O korzyściach z gapienia się w sufit

Ilustracja: Łucja Stachurska

W przeciwieństwie do Dina, bohatera Nudy Alberta Moravii, ja teoretykiem nudy nie jestem. Ale, jak pewnie większość ludzkości, doświadczyłam jej w praktyce. Problem nudy wyjrzał na światło dzienne zwłaszcza teraz, w tym trudnym dla nas wszystkich czasie.

Życie zwolniło, specyficzny lockdown namieszał w codzienności itd. Każdy zapewne wypracował jakieś własne strategie przetrwania i adaptacji do nowych warunków. Doceniliśmy możliwości internetu, zalety posiadania własnego ogródka czy dwóch metrów kwadratowych balkonu.

Ze mną ta kwarantanna zrobiła coś dziwnego (pff… nie ze mną jedną, domyślam się). Zmieniło się coś w sposobie, w jaki zaczęłam widzieć rzeczywistość. Stał się on mniej (z braku lepszego słowa) panoramiczny, a bardziej szczegółowy, zawężony. Precyzyjny. Przy dotychczasowym trybie życie nie narzekałam na brak zajęć. Studia na polonistyce, praca, znajomi, sport, ciągły ruch. Natura ponoć nie lubi próżni, więc gdy tych wszystkich bodźców zabrakło, coś musiało wejść na ich miejsce. Wiem, mętnie to sobie tłumaczę, ale lepiej tak, niż w ogóle. Przypominają mi się tutaj oklepane żarty, memy o studentach w trakcie sesji: „jeszcze tylko zamiotę pustynię i siadam do nauki”; „gdy musisz uczyć się do egzaminu, nawet wzorki na firankach stają się ciekawe”. Otóż to. Śmiejcie się lub nie, ale trzeba było kwarantanny, żebym zobaczyła, że wzorki na moich firankach to wcale nie są, jak zawsze myślałam, kwiatki, tylko gwiazdki. Albo że jeden z domowników niepoprawnie wymawia „r”. Mogłabym teraz z głowy odtworzyć mapę zacieków na suficie w kuchni (myślałam, że powstały w ciągu jednej nocy, otóż były tam od dawna). Zauważyłam, w jakich godzinach pod moim oknem jest największy ruch samochodowy i że sąsiad z bloku wcale nie sprząta po swoim psie. Wymieniać mogłabym jeszcze długo, ale jak na studentkę polonistyki przystało, pora, żebym wprowadziła do swoich przeżyć nieco literatury. Może właśnie z powodu kwarantannowych doświadczeń nie mam oporów przed wypowiedzeniem stwierdzenia, które słyszane z ust innych zawsze wywoływało u mnie tzw. cudzowstyd. Otóż: czuję, że lepiej rozumiem głównego bohatera powieści.

Gdyby skupić się tylko na fabule, to Nuda Moravii nie jest zbyt ciekawa. Nic tu się nie dzieje. Seks i stale napływające fale podniecenia u bohatera dość szybko mnie, jako czytelniczkę, znużyły. Gdzie więc szukać tego, co sprawia, że Nuda jest tak hipnotyzującym tekstem? O wartości tej powieści stanowi dla mnie szczególny sposób punktowania rzeczywistości przez bohatera-narratora. Najważniejsze stało się dla mnie to, na czym akurat zawieszał on swoją perspektywę, jaki szczegół, jakie mikrozbliżenie uznał za warte przedstawienia.

Na początku rzuciły mi się w oczy momenty związane z jedzeniem. W powieści zawarto dwa bardzo charakterystyczne opisy spożywania posiłków. Pierwszy z nich to obiad, który główny bohater ma zjeść z matką z okazji swoich trzydziestych piątych urodzin. Wydarzenie to przy okazji otwiera cały utwór. Wprowadzono tutaj elementy budujące duszną, klaustrofobiczną atmosferę powieści. Wymienię krótko chociaż kilka: przestrzeń jest ograniczona, główne sceny dzieją się w zamkniętych wnętrzach, bohater wędruje z pomieszczenia do pomieszczenia, ogląda swoją twarz w lustrze, chodzi korytarzami, obraca się w wąskim gronie postaci. Przyszło mi teraz na myśl, że dla niektórych z nas właśnie tak mogły wyglądać ostatnie tygodnie w izolacji.

Arystokratyczno-mieszczański wystrój, kryształowe karafki i lśniące sztućce z willi matki kontrastują z brudem, bezguściem i zapuszczeniem w domu kochanki. Obiad powstaje we wstrętnej, ciemnej, zaśmieconej kuchni. Dino, jakby dla dopełnienia estetyki brudu, cielesności, wydobywa z Cecylii wiadomość o tym, że uprawiała w tej kuchni seks ze starym malarzem. Obrzydliwemu spaghetti, które Dino musiał jeść wyszczerbionym widelcem i popijać skwaśniałym winem, towarzyszyła równie okropna rozmowa na temat zmarłego. Jedzenie jest wstrętne tylko dla Dina, pozostali zajadają z apetytem. Pewnie nawet nie czują, że jest niedobre, dla nich to przecież norma. Tak jak zapewne nie widzą odklejającej się tapety, zacieków na ścianach, brudu.

Mimo obrzydzenia bohatera tym niesmacznym posiłkiem dostrzegam u niego jakąś dziwną satysfakcję z brania udziału w całej sytuacji. Może objawiać się ona właśnie w szczegółowym opisywaniu. Dino podaje konkrety: mięso było przypalone, warzywa uduszone na oleju złej jakości, woda ciepła, odgazowana. Mężczyzna błądzi po pokojach w domu Cecylii, jest wścibski, wyraźnie ciekawy miejsca, starannie opisuje szczegóły otoczenia, intensywnie odczuwa przestrzeń, w oczy rzucają mu się drobiazgi.

Zastanawiają mnie też te momenty w powieści, które nazywam „epizodami łazienkowymi”. Dino jest w nich świadkiem dwóch bardzo intymnych sytuacji – lecz skrajnie różnych. Łazienka w willi matki stanowi nie tylko miejsce higieny i załatwiania potrzeb fizjologicznych. Zostaje tutaj zaburzona funkcja przestrzeni. Matka głównego bohatera trzyma tam sejf z pieniędzmi. Scena, w której ma dać synowi gotówkę, wydaje mi się znacząca. Kobieta sprawia wrażenie podekscytowanej. Zaprasza Dina, żeby do niej dołączył, mówi, że nie ma przed nim tajemnic. Ten robi to, ale wyraźnie niechętnie, czuje się skrępowany znajdowaniem się w tej przestrzeni. Łazienka jest piękna, schludna, dobrze zagospodarowana, funkcjonalna. Moment otwierania przez matkę sejfu i wyjmowania pieniędzy jest jednak chwilą nieufności i zawstydzenia dla obojga. Mężczyzna odwraca wzrok, czeka, aż matka zamknie sejf. On nie chce na to patrzeć, a ona nie chce być wtedy widziana. Pieniądze ulegają przesunięciu do najbardziej intymnej i wstydliwej (w jakimś sensie brudnej) sfery życia. Dino, tak jak później zrobi to w łazience Cecylii, wbija wzrok w muszlę klozetową. Można odnieść wrażenie, że sam opowiadający dla uspokojenia się stosuje tutaj zabieg zbliżony do retardacji. Nie relacjonuje żadnych głębszych przemyśleń, po prostu tępo wpatruje się w przedmiot. Muszla jest czysta, porcelanowa. Dino dostrzega puszek waty.  Skoro to matka korzysta z łazienki, to detal ten stanowi jakieś znamię związane z jej funkcjonowaniem. Dziwny szczegół. Powróci on kilkadziesiąt stron później, gdy Cecylia uniesie sukienkę i pokaże majtki, z których prześwitywać będzie podpaska, także, jak zaznacza narrator, wykonana z waty.

W domu Cecylii Dino wchodzi do łazienki. Przy okazji zwraca uwagę na przestrzeń w ogóle, starannie notuje wszelki brud, defekty świadczące o zaniedbaniu i bezguściu domowników. I znowu jego wzrok zawiesza się na klozecie. Tym razem bohater spostrzega tam już nie puszek waty, a ciemną plamę czegoś, czego nie udało się spłukać. Dino nie wspomina o żadnym uczuciu obrzydzenia, odrazy czy zawstydzenia, gdy widzi oddającą mocz Cecylię. Co więcej, patrzy wówczas dziewczynie prosto w oczy, które nigdy nie wydawały mu się piękniejsze.

Nie wydaje się, że narrator wspomina o tych szczegółach mimochodem, ot tak, dla „podkręcenia” realizmu. Właśnie wokół tych detali, wokół tego brudu skonstruował cały obraz. Sposób opowiadania, uwypuklanie szczegółów może sygnalizować próbę  intensywniejszego odczucia rzeczywistości, zrozumienia jej, przekroczenia jakiejś granicy. U Moravii rzeczywistość staje się nieco Gombrowiczowska – tak jakby Dino chciał wgryźć się w brudną kość.

Bohater Moravii  umieszczony jest w przestrzeni ambiwalencji. Z jednej strony postrzegam go jako postać o dekadencko-arystokratycznym rysie, wyobcowanego samotnika, filozofa i teoretyka nudy. Nieważne, w jaki hedonizm popadnie, jak silnych doznań erotycznych doświadczy, ile orgazmów osiągnie w ciągu jednego spotkania z kochanką, i tak nie będzie w stanie „nawiązać kontaktu z rzeczami”. Sposób, w jaki opisuje on rzeczywistość, zdradza jednak pewną sprzeczność w jego psychice – widać, jak jego (prze?)intelektualizowana osobowość próbuje wgryźć się w życie. Czasem Dino nieco odchodzi od filozofowania na rzecz fascynacji tym, co dotyczy ciała, brudu, fizyczności.

Nuda nudzie nierówna. Ta, której doświadczał Dino, z pewnością nie jest tożsama z tą, która stała się moim udziałem. Zaryzykuję jednak i napiszę, że doświadczenie nudy i u mnie, i u bohatera wytworzyło dziwny rodzaj spostrzegawczości. Zainteresowania, nieco chorobliwego, własnym otoczeniem, detalami. Sufitem, na którym widać ślady niezbyt wprawnego malowania przez poprzedniego właściciela. Pleśnią w kącie przy parapecie. Sąsiadką, która codziennie wieczorem odśpiewuje z radiem pieśni religijne. Okropnie przeklinającymi chłopcami, grającymi w piłkę obok trzepaka.

W dniu ogłoszenia decyzji o odwołaniu zajęć uniwersyteckich wychodząc z wydziału, spotkałam znajomego wykładowcę. Mocno przybita zaistniałą sytuacją i niepewna nadchodzącej przyszłości, zapytałam go zwyczajnie: „I co ja mam ze sobą zrobić?”. „Nie wiem”, odpowiedział. „Może spróbuj coś napisać”.

Weronika Szopa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *