Czarodziejska nora pod klepsydrą. „Zabliźnione serca” Maxa Blechera

Nie jest konieczne, byś poszedł z domu. Pozostań tylko przy stole i słuchaj. Nawet nie słuchaj, czekaj tylko. Nawet nie czekaj, bądź całkiem cicho i sam. Świat sam się przed tobą odsłoni, nie może być inaczej, będzie się wił przed tobą w ekstazie.

Franz Kafka, Rozważania o grzechu, cierpieniu, nadziei i słusznej drodze

Max Blecher powrócił: po roku i po 77 latach zarazem. Po roku od pierwszego polskiego wydania jego dzieła, Zdarzeń w bliskiej nierzeczywistości (w tłumaczeniu Joanny Kornaś-Warwas, Pogranicze, Sejny 2013), 77 lat po ukazaniu się drugiej powieści tegoż autora, Zabliźnionych serc. Blecher powraca w serii „Nowy Kanon” wydawnictwa W.A.B., w tłumaczeniu Tomasza Klimkowskiego.

Polskie wydanie Zabliźnionych serc podbija serce (!) czytelnika już samą okładką – widnieje na niej sugestywne czarno-białe zdjęcie młodego człowieka, jak można domniemywać: sanatoryjnego kuracjusza, który wpatruje się w przestrzeń, zaś w jego oczach zmęczenie i rezygnacja mieszają się z przestrachem, niemoc z prośbą o wspomożenie. Co ciekawe, na tylnej okładce znajdziemy zdjęcie samego Blechera, wykonane podczas pobytu autora w opisywanym w powieści sanatorium.

Zabliźnione serca przedstawiają historię Emanuela – rumuńskiego studenta chemii, mieszkającego i uczącego się w Paryżu. Bóle krzyża, które miewa Emanuel, zostają ostatecznie zdiagnozowane jako choroba Potta: gruźlica kręgosłupa. Młodzieniec zostaje wysłany na rekonwalescencję do Berck, sanatorium w północnej Francji. Tam, unieruchomiony w gipsowym gorsecie i poddany leczeniu, poznaje pozostałych kuracjuszy oraz ich historie, przeżywa romans, rozstanie, a przede wszystkim mierzy się ze swoją śmiertelną chorobą.

Zabliźnione serca to raczej miniatura Czarodziejskiej Góry, jaką mógłby napisać Kafka bądź Schulz tuż po lekturze Kierkegaarda albo Jaspersa”[1], stwierdza w przedmowie do polskiego wydania Roland Chojnacki. Brzmi to nieco zabawnie. Zabliźnione serca to książka, jaką napisałby Max Blecher, gdyby chorował na gruźlicę kręgosłupa i spędził wiele lat w renomowanych sanatoriach. Co też się stało. Powieść rumuńskiego pisarza oparta jest w dużej mierze na jego życiorysie – postać Emanuela ma wiele wspólnego z samym autorem. Zabieg Blechera nie polega jednak na opowiedzeniu o swoich bólach i ubraniu ich w literacki sztafaż. Emanuel nie jest tutaj najważniejszą postacią, choć to z jego perspektywy poznajemy pacjentów sanatorium i mieszkańców nadmorskiego miasteczka. Blecher ujmuje chorobę i związane z nią cierpienia jako problem uniwersalny, a Zabliźnione serca w pewien sposób kontynuują egzystencjalną tematykę pierwszej powieści Blechera, Zdarzeń w bliskiej nierzeczywistości. Jest to rzecz o poszukiwaniu bliskości, afektów oraz nieustannym wyjaśnianiu i potwierdzaniu zasadności swojego życia. Życia, które konstytuowane jest przez cierpienie.

W swojej drugiej powieści Blecher zrezygnował z surrealizmu, który dość silnie przewijał się przez Zdarzenia… Nie oznacza to jednak, że narracją Zabliźnionych serc rządzi mocny realizm i naturalizm. Pełno tu melancholii, poetyzmu, metafizycznej pustki, wymownych metafor i poruszających opisów stanów psychicznych. Niemal turpistyczne opisy chorób mieszają się z „szemraną” erotyką, a bohater co jakiś czas doświadcza poczucia, że śni, że być może nie wszystko dzieje się naprawdę, że jest świadkiem osobliwej inscenizacji. Autor ima się różnorakich zabiegów, aby sugestywnie opisać doświadczanie świata z perspektywy chorego młodzieńca. Pojawia się radykalna antropomorfizacja przedmiotów, przenikanie się zjawisk, realności z rojeniami. Uwidacznia się to już w pierwszych rozdziałach powieści (m.in. fenomenalna scena badania i diagnozy): twarz kasjerki przybiera w wyobraźni Emanuela rybie rysy, stając się repetycją wrażeń z obserwacji akwarium w lekarskiej poczekalni; cały świat jawi się zresztą jako akwen, głębina, a Emanuel wczuwa się w rolę topielca; młodzieniec utożsamia siebie i swoją sytuację ze złapaną w pułapkę, zdezorientowaną myszą, którą właśnie obserwuje. Znów powracają motywy znane z poprzedniej książki Blechera: ulotność i rozmycie zmysłowego świata, rozpad tożsamości, poczucie wszechogarniającej sztuczności.

On sam był już tylko cielesno-kostną masą podtrzymywaną przez sztywność obrysu. (…) Emanuel stwierdził z goryczą, że w tym rozmytym i niespoistym świecie miał ciągle do wykonania bardzo konkretne czynności.[2]

Można by powiedzieć, że świat stał się nagle gęstszy i bardziej nieostry… Jedyną rzeczną, która utrzymywała się w nim wyraźnie, było ogromne wycieńczenie. Gdzieś daleko, w jednym z pokoi, lamentował astmatycznie i rzewnie akordeon.[3]

Od momentu zdiagnozowania choroby życie Emanuela stanie się egzystencjalną sinusoidą, ustawicznym wahaniem pomiędzy paroksyzmami i totalną obojętnością, między wylewną euforycznością a stanem wszechogarniającej nędzy, melancholii i rezygnacji. Te sprzeczności, oksymoroniczne pojmowanie świata, swoich uczuć i doświadczeń, są fundamentem egzystencji człowieka chorego, ale także swoistej filozofii pisarzy późnonowoczesnych czy twórców środkowoeuropejskich w ogóle (odnajdziemy te wątki na przykład u Thomasa Bernharda[4]). Blecher stawia ciekawą diagnozę, że stan chorobowy nie kończy się wraz z wyleczeniem ciała. Doświadczenie choroby, zagrożenie śmiercią, niebytem oraz konfrontacja z własną skończonością odbijają się niezmywalnym piętnem na życiu kuracjuszy. To wiemy wszakże już od Novalisa: każda choroba fizyczna jest jednocześnie chorobą ducha, umysłu. Ernest, jeden z pacjentów, stwierdza:

(…) Berck to nie jest miasto chorych. To niezmiernie subtelna trucizna. Wsącza się prosto w krew. Ten, kto tu trochę pożył, nie znajdzie już sobie miejsca nigdzie na świecie. Ty też to poczujesz pewnego dnia. Wszyscy tutejsi kupcy, wszyscy lekarze, aptekarze, a nawet sanitariusze… To wszystko dawni kuracjusze, którzy nie potrafili żyć gdzie indziej.[5]

Co ja takiego mogę robić w normalnym życiu? Co zaskakującego, niezwykłego może mnie jeszcze spotkać? Będę mył codziennie zęby, jadł obiad, a wieczorem pił kawę z mlekiem, bez względu na to, czy zdarzy się gdzieś katastrofa kolejowa, czy umrze mi ktoś z rodziny. Ciągle będę mył zęby, siedział przy stole… To ciągle będę ja. Rozumiesz? Rozumiesz, jakim przeraźliwie monotonnym zwierzęciem się stanę? (…) Kto raz został wyrwany z życia i miał wystarczająco dużo czasu i spokoju, aby zadać sobie to jedno zasadnicze pytanie o jego sens – to jedno pytanie – pozostanie zatruty na zawsze… Oczywiście świat będzie istniał dalej, ale ktoś starł już gąbką z rzeczy ich znaczenie…[6]

Zagadkowa i pozbawiona sensu może wydawać się relacja Emanuela z Solange, byłą kuracjuszką mieszkającą w Berck. Ten związek, rozpoczęty miłością niemal od pierwszego wejrzenia, ulega erozji i czytelnik odbiera jego przerwanie jako kaprys chłopaka, znudzonego schadzkami z kobietą, doprowadzoną za sprawą rozłąki na skraj obłędu. Emanuel wie, że nie ma czasu do stracenia i chce przeżyć wszystko jak najszybciej i jak najintensywniej. Romans z Solange zaczyna się od błazenady – mężczyzna chce zwrócić na siebie uwagę za pomocą choroby, symulując ból. I właśnie znamiona symulacji będzie nosiła ta relacja przez cały czas jej trwania: „przykrą symulacją” będą erotyczne uniesienia w gipsowym gorsecie oraz miłosne rytuały, które staną się nieznośną rutyną. Emanuel zapragnie przeżyć tak prawdziwych
i intensywnych, że jeszcze przed rozpoczęciem i skonsumowaniem romansu z Solange zilustruje sobie w wyobraźni cały ich związek:

Paraliżowała go zwłaszcza wyrazistość własnej wyobraźni: w myślach widział już ich dawno skonsumowaną sielankę, śledził dokładnie ich miłosne zachowania, które jeszcze nie miały miejsca, przypomniał sobie nagle rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły, żywe sceny, odwracające gwałtownie jego uwagę i spowijające atmosferę teraźniejszości w spokój zdarzeń dawno minionych… [7]

Chłopak musi poddać się pragnieniu intensywności i odegrać swoje życie jak najpełniej, w jak najkrótszym czasie, aby wytrwać w „świecie zbudowanym ze szmat i waty” – w nowej rzeczywistości, w której życie naznaczone okrucieństwem to paradoks, polegający na „istnieniu, a jednak byciu nie w pełni żywym”. O tym między innymi traktuje całe pisarstwo Blechera – o pragnieniu ekstazy, transcendencji, bycia „poza sobą”. W ten sposób Emanuel porywa się na znieczulenie, odżegnuje od siebie groźbę śmierci i dokuczliwego przez chorobę konania. Jak powiada Milan Kundera: „Człowiek pożąda wieczności, lecz może mieć tylko jej namiastkę: chwilę ekstazy”[8].

Wspomniałem, że oprócz Emanuela i Solange, czytelnik poznaje całą plejadę postaci, równie barwnych i być może ważniejszych oraz ciekawszych niż para kochanków. Mamy tutaj wzmiankowanego kuracjusza Ernesta, nowo poznanego przyjaciela Emanuela, który raczy nas od czasu do czasu filozoficznymi przemyśleniami. Jest i temperamentny Argentyńczyk Tonio, piękna Polka pani Wandeska, niepozbawiony chęci życia ironista Quitonce, cierpiąca na egzotyczną chorobę Isa. Kto wie, czy to nie Isa jest tutaj najistotniejszą bohaterką, gdyż to jej cierpienie i choroba wstrząsają Emanuelem, to jej losem młodzieniec zdaje się przejmować najbardziej. Dziewczyna wypowiada słowa, które po części ujawniają koncepcję powieściową Blechera  i pojmowanie przez niego życia w chorobie:

Wiesz, co to jest w medycynie „zabliźniona tkanka”? To ta sina i pomarszczona skóra, która tworzy się na zagojonej ranie. To prawie normalna skóra, tyle że niewrażliwa na zimno, na ciepło i na dotyk… (…) Widzisz, serca nas, chorych, tyle już otrzymały w życiu ciosów nożem, że stały się taką właśnie zabliźnioną tkanką… Niewrażliwą na zimno… na ciepło… i na ból… Niewrażliwą, siną i stwardniałą…[9]

Ciekawą panoramę postaci i ich postaw autor funduje czytelnikowi w niezwykle wymownej scenie wieczorku towarzyskiego, który odbywa się potajemnie w pokoju Ernesta. Kuracjusze, w większości unieruchomieni w pozycji horyzontalnej
i poruszający się na wózkach, upijają się, uprawiają pokątne miłostki, śpiewają, urządzają absurdalne zakłady, słowem: starają się żyć „normalnie”, nadać swojemu życiu jakąś istotność. Emanuelowi-obserwatorowi scenki rodzajowe z życia sanatoryjnego jawią się jako kiepski teatrzyk, „śmiesznie fałszywa” i „bezsensowna inscenizacja”. Po raz kolejny nasuwa się kwestia sztuczności, teatralizacji rzeczywistości oraz ludzkich działań. Mimo wszystko, samooszukiwanie się stanowi jedną z nielicznych strategii walki z chorobą i cierpieniem (taką strategię w końcu obierze także Isa). Zachowanie pozorów nadaje resztki sensu absurdalnym okolicznościom, w których człowiek nie może funkcjonować tak, jak przed popadnięciem w chorobę, i nie jest nawet zdolny używać części swojego ciała zgodnie z ich przeznaczeniem. Być może tylko w ten sposób bohaterowie powieści Blechera są w stanie oddalić od siebie wizję całkowitego zabliźnienia swych serc.

Kolejną godną wyróżnienia postacią jest także Quitonce, „profesjonalista” w chorowaniu. Jego wywód o bohaterstwie i ironiczna postawa, mająca w sobie jednocześnie dozę osobliwego stoicyzmu, wyróżniają go na tle większości pacjentów Berck. Dla Quitonce’a choroba jest już stanem naturalnym, niezmiennym i nie mającym w sobie krzty heroizmu. „Pajac”, konwulsyjnie rzucający na boki chore nogi, umrze w spazmach histerycznego śmiechu – jakże dosadna scena. Śmierć i pogrzeb Quitonce’a, jednego z niewielu kuracjuszy, z którym Emanuel nawiązał nieco bliższe relacje, to kolejne zdarzenia, które poruszą bohatera.

W przypadku Zabliźnionych serc sensownym wydaje się nawiązanie do Kierkegaarda – nie tylko dlatego, że autor przywołuje słowa duńskiego filozofa w powieściowym motto. Zmagania Emanuela i innych kuracjuszy ze swoimi chorobami i nieuchronną śmiercią, uświadomienie sobie własnej skończoności i strategie radzenia sobie z nią: to wszystko może zostać odczytane przez pryzmat egzystencjalnej filozofii Duńczyka. Czyż wszyscy nie jesteśmy, po kierkegaardowsku, chorzy na śmierć? Czy śmierć jest doświadczeniem, które należy egzystencjalnie antycypować, czy może nikt nie jest w stanie jej doświadczyć i pojąć w ogóle – pyta Kierkegaard[10] i nad tym pytaniem zastanawia się Blecher.

Świadomość nicości i śmiertelności, choć nieznośna i dręcząca, umacnia człowieka. Max Blecher nie poddał się cierpieniu, co więcej, to cierpienie stało się asumptem do tworzenia, walki z samym sobą i rzeczywistością. Cierpienie jest człowiekowi do działania niezbędne, a rozpacz z nim związana, powtórzę za Szestowem, jest genezą myślenia filozoficznego[11]. Jest także genezą filozofii samego Blechera, „wielkiego cierpiącego” literatury środkowoeuropejskiej.

Max Blecher zmarł 31 maja 1938 roku, rok po ukazaniu się Zabliźnionych serc. Miał 29 lat.

Zatem nie jest koniecznie, byś poszedł z domu. Możesz pozostać sam, wewnątrz, unieruchomiony i zbolały, w gipsowym pancerzu, który będzie gnił od środka, podobnie jak zatrzaśnięte w nim ciało. Jeśli jesteś wrażliwy – przetrwasz, paradoksalnie. Dokładnie to zrobił Max Blecher: nie poddał się, uchwycił wijący się świat i przekuł chorobę, niepowodzenia, zły los w zwycięstwo.

Błażej Szymankiewicz

(Tytuł eseju to melanż tytułów trzech utworów, wliczających się w krąg literatury „sanatoryjnej”: Czarodziejskiej Góry, Sanatorium pod Klepsydrą oraz Vizuina luminată: Jurnal de sanatoriu (Rozświetlona nora) – sanatoryjnych zapisków Maxa Blechera)

Zobacz także:


[1] M. Blecher, Zabliźnione serca, tłum. T. Klimkowski, Warszawa 2014, s. 15.

[2] M. Blecher, op. cit., s. 31

[3] Ibidem, s. 46.

[4] Zob. H. Bereza, Oksymoroniczność, w: T. Bernhard, Autobiografie, tłum. S. Lisiecka, Kraków 1998.

[5] M. Blecher, op. cit, s. 79.

[6] Ibidem, s. 121.

[7] Ibidem, s. 93.

[8] M. Kundera, Zdradzone testamenty. Esej, tłum. M. Bieńczyk, Warszawa 2003, s. 80.

[9] M. Blecher, op. cit., s. 127.

[10] Zob. J. A. Prokopski, Śmierć jako misterium ludzkiej skończoności, w: idem, Egzystencja i tragizm. Dialektyka ludzkiej skończoności, Kęty 2007.

[11] L. Szestow, Kierkegaard i filozofia egzystencjalna, tłum. J. A. Prokopski, Kęty 2003, s. 45.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *