Dynamit i język. Co przywłaszczyli sobie Angolczycy?

Ilustracja: Łucja Stachurska

Czy można tworzyć literaturę autentycznie afrykańską w języku nieafrykańskim? Ondjaki udowadnia, że można — nawet jeśli chodzi o język kolonizatora. W tym szczególnym przypadku to, co kiedyś było narzucone siłą jako obcy element, ma szansę stać się narzędziem służącym do wyrażania własnej tożsamości. Taką szansę — w potyczce z portugalskim —wykorzystała Angola.

Luanda, lata 80. XX wieku. W tle pobrzmiewają nieprzerwanie echa wojny domowej, trawiącej kraj, i rozmowy – o kolonialnej przeszłości, o teraźniejszości w niepodległym kraju, o niezbędnej reorganizacji systemu. Rozmawiają wszyscy, niezależnie od wieku, stanu ducha czy narodowości. Dzieci i starcy, żywi i umarli, tubylcy i przyjezdni. Tematem numer jeden jest budowa mauzoleum, które zostanie poświęcone pierwszemu prezydentowi niepodległej Angoli Agostinho Neto. I choć prace zmierzają już ku końcowi, to nie do końca wiadomo, jaka przyszłość czeka grobowiec – zwłaszcza kiedy w posiadanie dynamitu wchodzi przez przypadek grupa dzieci, niekoniecznie przekonana do tajemniczych planów Sowietów wobec miejsc ich zabaw. Do takiej Luandy – onirycznej, niebezpiecznej, odległej – przenosi nas angolski pisarz młodego pokolenia Ondjaki w powieści Babcia 19 i sowiecki sekret [AvóDezanove e o Segredo do Soviético] (2000). W mieście, w którym o niebezpieczeństwie kryjącym się w rękach dzieci dowiadujemy się bezpośrednio ze stron powieści, istnieje jeszcze inny rodzaj broni, niekoniecznie rzucający się w oczy polskiemu czytelnikowi, i może nie tak spektakularny jak dynamit, ale z pewnością cenny; znajdujący się nie w dziecięcych rękach, ale w ich języku. Mowa o portugalszczyźnie.

Z chwilą odzyskania niepodległości przez Angolę, 11 listopada 1975, portugalski został uznany (choć nie musiał!) za język urzędowy odbudowującego się kraju, a co za tym idzie – wyróżniony wśród języków lokalnych, które z kolonizatorem z pewnością się nie kojarzyły: kikongo, chokwe, umbundu, kimbundu, ngangueli i kwanyami. Można pokusić się o stwierdzenie, że język stał się jednym z cenniejszych łupów Angolczyków, a jednocześnie bronią wymierzoną w byłego kolonizatora; jedyną dobrą rzeczą, którą kolonializm przyniósł krajom PALOP-u. Wcześniej – narzucony siłą – mógł być przepustką do lepszego życia w kraju zajętym przez Portugalczyków. Jego znajomość pozwalała zrozumieć, w jaki sposób mówią i myślą kolonizatorzy, co nie pozostaje bez znaczenia, kiedy pomyślimy o zakorzenionym podświadomie przekonaniu, że „język wroga trzeba znać”. Aktualnie, ze względu na silniejszą pozycję portugalskiego w porównaniu do języków afrykańskich na arenie międzynarodowej, właśnie w języku byłego kolonizatora można tworzyć formy kulturowe które mają szansę zaistnieć poza Angolą. Po przykład nie musimy sięgać daleko – kto podjąłby się tłumaczenia na polski powieści Ondjakiego, gdyby ten nie napisał jej po portugalsku; ilu czytelników znajdują utwory napisane w językach afrykańskich? Nie trzeba szukać statystyk, żeby odpowiedzieć na te pytania.

Przywłaszczenie portugalskiego na gruncie angolskim to nie tylko fakt, lecz także proces. Jak każdy język nowożytny, angolski wariant portugalskiego jest tworem elastycznym i podatnym na zmiany użytkowników, którzy wzbogacili i nadal wzbogacają portugalszczyznę rozumianą tutaj jako jeden organizm, ogół wszystkich jej odmian. Fenomen tego wzbogacania, przejawiającego się w tworzeniu nowych form, deformowaniu i transformowaniu już istniejących, nie tak trudno zrozumieć, kiedy uświadomimy sobie, że mówiących po portugalsku Angolczyków jest 26 mln, a mieszkańców Portugalii – zaledwie 10 mln. Portugalszczyzna, która kiedyś służyła do kolonizacji Angolczyków, została przez nich zde- i zneokolonizalizowana poprzez oswojenie i oficjalne jej zagarnięcie. Stała się więc bronią i narzędziem znacznie silniejszym od dynamitu w dziecięcych rękach bohaterów Ondjakiego, choć to właśnie oni szafują nią w nadzwyczajny sposób, demonstrując mechanizmy de- i neokolonizacji języka.

Dzieci, będące przedstawicielami pierwszego pokolenia niezależnej Angoli, zupełnie nieświadomie określają stosunek ich pokolenia do języka kolonizatora. To nie jest już portugalski Portugalczyków, to portugalski Angolczyków, swojski język wyniesiony z domu, za pomocą którego można wyrażać i opisywać świat. Kiedy więc przychodzi do nazwania osób czy miejsc, robią to spontanicznie, poddając się typowej dla dzieci intuicji i wyobraźni. W kontekście językowym i tożsamościowym utworzone przez nich nazwy własne świadczą o bliskości tworzywa, z którego zlepiają słowa; język portugalski jest obrazowy i żywy. W powieści spotkamy się z takimi osobami jak: AvóDezanove [tł. lit.: BabciaDziewiętnaście] (babcia, która straciła jeden palec, co w oczach dzieci było jej cechą charakterystyczną), AvóCatarina [tł. lit.: BabciaKatarzyna], RafaelTruzTruz [tł. lit.: RafałPukPuk], VelhoPescador [tł. lit.: StaryRybak], NomeDele [tł. lit. JegoImię] czy EspumaDoMar [tł. lit.: PianaMorska]. Takie nazywanie osób przewijających się w życiu dzieci mieści się w ich językowym obrazie świata – choć znają już podstawy ortografii i zasady użycia małej/dużej litery, to jednak nadal zupełnie automatycznie, naturalnie mówią o innych jak gdyby na jednym wydechu, bez pauzy na oddzielnie funkcji od imienia czy bardziej metaforycznego zwrotu. Tutaj nie jest ważna struktura i poprawność gramatyczna, ale treść, jak najbardziej obrazowe oddanie najważniejszych cech danej osoby. Wszystkie określenia bliskich i znajomych wylewają się z bohaterów – po portugalsku – w potoku mowy. Portugalski wymyka się spod kontroli językowych reguł normy narzuconej przez metropolię już na tak podstawowym etapie, jakim jest nazywanie rzeczywistości, a więc czegoś najbliższego. Staje się elastycznym tworzywem, które dziecko deformuje na swój własny sposób, aby oddać konkretne obrazy i myśli.

W wyżej wymienionych przykładach nazwy własne powstawały w odniesieniu do funkcji członka rodziny, zawodu, cech charakterystycznych postaci albo jej metaforycznych określeń. Ciekawym przykładem jest towarzysz Botardov. Dzieci nazwały go tak, powołując się na jego problemy językowe związane z portugalskim. Towarzysz Botardov był jednym z żołnierzy sowieckich, który nadzorował budowę mauzoleum; wcześniej uczył się języka portugalskiego, jednak nie opanował go w zadowalający sposób – przekręcał wyrazy, mylił znaczenia i, co charakterystyczne dla jego idiolektu, mieszał słowa portugalskie z rosyjskimi poprzez dodawanie rosyjskich prefiksów czy sufiksów. Przydomek nadany mu przez dzieci jest kontaminacją zwrotu boa tarde (odpowiednik angielskiego good afternoon, który w fonetycznym zapisie brzmi [boɐˈtard(ə)] – w wygłosie obecne są zamknięte samogłoski, które towarzysz w wymowie najwyraźniej pomijał całkowicie) oraz typowego dla rosyjskiego słowotwórstwa sufiksu: -ov. Kiedy w powieści używa się więc pseudonimu, w którym zwraca się uwagę na nienaturalną, błędną wymowę mężczyzny, nikt – ani dzieci, ani dorośli, ani narratoror (swoją drogą, też dziecięcy) – nie robi tego w niewinnym, nieświadomym geście. Naturalna artykulacja głoski w języku portugalskim – ta, do której angolscy bohaterzy są przyzwyczajeni i którą sami mogą się pochwalić – została zakłócona. I to ich bawi. I to sprawia, że oni sami, jako natywni albo przynajmniej biegli użytkownicy portugalskiego, mogą czuć się lepsi. Przydomek ma na celu ośmieszenie mężczyzny, właśnie ze względu na niedoskonałość jego mowy. W powieści śmieją się z tego – nie zawsze złośliwie, czasem już z przyzwyczajenia – wszyscy:

– Brywieczorooow! – 3,14 wrzeszczał, zwinąwszy dłonie na kształt megafonu; PianaMorska zwijał się ze śmiechu na piasku i towarzysz SprzedawcaBenzyny też już rechotał. – Brywieczorooow, nie lubimy katingowa… Idi umyt podpachooow[1]!

– Botardooov! – o 3,14 gritava com as mãos a fazerem de megafone, o EspumaDoMar rebolava a rir na areia, o camarada VendedorDeGasolina já dava gargalhadas. – Botardooov, não gostamos de catingov… Vá lavá sovacov!

– Nu, tak ja idu polożit, ranu wstaju wczesny. Brywieczer, dieti!

– Brywieczer, towarzyszu Brywieczorow! – znowu się roześmieliśmy (s. 33).

– Antón eu vou deitar, manhã acorde cedo. Bótard, minine!

– Bótard, CamaradaBotardov! – rimos de novo.

Oprócz przedrzeźniania rosyjskiego akcentu towarzysza Brywieczorowa pojawiają się również słowa bezpośredniej krytyki:

– Baba Niete moży otworzy, eto ja, Biliardow! Tu straszny pada!

– Siedzi tu już dziesięć lat i jeszcze się nie nauczył portugalskiego z Angoli. Ci Sowieci przynoszą straszny wstyd idei lingwistycznego socjalizmu (s. 39).

– VóNhéte, pod abril, su éu, Bilhardov. Muito chuve aqui.

– Há dez anos aqui e nunca aprendeu o português de Angola. Estes soviéticos são uma vergonha do socialismo linguístico.

Głos bohaterki, która doświadczyła bezpośrednio kolonializmu, jest głosem afirmacji języka portugalskiego. Co więcej, mówi ona o angolskiej wersji języka portugalskiego, a więc o języku przywłaszczonym, który stracił swój stricte kolonialny charakter i został zaanektowany przez jego angolskich użytkowników. W wypowiedzi bohaterki wybrzmiewa zarzut skierowany do Sowiety, który powinien mówić poprawnie językiem ludzi, z którymi żyje przez dłuższy czas. Portugalski uznany jest tutaj za język miejscowy, naturalny i niezbędny do codziennej komunikacji, a jego nieznajomość czy popełnianie błędów wydaje się czymś rażącym.

Odnośnie do poprawności językowej warto zaznaczyć, jak właśnie starsze pokolenie kładzie nacisk na jej zachowanie:

– Babciu, oni deksplodują wszystkie domy, no nie?

– Mówi się „eksplodują”, dziecko, nie mów tak, bo ludzie jeszcze pomyślą, że nie umiesz
po portugalsku.

– Wolę mówić „deksplodować”, bo to rzeczywiście jest takie wybuchowe słowo, „eksplodować” kojarzy się raczej z delikatnym płomyczkiem.

– No dobrze, ale używaj tych swoich zmyślonych słów tylko w domu (s. 131).

– Avó, eles vão desplodir todas as casas, né?

– Diz-se explodir, filho, não fales assim que as pessoas pensam que não sabes falar português.

– Gosto mais de dizer «desplodir», fica mais uma palavra de rebentar mesmo, explodir parece uma chama devagarinho.

– Está bem, mas dizes só em casa essas tuas palavras inventadas.

W głosie starszego pokolenia wybrzmiewa jeszcze przekonanie o silnej pozycji języka portugalskiego ze względu na kolonialne powiązania; jego znajomość jest umiejętnością prestiżową, otwierającą drzwi do lepszego życia. Neologizmy dzieci uważane są za palavras inventadas, a więc za zmyślone słowa. W wypowiedzi tytułowej AvóDezanove, można wyraźnie wyczuć naganę, sceptyczne podejście do językowej działalności dziecka. Co ciekawe, palavras inventadas można by przetłumaczyć zarówno jako zmyślone (negatywne), jak i wynalezione (w moim odczuciu, pozytywne). Ondjaki zostawia tutaj miejsce na interpretację czytelnikowi, który może zdecydować, czy modyfikowanie języka będzie wiązało się z negatywnym zmyślaniem czy pozytywnym tworzeniem. Ten rozdźwięk – między pokoleniem doświadczonym przez kolonializm a pierwszym pokoleniem żyjącym w niepodległej Angoli – wskazuje też na dwie różne postawy wobec języka. Dla dziecka, a więc dla młodego pokolenia Angolczyków, język portugalski jest materiałem, którym można wyrażać świat; materiałem podatnym na zniekształcenia i przekształcenia, jest to w zasadzie już ich język, a nie język kolonizatorów – język, który im służy, którym odczuwają i w którym wyrażają wszystko to, co zwykło wyrażać się w języku ojczystym. Dla starszego pokolenia portugalszczyzna jest nadal mostem, który łączy ich z kolonizatorem, konstruktem nadanym, do którego podchodzi się jak do elementu obcego, z pewnym dystansem i przesadną poprawnością.

W powieści pojawia się również kubański towarzysz PianaMorska mówiący hybrydą języka portugalskiego i hiszpańskiego.

tł. lit.:

(ESP)

– Jak się masz, towarzyszu? Przyszedłem zobaczyć się z twoją babcią.
Jak się miewa?

(PT)

– Śpi głęboko pogrążona.

(powtórzenie portugalskiego zwrotu)

– „Pogrążona”?

(PT)

– To się dzieje wtedy, kiedy ktoś śpi tak twardo, że trzeba się natrudzić, żeby go obudzić.

– Cómo estás, compañero? Vengo a ver la abuela. Qué tal está?

– A dormir bem ferrada.

– «Ferrada»?

– É quando uma pessoa está a dormir assim de custar a acordar.

Dialog prowadzony w dwóch językach – w kubańskiej wersji języka hiszpańskiego i angolskiej języka portugalskiego – nie tylko podkreśla łatwość, z jaką użytkownicy obu języków są w stanie się ze sobą komunikować, lecz także podkreśla rangę języków przywłaszczonych. Oto Kubańczyk jest w stanie porozumieć się z Angolczykiem – obaj mówią w językach narzuconych im przez kolonizatorów i choć sam akt narzucenia odbył się drogą siłową, to jednak język na nowo skolonizowany otworzył stronie pokrzywdzonej nowe możliwości i uczynił ich akty mowy dostępnymi dla większego grona odbiorców.

W obrębie leksyki pojawiają się również leksemy zapożyczone z języków kreolskich, co świadczy o tym, że samo przeszczepienie języka portugalskiego na grunt angolski nie wystarczyło, aby oddać bogactwo rdzennej kultury. Czytelnik spotka się z takimi słowami jak: jacó (rodzaj papugi), jinguba (gatunek orzechów), kizomba (tradycyjny taniec angolski), caxinde (herbata z palczatki cytrynowej), diamba (angolskie określenie na marihuanę), mucua (owoc baobabu) czy wreszcie tuga (określenie ludów kolonizowanych na Portugalczyków). Są to słowa ściśle związane z rzeczywistością angolską; słowa, których odpowiedników zapewne nie spotka się w języku portugalskim. Stosowanie ich w ciągu wypowiedzi w portugalskim czyni wariant angolski bardziej „swoim”, zwraca wolność Angolczykom w procesie kształtowania języka, który jest też ich elementem tożsamościowym. Co ciekawe, niektóre z leksemów wyrosłych na gruncie PALOP-ów weszły do ogólnego języka portugalskiego. Tak jest z czasownikiem matabichar, który odnajdziemy na stronach powieści, a który został stworzony na gruncie angolskim. Czasownik powstał jako zrost słów matar [zabić], bicho [zwierzątko] i sufiksu -ar typowego dla pierwszej koniugacji, w której zresztą tworzone są neologizmy. Pierwotnie sformułowanie odnosiło się do zabicia zwierzęcia z powodu silnego głodu, obecnie odnosi się do przekąszenia czegoś. Słowotwórcze procesy takie jak ten świadczą o potencjale użytkowników języka portugalskiego spoza Portugalii i na jego oddziaływaniu na współczesną portugalszczyznę. Kolonizowany odbiera sobie niejako język kolonizatora i użytkuje go na swój własny sposób, niezależny od byłej metropolii.

Powieść Ondjakiego – szczególnie jej warstwa językowa – pokazuje, jak wielki potencjał ma portugalski w ustach Angolczyków. I choć jest to język zde- i zneokolonializowany, nie można oprzeć się wrażeniu, że właśnie owoc tych procesów stał się pewnego rodzaju rekompensatą dla kolonizowanych przez Portugalię Angolczyków, że to skolonizowany skolonizował kolonizatora. Z tej perspektywy język portugalski to dynamit, którego wybuch spowodował lawinę; dynamit, który bohaterowie Ondjakiego postanowili wykorzystać w bardzo praktyczny sposób. Co do dynamitu niemetaforycznego i mauzoleum Agostinho Neto – stoi w centrum Luandy od niespełna dziesięciu lat, wyższe od Statuy Wolności i Big Bena. Co w takim razie stało się z miejscami ich zabaw?

Anna Kozłowska

[1] Ondjaki, Babcia 19 i sowiecki sekret, przeł. M. Lipszyc, Karakter, Kraków 2008, s. 130. Wszystkie cytaty pochodzą z tego tłumaczenia książki.

One Reply to “Dynamit i język. Co przywłaszczyli sobie Angolczycy?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *