O „bezludności” z wyboru słów kilka, czyli co łączy samotnika z Concord z najlepszym przyjaciela pewnego fińskiego trolla

Zdjęcie: Natalia Rajszys

Popkultura przyzwyczaiła nas do postrzegania bezludności jako przestrzeni negatywnie pojmowanej samotności, miejsca po katastrofie: należy z niego uciec lub na nowo je zaludnić, znaleźć gdzieś „swoich” i razem z nimi wypełnić pustkę, tak bardzo przecież niebezpieczną dla człowieka, istoty bądź co bądź społecznej.

Kiedy słyszę słowo „bezludność”, moje myśli wędrują – dość stereotypowo –  w stronę czytanych w dzieciństwie książek o nieszczęsnych rozbitkach, którzy na skutek zrządzenia losu musieli zmierzyć się z samotnością na odgrodzonej od świata wyspie – zdani jedynie na własne siły i pomysłowość. Zamykam oczy i po chwili widzę także inny kliszowy obraz: sceneria postapokaliptyczna, świat po ostatecznej katastrofie, ruiny i zgliszcza, a w tym wszystkim on – człowiek ocalały z armagedonu, skazany na trud samotnej wędrówki z nadzieją odnalezienia innych, którym (być może) też udało się przeżyć. W obu przypadkach doświadczenia człowieka „wrzuconego” w bezludną przestrzeń wiążą się z wszechogarniającą, przeszywającą samotnością, traumą związaną z brakiem relacji, i walką z samym sobą. Brak ludzi, pustka, wyludnienie – tak definiowana jest „bezludność” w słowniku Doroszewskiego, co podkreśla pejoratywny charakter tego pojęcia poprzez związanie go z pewnym niedosytem, nieobecnością czegoś (choć powinniśmy powiedzieć raczej „nieobecnością kogoś”). Przestrzeń bezludna jest opuszczona, jakby uszkodzona, a już na pewno ‑ skrywająca liczne niebezpieczeństwa.

Popkultura przyzwyczaiła nas do postrzegania bezludności jako przestrzeni negatywnie pojmowanej samotności, miejsca po katastrofie: należy z niego uciec lub na nowo je zaludnić, znaleźć gdzieś „swoich” i razem z nimi wypełnić pustkę, tak bardzo przecież niebezpieczną dla człowieka, istoty bądź co bądź społecznej. Takie spojrzenie na temat bezludności wiążę z tendencją do patrzenia na świat tylko poprzez pryzmat ludzkich potrzeb, ponieważ czyni z rzeczywistości jedynie przestrzeń nieograniczonej eksploatacji, przestrzeń, która znajduje się w naszym – ludzkim – posiadaniu. Nie uwzględnia się jednak wówczas tego, że nie jesteśmy jedynymi mieszkańcami naszej planety, a jedynie elementem wpisanym w sieć wzajemnych zależności. Zastanawiam się więc dalej…

Bezludności nie należy więc wiązać jedynie z wizją katastrofy, upadku cywilizacji. Wręcz przeciwnie: „bezludnymi” nazwane mogą być miejsca sprawiające wrażenie nietkniętych ludzką ręką (biorąc pod uwagę to, że ludzkość jest odpowiedzialna za katastrofę klimatyczną podkreślić należy, że na świecie nie ma już prawdopodobnie żadnego zakątka, w którym ingerencja człowieka nie byłaby widoczna). Bezludność nie musi się także kojarzyć z samotnością, zwłaszcza z samotnością pojmowaną w negatywny sposób. Bezludność może bowiem wypływać z wyboru, być aktem nonkonformizmu czy wręcz buntu.

*

Od najbliższego sąsiada dzieli mnie mila, w okolicy nie widać ani jednego domostwa, chyba że ze szczytów pagórków, które to same odległe są od mojego domu o pół mili. Horyzont mój tworzą lasy i w jego kręgu pozostaję zupełnie sam; z jednej strony mam odległy widok torów kolejowych podchodzących pod sam staw, z drugiej płot biegnący wzdłuż leśnej drogi. Niemniej jednak okolica, w której żyję, przypomina na ogół takie pustkowie, jakim jest preria. W równym stopniu to Azja czy Afryka co Nowa Anglia. Mam jak gdyby własne słońce, księżyc i gwiazdy, mam swój własny mały świat (Walden, s.158).

Rok 1845, miasteczko Concord w stanie Massachusetts. Henry David Thoreau buduje chatę-samotnię w lesie nad stawem Walden, gdzie spędzi następne dwa lata życia, swoje doświadczenia zapisując w książce Walden, czyli życie w lesie – „biblii ekologów i ekoentuzjastów”, jak czytamy na okładce współczesnego wydania. Fakt, znajdziemy w Waldenie to, co dla aktywistów i ekologów szczególnie ważne: krytykę społeczeństwa konsumpcjonistycznego, pochwałę minimalizmu oraz szacunek dla natury i nie-ludzkich stworzeń. Thoreau stał się symbolem amerykańskiego indywidualizmu. Był buntownikiem, który zszedł z wydeptanej przez społeczeństwo ścieżki ‑ spędził dwa lata życia na peryferiach miasteczka Concord. I choć w jego zapiskach znajdziemy wiele sztuczek retorycznych, moralizatorstwa i zabiegów autokreacyjnych, mających na celu uczynienie z własnej postaci pewnego rodzaju legendy, z całym przekonaniem należy przyznać, że dzieło to – jedno z najważniejszych osiągnięć literatury amerykańskiej – przyczyniło się w niebywałym stopniu do rozwoju myśli filozoficznej otwartej na nie-ludzki świat oraz, co szczególnie istotne, utorowało drogę bardzo ważnej gałęzi literatury amerykańskiej (z czasem zwiększającej zasięg na inne kraje), czyli nature writing (na polski tłumaczone jako „przyrodopisarstwo”). Pisarstwo takie nie charakteryzuje się jednak próbą opisu świata przyrody w sposób możliwie jak najbardziej naukowy i obiektywny, ale – wręcz przeciwnie – bazuje na emocjach jednostki, która styka się ze światem przyrody i koegzystuje z nim, która mówi o świecie, przefiltrowawszy go wcześniej przez własne doświadczenia. Sam Thoreau ujmuje to w następujących słowach: „Na przyrodę, aby ją w ogóle dostrzec, należy patrzeć po ludzku; oznacza to, że jej opis musi być skojarzony z ludzkimi emocjami” (The Journal, s.16).

Nie bez znaczenia pozostaje tutaj oczywiście romantyczny mit indywidualisty jako człowieka o wyjątkowej wrażliwości, który potrafi odczytywać tajemniczy język natury. Romantyczna wizja świata nie stawiała granicy między tym, co ożywione, a tym, co nieożywione. Świat dla romantyka to kosmos, w którym wszystkie elementy wzajemnie na siebie oddziałują. Romantycy traktowali historię człowieka jako część ogromnej całości, na którą składały się historia kosmosu, ziemi i natury (Janion, Żmigrodzka 2001, s.18). Gdy samotnik z Concord patrzy na naturę, odczuwa z nią głębokie pokrewieństwo i doświadcza zjednoczenia, co pozwala mu twierdzić, że rozumie jej język oraz doznaje jej matczynej serdeczności.

U Thoreau mamy do czynienia z „fizyczną i psychiczną eskapadą w świat dzikiej przyrody” (Durczak 2010, s.45), która wiąże się z typowym dla literatury męskiej XIX i XX wieku archetypem samotnika. Bezludne miejsce staje się dla niego przede wszystkim przestrzenią do uprawiania aktywności intelektualnej. Nie poświęcając się sprawom miasteczka, ma on czas na lekturę i przemyślenia oraz wykształca w sobie zdolność wnikliwej obserwacji zarówno przyrody, jak i innych ludzi (to właśnie ta zdolność pozwala mu na obserwację walki mrówek na parapecie okna swojego domu z równym przejęciem, jakby na tym samym parapecie właśnie odbywało się starcie rodem z bitwy pod Concord toczonej z Brytyjczykami). Dlaczego zdecydował się on na samotne życie w leśnej chacie? W tym miejscu warto przywołać wyjaśnienia samego Thoreau:

Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie, stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego może mnie życie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem. Nie chciałem prowadzić życia, które nim nie jest, wszak życie to taki skarb; nie chciałem też rezygnować z niczego, chyba że było to absolutnie konieczne (Walden, s. 117).

Życie w lesie jest dla Thoreau czymś, co pogłębia świadomość, ale także pozwala wznieść się na wyższy poziom moralny i intelektualny. Jest to miejsce idealne dla pisarza i filozofa: „Moja wyobraźnia pasła się na otwartych pastwiskach przestrzeni” – wyznaje autor (Walden, s. 114). Samotność daje mu możliwość „zatopienia w myślach”. Thoreau nigdy nie wykonał jednak „gestu odwrócenia się od świata”(Durczak 2010, s. 72): czas spędzony w concordzkim lesie nie był czasem jedynie eskapistycznego zanurzenia w filozofii, jego umysł pozostawał bowiem zawsze świadom otoczenia: sosen, hikor czy leśnych zwierząt. Przyrodę odczuwał on nie tylko przez pryzmat intelektualnej refleksji – angażował w to wszystkie zmysły, świadom swej cielesności i zależności od natury.

Zdecydował się na opuszczenie miasteczka, zrezygnował z absorbującej rutyny.

Zamieszkanie w lesie nie było więc dla niego ucieczką od świata, lecz ucieczką od zastanego porządku społecznego i modelu życia, z którym się nie zgadzał. Nie ma w tym nic dziwnego: życie ‑ jak deklarował ‑ było dla niego największym darem, dlatego nie chciał zmarnować go na codziennej krzątaninie.

*

Któż nie pamięta z dzieciństwa postaci Włóczykija? Był jednym z najbardziej tajemniczych bohaterów sagi o Muminkach: samotnie snuł się po świecie bez żadnego konkretnego celu. Powracał wiosną, by zniknąć jesienią. Nie bał się odchodzić od tych, którzy go kochali:

Włóczykij przystanął; zrobiło mu się trochę przykro. Tak, Muminek, który czekał na niego i okropnie tęsknił. Muminek, który siedział w domu i czekał, i podziwiał go, i zawsze mu mówił: „Naturalnie, musisz być wolny. Jasne, że musisz wyruszyć w drogę. Jasne, rozumiem – czasem musisz być sam”. Lecz jednocześnie oczy Muminka robiły się chmurne z rozczarowania i bezradnej tęsknoty (Opowiadania z doliny Muminków, s.138).

(Włóczykij jednak wyruszył w drogę, jak zawsze).

Pogodzony z sobą i światem, odczuwał wewnętrzną harmonię, samotnie przemierzając bezludne przestrzenie:

To jest wieczór na piosenkę – pomyślał Włóczykij. – Na nową piosenkę, która składać się będzie w jednej części z nadziei, w dwóch z wiosennej tęsknoty i której resztę stanowić będzie niewypowiedziany zachwyt, że mogę wędrować, że mogę być sam i że jest mi z sobą dobrze (Opowiadania z doliny Muminków, s.137).

Co jednak wspólnego z romantycznym pisarzem zamieszkującym samotnie okolice stawu Walden ma powołany do życia przez dwudziestowieczną pisarkę Tove Jansson bohater serii książek dla dzieci o przygodach pewnych trolli?

*

Włóczykij był mędrcem-wędrownikiem. Tak jak Thoreau dzięki samotności i rozległej bezludnej przestrzeni zyskiwał poczucie wolności i swobodę rozmyślań. Podobnie jak filozof znad Waldenu nie przywiązywał się do rzeczy materialnych. Dziś nazwalibyśmy go minimalistą: „Bardzo pani dziękuję ‑ odpowiedział [Włóczykij – przyp. aut.] ‑ Przypomniałem sobie właśnie w tej chwili, jak niebezpieczne jest posiadać zbyt dużo rzeczy” (Kometa nad doliną Muminków, s.111). Jeśli do czegoś się przywiązywał, to bardziej do wspomnień związanych z danym przedmiotem niż do samego przedmiotu. Mimo że z innymi mieszkańcami doliny łączyły go więzy przyjaźni, zawsze pozostawał wierny swojej pustelniczej naturze i ‑ gdy nadchodził czas ‑ po prostu znikał, bez zbędnych sentymentów:

Któregoś wczesnego ranka w Dolinie Muminków Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że nadeszła jesień i czas ruszać w drogę. Taki marsz jest zawsze nagły. W jednej chwili wszystko się zmienia. Temu, kto odchodzi, zależy na każdej minucie, szybko wyciąga namiotowe śledzie i gasi żar, zanim ktokolwiek przyjdzie przeszkadzać i wypytywać, i zaczyna biec, w biegu zarzucając plecak, i wreszcie jest już w drodze, raptem spokojny, niby wędrujące drzewo, na którym nie rusza się ani jeden liść (Dolina Muminków w listopadzie, s. 403).

Thoreau – skądinąd także wytrawny włóczęga (sam wyznał, że nie potrafiłby zachować zdrowia i pogody ducha bez co najmniej czterogodzinnej leśnej wędrówki każdego dnia) – uwielbiał (przynajmniej tak deklarował) samotność, która była mu najdroższą przyjaciółką. Choć, jak wielokrotnie podkreśla w Waldenie, lubi towarzystwo ludzi, a już w szczególności ceni sobie rozmowę z nimi, to właśnie w bezludnej przestrzeni czuje się najlepiej – odczuwa wówczas swobodę jako pisarz i jako filozof. Jednocześnie  odczuwa on więź z otaczającym go nie-ludzkim światem, każdym jego elementem – strumieniem, drzewem oraz ptakami leśnymi (nie bez znaczenia jest tytuł jednego z osiemnastu esejów: Zwierzęta sąsiadami): „(…) nagle okazało się, że jestem sąsiadem ptaków; nie dlatego, że jednego z nich uwięziłem, ale dlatego, że w ich sąsiedztwie siebie zamknąłem w klatce” (Walden, s. 112). Więź z przyrodą, zarówno w przypadku Thoreau, jak i Włóczykija, sprawia, że potrafią oni przekuć samotność w doświadczenie pozytywne, pozwalające na samorozwój i kontemplację świata. Bezludna przestrzeń ich nie przytłacza, nie chcą od niej uciec – uciekają do niej, bowiem dopiero tam, w swojej samotności, na peryferiach potrafią w pełni doświadczyć świata. Funkcjonowanie w bezludnej przestrzeni jest ich wyborem. To wolność, w której z rozkoszą się zatapiają. Las ich wzywa, a oni całym sercem otwarci są na jego głos.

Natalia Zając

Bibliografia:

Durczak J.: Rozmowy z ziemią. Tradycja przyrodopisarska w literaturze amerykańskiej, Lublin 2010.

Janion M., Żmigrodzka M.: Romantyzm i historia, Gdańsk 2001.

Jansson T.: Muminki. Księga druga, przeł. T. Chłapowska, Warszawa 2012.

Jansson T.: Muminki. Księga pierwsza, przeł. T. Chłapowska, Warszawa 2012.

Thoreau H.D.: The Journal of Henry David Thoreau, t 1-14, red. B. Torrey, Boston 1949.

Thoreau H.D.: Walden, czyli życie w lesie, przeł. H. Cieplińska, Poznań 2019.

*Tłumaczenie fragmentu z The Journal przytaczam za Joanną Durczak.

One Reply to “O „bezludności” z wyboru słów kilka, czyli co łączy samotnika z Concord z najlepszym przyjaciela pewnego fińskiego trolla”

  1. Porównanie Thoreau z Wlóczykijem bardzo mi się spodobało. Lubię obie postacie, ale do tej pory jakoś nigdy nie zestawiałam ich razem.
    Bardzo mądry artykul i ciekawe spojrzenie na samotność!
    Pozdrawiam xx

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *