. Co więcej, ten ktoś często był z nami aż w nadmiarze – mogliśmy wręcz pragnąć samotności jako skazani na stałą obecność nawet najbardziej ukochanych przez nas osób. Dodajmy do tego jeszcze (przywoływane do znudzenia) „najnowsze technologie” – telefony, niemilknące konwersacje na Messengerze i wideokonferencje (prywatne i profesjonalne) na tysiącu różnych aplikacji. Trudno więc dziwić się, że niektórzy nie widzą korelacji miedzy poczuciem samotności a pandemią.

A jednak związek ten istnieje. Cytat to banalny, ale „samotnym jest się także wśród ludzi”. Nie chodzi przecież o obecność, ale międzyludzką komunię, która może nie zadowolić się wspólnotą „gospodarstwa domowego” lub reakcją „trzymaj się” na Facebooku.

***

No dobrze. Samotność rozebrana, lecz wniosek z tego rozbioru dość pokrętny. Miało być o wykazaniu różnic, a ostatecznie zauważyłem tylko, że zarówno bezludność, jak i samotność nie wiążą się ściśle z brakiem człowieka. Chciałem jednak uwidocznić ten problem, bo mimo wszystko wydaje mi się kluczowy dla rozróżnienia pojęć. I nie chodzi tu tylko o semantykę, lecz o uchwycenie doświadczenia bezludności, które we współczesnym tłocznym świecie wydaje się egzotyczne, lecz dla mnie wciąż istotne dla zrozumienia pewnych zjawisk – powstawania zwyczajów na poziomie rodziny lub narodu, recepcji dzieł kultury opartych na motywie homo viator, transgresji tradycji romantycznych czy modernistycznych.

Postawmy więc problem odwrotnie. Środek Warszawy, „patelnia” przy metrze Centrum. Przedstawiciele organizacji (mniej lub bardziej mainstreamowych) nawołują do podpisania projektu ustawy, mieszanina zapachów gastronomicznych i tekstylnych wydobywa się z przejścia podziemnego wraz z dziarskim chodem tłumów – co można tutaj odczuwać? Samotność – z pewnością. Bezludność – nie wydaje mi się.

Krążymy wciąż wokół problemu relacji podmiotu odczuwającego z drugim człowiekiem i ‑ mimo wszystkiego, co wcześniej zostało napisane ‑ będę utrzymywał, że kluczem do uchwycenia natury obu tych zjawisk i różnic miedzy nimi jest zrozumienie, o jakich aspektach człowieczeństwa mówimy. Samotność sprowadza się dla mnie do problemu porozumiewania się. Można mówić o niej jako braku dialogu z Innym-Przyjacielem (według bachtinowskiej terminologii); można mówić w kategorii lévinasowskiego skazania istniejącego na anonimowość bycia. W najprostszym ujęciu chodzi w niej nie o brak jakiegokolwiek człowieka, lecz o brak konkretnych osób.

Bezludność sprowadza się dla mnie natomiast do doświadczenia przestrzeni bez społeczeństwa. Niekoniecznie społeczności, lecz właśnie społeczeństwa ze swoimi wszelkimi instytucjonalnymi wykładnikami, cywilizacją, siecią relacji – relacji, które wiążą nie tylko poszczególne jednostki, lecz także agresywnie zagarniają przestrzeń pozaludzką w swoje tryby (trochę jak w teorii aktora-sieci).

Doświadczenie bezludności staje się więc czymś pożądanym i wyzwalającym. Siłą rzeczy konotacyjnie wypełnione jest obrazem przyrody czy dzikości. Dzieje się tak z powodu przesytu miejskim charakterem współczesnej kultury – proces uwikłania w instytucje życia społeczeństwa miejskiego dialektycznie konstruuje niechęć do tego, co można nazwać środowiskiem korporacyjnym w szerokim sensie.

Nie bez znaczenia dla skojarzenia natura=bezludność pozostaje także rosnąca świadomość kryzysu ekologicznego, popularność apokaliptycznych wizji postludzkiej Ziemi. W moim odczytaniu czynniki te odgrywają jednak role drugorzędne. Wrogość do społeczeństwa industrialnego czy też postindustrialnego, która wynika z dostrzeżenia katastrofalnych skutków działalności człowieka dla środowiska, może zostać przepracowana za pomocą protestu i innej działalności czy to politycznej, czy to społecznej. Sposób gospodarowania we współczesnym świecie (w powszechnym rozumieniu przynajmniej) jest reformowalny, podczas gdy rosnące odczucie przytłoczenia komplikującą się rzeczywistością społeczną wydaje się nieodwracalnym trendem. Potrzebny jest więc wentyl bezpieczeństwa.

Doświadczenie bezludności, w znaczeniu jakie ja mu nadaję, jest bowiem realizowane i to stosunkowo powszechnie. W formach najróżniejszych, z których niektóre budzą podziw, inne może zażenowanie (z uwagi na nieheroiczny charakter) – wędkowanie, wycieczki górskie czy rowerowe, spływy kajakowe, żeglarstwo, autostop, samotne wycieczki do Indii czy Ameryki Południowej, wyprawy na Mount Everest. Wymieniam te przykłady trochę pod wpływem kończących się lub już zakończonych wakacji. Co roku media społecznościowe przynoszą więcej i więcej podobnych relacji na Instagramie oraz tweetów o ucieczce z miasta.

Ten rok był jednak wyjątkowy. Z przyczyn oczywistych wielu z nas swoje zwyczajowe urlopy spędziło w Polsce, a nie za granicą. Nie wydaje mi się jednak, żeby tłumaczyło to do końca fenomen wakacji 2020. W Palenicy Białczańskiej w Tatrach trzeba było w tym roku z co najmniej dziennym wyprzedzeniem rezerwować miejsce na parkingu, a w Bieszczadach (współczesnym, polskim synonimie bezludności) należało stać w kolejce, by wejść na Tarnicę. Ta nagła popularność nie wynika moim zdaniem z rekompensowania sobie niedoszłych wczasów w Bułgarii czy Turcji, lecz z silnej potrzeby uwolnienia się z opresyjnych procedur aparatu społecznego, czego nie można doświadczyć na all inclusive. W czasie lockdownu to uwikłanie cywilizacyjne objawiło się ze zdwojoną siłą – nakaz izolacji, szczegółowe instrukcje mycia rąk, godziny dla seniorów w sklepach, praca zdalna. Sprzeciw wobec takiego trybu życia jest zrozumiały. Oczywistością jest konieczność zastosowania się do wprowadzonych norm, lecz konieczność rzadko oznacza satysfakcję.

Wakacje 2020 są dla mnie zjawiskiem kompulsywnej i kolektywnej realizacji ucieczki w bezludność. Była to często ucieczka w miarę posiadanych możliwości – zarówno narzuconych przez charakter współczesnego świata, jak i determinowanych przez osobiste preferencje. Mógł być więc to wyjazd na agroturystykę z rodziną, mogło być przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego. Nie uważam, żeby można było bagatelizować to pragnienie z uwagi na brak totalnej bezludności.

To przekonanie pojawiło się u mnie chyba po obejrzeniu w liceum filmu Wszystko za życie (Into the Wild) Seana Penna. Mówię o ekranizacji, nie o książce Jona Krakauera, bo to właśnie film stał się w tym czasie kultowy. Opowiada o pragnieniu bezludności w znaczeniu, które starałem się przedstawić. Pewien element aksjologiczny tego dzieła mnie jednak niepokoi. Trudno wypowiadać tu sądy krytyczne, ponieważ fabuła ma korzenie w rzeczywistej tragedii. Chodzi mi jednak o wymowę samego filmu jako tekstu kultury i abstrahuję od motywacji, które stały za decyzjami realnego Chrisa McCandlessa.

Główny bohater po ukończeniu college’u porzuca dostatnie życie w stosunkowo zamożnej rodzinie amerykańskiej, by stać się wagabundą na obszarze Ameryki Północnej, próbować dorywczych prac i poznawać filozofię hippisów. Już wtedy znajduje się na obrzeżach cywilizacji, lecz jego głównym celem pozostaje całkowita niezależność, pustelnicze życie w głębi Alaski. Udaje mu się: doświadcza tam szczęścia, zjednoczenia z przyrodą i spokoju sumienia. Wkrótce jednak umiera śmiercią głodową. Wszystko za życie.

W historii młodego mężczyzny pojawia się heroizm i coś, co można nazwać przeżyciem metafizycznym. Oglądając ten film, nie mogłem się jednak pozbyć wrażenia, że wybór dokonany bohatera jest przedstawiony jako jedyny słuszny. Że jest albo-albo: można albo wieść pozbawione refleksji wygodne życie miejskie, albo zauważyć nieprzystawalność naszego porządku wartości do zdehumanizowanej cywilizacji industrialnej. Jeśli spotyka nas to drugie, to jedynym wyjściem okazuje się totalne odcięcie się od społeczeństwa. Bezludność przestaje być wytchnieniem, a okazuje się wygnaniem.

Może to naiwne, lecz nie uważam, aby idealiści byli skazani na takie wykluczenie. To tylko dogmatyzm poglądów może doprowadzić do nieumiejętności dostrzeżenia wartości w życiu „ludnym”. Niezgoda na pewne elementy nie musi oznaczać odrzucenia całości. Doświadczenie bezludności, które jest dla mnie osobiście też niezwykle istotne i potrzebne, nie musi oznaczać porzucenia ludzkości.

Piotr Sidorowicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *