Spis treści:
- Prolog. 4/2015
- Błażej Szymankiewicz – Czarodziejska nora pod klepsydrą. „Zabliźnione serca” Maxa Blechera
- Jan Barański – Synteza Gdańska i okolic („Winniczki, kałuże, deszcz…” Pawła Huellego)
- Artur Hellich – Tam, gdzie ironia splata się z nostalgią
- Paweł T. Kulpiński – Zachwyty i strachy. Marek Bieńczyk, „Jabłko Olgi, stopy Dawida”
- Jan Kowalski – Co krytyk mógł widzieć: o „spektaklu” „Pani Diana tańczy do rana” (reż. W. Malajkat)
"Zabliźnione serca" to książka, jaką napisałby Max Blecher, gdyby chorował na gruźlicę kręgosłupa i spędził wiele lat w renomowanych sanatoriach. Co też się stało. Powieść rumuńskiego pisarza to rzecz o poszukiwaniu bliskości, afektów oraz nieustannym wyjaśnianiu i potwierdzaniu zasadności swojego życia. Życia, które konstytuowane jest przez cierpienie.
W deszczowej aurze, obok kościoła, młody człowiek zanurza się ciałem i umysłem w breję stworzoną z kałuż, drewnianych stateczków i błota, aspirującą do bycia jego prywatnym mikrokosmosem. Wśród liści i kałuż malec staje się władcą, demiurgiem, stwórcą, który nieustannie porusza materię, sam będąc, o ironio, także w ruchu.
Może to nic nowego pod słońcem (złośliwi powiedzą, że ironiczno-nostalgiczną perspektywę można odnaleźć wszędzie, np. w słowach „Polały się łzy me czyste, rzęsiste/ Na me dzieciństwo sielskie, anielskie…”). Może jednak warto tu mówić o pewnej tendencji.