Bezludność na mapie miejskiej

Zdjęcie: Natalia Rajszys

Poczucie życia w przeludnionym świecie jest namacalne i nieuniknione, wywoływane bowiem przez czynniki zewnętrzne, a więc takie, których nie można łatwo (ani indywidualnie) zmieniać. W zasięgu większości ludzi leży jednak chałupnicze antidotum: poszukiwanie bezludności, choćby na małą skalę.

Według danych ONZ w 1950 roku na świecie żyło mniej więcej dwa i pół miliarda ludzi. Teraz, w 2020 roku, jest nas już prawie siedem miliardów osiemset milionów. W swoich przewidywaniach na rok 2100 ONZ uwzględnia różne scenariusze, ale najbardziej realistyczne wydają się te, które pokazują dalszy wzrost liczby ludności. Mówienie o przeludnieniu jako zagrożeniu dla ekosystemu Ziemi – a w dłuższej perspektywie także dla nas samych, ponieważ jesteśmy częścią tego ekosystemu i nasze biologiczne przetrwanie zależy od jego dobrostanu – stało się truizmem tak dawno, że zaginęło gdzieś w mrokach kolektywnej pamięci. W 2007 roku inne ważne zjawisko, urbanizacja, osiągnęło swój szczyt: ONZ podaje, że  właśnie wtedy wskaźnik urbanizacji po raz pierwszy w historii ludzkości przekroczył 50%. Dziś w miastach mieszka więcej niż połowa ludzkości.

Twarde dane nie opisują jednak namacalnego życia w tym świecie. Nie oddają codziennego koszmaru jazdy na uczelnię autobusem czy pociągiem zatłoczonym tak bardzo, że nie trzeba nawet łapać za uchwyty, ponieważ do zachowania pionu wystarczy masa ludzka złożona z przypadkowych podróżnych (o miejscu siedzącym nie może wszak marzyć nikt oprócz nielicznych szczęśliwców wsiadających na pierwszym przystanku danej linii). Nie uprzytamniają tego, że latem nawet na dużych pływalniach nie ma możliwości przepłynięcia w linii prostej od jednej krawędzi basenu do drugiej, bo na ograniczonej przestrzeni trzystu czy pięciuset metrów kwadratowych nieustannie przemieszczają się dziesiątki osób. Perfekcyjnym unaocznieniem zurbanizowanego, przeludnionego świata są supermarkety (na obserwację najlepiej wybrać się w popołudnie przed długim weekendem, choć od czasu wprowadzenia niedziel niehandlowych zjawisku zdarza się występować również w standardowe piątki i soboty). Tłumy przewalające się przez zbyt wąskie alejki i umęczone twarze ludzi czekających w czterdziestometrowych kolejkach do kasy stanowią tło dla prawdziwych aktorów tych scen: materialnych dóbr w wózkach i koszykach. Niezliczone towary (w przeważającej części – żywność) w kolorowych opakowaniach natychmiast prowokują pytanie, gdzie się to wszystko zmieści. Tzw. wielosztuki (czy też: wielopaki) wywołują w patrzącym wrażenie, że dwoi, troi, „dziesięcioi” mu się w oczach. Po piekle zatłoczonego supermarketu powrót do mieszkania wydaje się powrotem do prawie utraconej arkadii.

W pewne przestrzenie przeludnienia wchodzi się niejako mimowolnie: jeżeli moim celem są tanie i ogromne zakupy, godzę się na to, że w ciągu godziny przyjdzie mi znaleźć się w wielkiej hali razem z setkami ludzi, z którymi będę rywalizowała o dostęp do pożądanych dóbr. Istnieją również czasoprzestrzenie świadomego poszukiwania przeludnienia, w których liczba jednostek na metr kwadratowy przestaje być niedogodnością, a staje się dodatkową zaletą. Są one ogromne, ale zostają wytyczone na krótko, przemijają, by służyć innym celom. Czasoprzestrzenie pielgrzymek, wielkich manifestacji i wielosettysięcznych koncertów sprawiają, że zgromadzonym ludziom wcale nie przeszkadza rozmiar tłumu, w którym się znajdują. Wręcz przeciwnie: właśnie o to chodzi. Kto kiedykolwiek wybrał się na koncert, na który wszystkie bilety zostały wyprzedane, ten wie: im więcej ludzi śpiewa refren ten samej piosenki, tym lepiej (nawet jeśli organizatorzy nie zadbali o odpowiednie nagłośnienie ze względu na skalę).

Poczucie życia w przeludnionym świecie jest namacalne i nieuniknione, wywoływane bowiem przez czynniki zewnętrzne, a więc takie, których nie można łatwo (ani indywidualnie) zmieniać. W zasięgu większości ludzi leży jednak chałupnicze antidotum: poszukiwanie bezludności, choćby na małą skalę. Bezludność to kategoria niesprecyzowana, wyrosła oczywiście ze skojarzeń z bezludną wyspą, którymi nie zamierzam się tutaj zajmować – Daniel Defoe rozprawił się teoretycznie z tym konceptem już wieki temu. Ale przecież nie trzeba szukać niezamieszkanego przez ludzi skrawka lądu na oceanie, by znaleźć bezludność.

Mnie jakiś czas temu udało się ją znaleźć w pałacu. Tak, mam na myśli prawdziwy pałac, zbudowany trzysta pięćdziesiąt lat temu w stylu francuskiego baroku, małomiasteczkową imitację Wersalu. W następstwie ruiny finansowej arystokratycznych właścicieli na początku XX wieku pałac został wykupiony przez państwo i (w końcu) udostępniony szerokiej publiczności. Przechadzałam się po absurdalnie ogromnych komnatach, które powstały tylko w celu reprezentowania potęgi pierwszych właścicieli – i dzisiaj nie miały już racji bytu. A jednak trwały: ich wymuskany bezruch, zabezpieczony przed najdrobniejszą ingerencją czasu przez troskliwe dłonie konserwatorów dobytków, tylko potęgował wrażenie odarcia z pierwotnego znaczenia. Mimo obszernych komentarzy z audioprzewodnika, nie byłam w stanie wyobrazić sobie w tych wnętrzach żywych postaci ludzkich. Na ścianach wisiały co prawda obrazy z epoki, ale dwuwymiarowe damy i dwuwymiarowi panowie za nic nie chcieli zejść z płócien i po raz kolejny uświetnić pięknych wnętrz swoją obecnością. A przecież pałac został zakonserwowany w oczekiwaniu właśnie na tych ludzi! Nie udało się jednak stworzyć wrażenia, że przybędą. Więc w miejsce po nich wkradła się bezludność.

Dzięki kilkumetrowym oknom, wielkim lustrom i imponująco wysokim salom pałac był wypełniony światłem. Z tego powodu nieliczne wyeksponowane przedmioty – głównie meble i obrazy – utraciły swoją wanitatywną moc i nie były w stanie skierować moich myśli w stronę przemijania. Bezludność tego pałacu polegała na czymś innym. To wnętrze nie potrzebowało już ludzi, ponieważ osiągnęło – bez nich, mimo nich i wbrew nim – doskonałą wewnętrzną harmonię. To ja, z moim ciałem i oddechem, w maseczce i z audioprzewodnikiem, stanowiłam niepasujący element. Zbyt mały, by zburzyć bezludność, którą pałac wprost emanował, ale wnoszący pierwiastek antropocentryzmu – perspektywę, która przecież przykładała do wyrwanego czasowi wnętrza ulotną i subiektywną kategorię bezludności, by przy jej pomocy to wnętrze ująć.

Na tę bezludność natknęłam się wtedy przypadkiem – chciałam tylko zrobić kilka malowniczych zdjęć na Instagram – ale już wcześniej zdarzało mi się wiele razy świadomie poszukiwać bezludności. Nieoceniona jak zawsze okazywała się kultura. Choć zwykle kojarzy się kulturę z tworzeniem więzi (mówi się przecież o uczestniczeniu w kulturze, czyli o współdziałaniu w niej), przy nastawieniu na bezludność może ona stać się znakomitym narzędziem realizacji bezludnych postulatów. Czytanie jako praktyka reprezentuje wtedy bezludność tradycyjną, najbardziej dostępną i (chyba) najłatwiejszą do zrozumienia. Uchwycenie bezludności przy czytaniu nie jest zależne od treści lektury. Przejawia się inaczej: we wzroku czytelniczki skupionym na niewielkim kawałku papieru, jakim jest aktualnie czytana strona; w niemożności zareagowania na dochodzące z drugiego pomieszczenia wołanie współmieszkańców; w zatraceniu na chwilę świadomości, że jest październik 2020 roku i trzeba się martwić losem ludzkości. I chociaż książki mówią przede wszystkim o ludziach, to postaci w nich są pozbawione wielu ludzkich cech: zawieszone w ograniczonym przez liczbę stron świecie tekstu, przeżywające opowieści możliwe do zinterpretowania. Bezludność dobrych książek polega na ich bezlitosnym uporządkowaniu i braku w nich zbędnych elementów. Nie ma tam miejsca na przeludnieniowy chaos.

Inną kulturową praktyką poszukiwania bezludności jest chodzenie do kina. Choć to spostrzeżenie niektórym może się wydawać absurdalne – przecież do kina chodzi się w parach lub w grupach! – coraz więcej osób wybiera się na filmy jedynie we własnym towarzystwie. Decyzja o pierwszej takiej wizycie bywa bardzo stresująca: wystarczy wpisać w wyszukiwarkę frazę „chodzenie do kina samemu”, żeby przekonać się, jak wiele czynników wchodzi tu w grę. Jeśli jednak wziąć pod uwagę perspektywę bezludną, kino okazuje się jedną z najlepszych czasoprzestrzeni do jej poszukiwania. Podczas seansu obowiązują surowe zasady: światła zostają zgaszone, by nie zaburzały odbioru kolorów utrwalonych na taśmie filmowej; spoza sali nie dochodzą żadne dźwięki, a wydawanie ich w jej wnętrzu jest społecznie niepożądane i oddolnie uciszane przez bojowych współtowarzyszy seansu; nie trzeba wymieniać ani słowa z ludźmi, w których towarzystwie spędzi się najbliższe dwie godziny; siedzenia są o wiele bardziej komfortowe niż biurowe krzesło w pracy, na którym spędza się kilka godzin. Kino wytwarza idealne warunki do obcowania z cudzymi opowieściami, a przy tym nie wymaga od widza żadnej reakcji. Przestrzeń współczesnego kina pozwala na prawdziwie immersyjne zanurzenie się w świecie filmu. Nie zawsze tak było – także dzisiaj da się jeszcze znaleźć kinokawiarnie i kina samochodowe, w których zanurzenie się jest możliwe, ale w znacznie mniejszym zakresie. Paradoksalnie to dzięki wyklinanym przez kinofilów multipleksom model immersyjny stał się dominujący.

Bezludność może też wkraść się w sfery, których założeniem było jej zniszczenie. Social media miały ułatwić podtrzymywanie większej liczby kontaktów w krótszym czasie, umożliwić nawiązanie relacji między dalszymi znajomymi. Dzisiaj wiadomo już, jak złudne były te założenia. Największe obecnie platformy – Facebook i Instagram, należące do tych samych właścicieli – bazują na modelu, którego celem jest podtrzymywanie uwagi użytkownika na tyle długo, by obejrzał jak najwięcej reklam. Twitter i TikTok pozwalają zanurzyć się w strumieniu danych: sto czterdzieści znaków na Twitterze albo minuta na TikToku (choć ponad 90% wideo trwa mniej niż trzydzieści sekund). Mniejsze platformy albo naśladują modele większych, do których użytkownicy zdążyli się już przyzwyczaić, albo próbują innych sposobów, lecz tak czy inaczej nie osiągają porównywalnych zasięgów. Social media zminimalizowały konieczność angażowania się w relacje międzyludzkie w internecie: żeby być na bieżąco z interesującymi kwestiami, wystarczy śledzić kilkoro strategicznie ważnych influencerów. Bezludność ma więc też pustą twarz sfrustrowanego miałkością internetowych treści człowieka, który pragnie na zawsze odciąć się od internetu, ale równocześnie nie chce zostać społecznym wyrzutkiem, tą specyficzną osobą, do której trzeba dzwonić albo wysyłać gołębia pocztowego, kiedy ma się do niej jakąś sprawę.

Wszystkie powyższe przykłady stawiały w centralnym punkcie doświadczenie człowieka. To dlatego, że najtrudniej wyobrazić sobie nie-ludzkie sposoby odbierania świata, bezludność idealną. Od czasu zwrotu ekokrytycznego badacze i artyści świadomie próbują oddać nieantropocentryczne doświadczenie (przychodzą mi na myśl Patyki, badyle Urszuli Zajączkowskiej czy poezja Julii Fiedorczuk). Ograniczenie tego, co ludzkie – zwłaszcza działań nastawionych na postęp i rozwój ekonomiczny – staje się tu dobrem, ponieważ pozwala dostrzec i docenić to, co do tej logiki się nie stosuje, a następnie przejąć się tym i otoczyć to opieką. Brzmi to zbyt abstrakcyjnie? A przecież prawie połowa mieszkańców Polski ma psa lub kota. Troska o nie-ludzką istotę może być odbierana jako próba zbudowania więzi z całą naturą. „Właściciele” zwierząt (w kontekście ekokrytyki trudno mówić o właścicielach, ponieważ oznacza to odmowę podmiotowości wobec zwierzęcia), choć mają tendencję do traktowania psów i kotów jak członków rodziny, i tak zyskują wiele okazji do obserwowania, jak nie-ludzkie byty zachowują się wobec świata i jak innych rzeczy od niego oczekują.

Oznaką bezludności totalnej jest dla mnie widok nocnego nieba niezanieczyszczonego światłem pochodzącym z ludzkich domów, przedsiębiorstw czy ulic. Razem z tym widokiem zyskuje się wiedzę o tym, jak wyglądało życie naszych przodków w czasach sprzed wynalezienia lampy naftowej (upowszechnienie nocnego oświetlenia wśród biedniejszej ludności też zajęło trochę czasu). Ale przede wszystkim samotne skonfrontowanie się z nocnym niebem wywołuje lawinę emocji: strach z powodu wszechogarniającego mroku jest potęgowany przez przyprawiające o zawrót głowy wyczulenie na dźwięki, zrozumienie dla lęku przed dzikimi zwierzętami miesza się ze spokojem, którego doświadcza się w obliczu absolutnej wolności. Wyostrzająca zmysły ciemność sprawia, że można stać się mniej ludzkim, a bardziej bezludnym – na chwilę wyrwanym z sieci powiązań, których kontrolowanie jest konieczne do poruszania się w przeludnionym, zurbanizowanym świecie.

Bezludność to zjawisko powszechne i można go świadomie poszukiwać, ale można również wpaść na nie przez przypadek. Nie sądzę, by dało się ją uwolnić od ludzkiego aspektu – ostatecznie sama formułuję zdania o niej za pomocą ludzkiego aparatu pojęciowego. Ale bezludność współtworzy dwie bardzo ważne dla mnie perspektywy: wrażliwość kulturową na sztukę i wrażliwość ekologiczną na byty nie-ludzkie. Włączenie jej do codziennego interpretowania rzeczywistości pozwala mi na chwilę oddechu na dusznej planecie.

Zuzanna Dziedzic

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *