
Spytajcie znajomych, czy znają zespół The Swell Season. Prawdopodobnie większość odpowie, że w życiu nie spotkali się z grupą o takiej nazwie. Wystarczy jednak, że puścicie Falling Slowly, a możecie być pewni – wielu z nich wykrzyknie: „To ta piosenka z filmu Once!”.
Istotnie, właśnie owa niskobudżetowa irlandzka produkcja przyniosła liderom projektu – Glennowi Hansardowi i Markecie Irglovej – międzynarodową sławę. Muzycy zagrali w filmie główne role i skomponowali do niego wzruszającą ścieżkę dźwiękową, na której znalazła się między innymi wspomniana kompozycja Falling Slowly, nagrodzona zresztą w 2007 roku Oscarem dla najlepszej piosenki. Zespół koncertował często w Czechach i na Słowacji, ale, nie wiedzieć czemu, do tej pory podczas swoich tras omijał Polskę. Nic więc dziwnego, że informacja o dwóch występach w naszym kraju spotkała się z wielką radością fanów – tych znających Hansarda i Irglovą z Once i tych, którzy – jak ja – cenią ich przede wszystkim za dwa tradycyjne albumy. O koncertach formacji i zachowaniu Glenna na scenie krążą prawdziwe legendy, więc moje oczekiwania przed październikowym wieczorem w warszawskim klubie Stodoła były naprawdę wysokie. Na szczęście nie zawiodłem się – grupa zaprezentowała się po prostu fenomenalnie.
Jako support przed The Swell Sweason wystąpił całkiem sympatyczny słowacki duet Longital. Muzycy ujęli publiczność próbami mówienia po polsku i bezpretensjonalnymi żartami, ale, niestety, nieco gorzej było z muzyką. Przypominający Czesława Mozila gitarzysta i pozująca momentami na Joannę Newsom (sic!) wokalistka zaprezentowali zdradzające spory potencjał kompozycje, które w niezrozumiały sposób psuli, starając się nadać niezłym folkowym melodiom eksperymentalny posmak. Na szczęście skończyli dość szybko i na gwiazdy wieczoru nie trzeba było długo czekać: po chwili na scenę weszli Glenn Hansard, Marketa Irglová i towarzyszący im muzycy – przede wszystkim członkowie dawnej kapeli Glenna, The Frames.
Zaczęli mocno – od Feeling The Pull, które wręcz wbijało w ziemię. Już ten numer pokazał, że Glenn Hansard ma głos jak dzwon i niespotykaną charyzmę. Następny utwór był ukłonem w stronę warszawskiej publiczności – posiadający polskie korzenie gitarzysta grupy, Rob Bochnik, porywająco wykonał Piosenkę o mojej Warszawie Mieczysława Fogga, za co zachwyceni widzowie nagrodzili go wielkimi brawami. Kolejne piosenki to przede wszystkim piękne kompozycje z albumu Strict Joy – na przykład wzruszające Low Rising i In These Arms – ale w dalszej części koncertu zaczęły się pojawiać również starsze numery, między innymi te znane z soundtracku do Once, a także covery Vana Morrisona i The Frames. Nie mogło oczywiście zabraknąć oscarowego Falling Slowly, podczas którego oczy większości znajdujących się na widowni osób zapewne wypełniły się łzami.
Co tu dużo mówić – koncert był po prostu fenomenalny i jeszcze długo po jego zakończeniu od uśmiechania się bolała mnie cała twarz. Uwierzcie, naprawdę nie sposób się nie uśmiechać, gdy Hansard śpiewa, gra na gitarze aż do zerwania strun, tańczy i zawadiacko puszcza oko. Muzycy przeplatali ze sobą piosenki w różnych nastrojach, wymieniali się instrumentami, na zmianę zajmowali centralne miejsce na scenie, a wszystko to było okraszone sympatycznymi rozmowami z publicznością. Mogliśmy się na przykład dowiedzieć, że w latach dziewięćdziesiątych Marketa nie znosiła odbieranej i w Czechach telewizji Polsat, ponieważ denerwował ją polski lektor. Fantastycznym pomysłem było też zaangażowanie widzów w śpiewanie – podczas dwóch utworów, instruowani przez Hansarda, towarzyszyli oni zespołowi jako chórki. Całość wypadła niezwykle naturalnie i wydaje mi się, że – oczywiście poza perfekcją wykonania i pięknem samej muzyki – to właśnie owa bezpretensjonalność sprawiła, że wraz z innymi tak świetnie bawiłem się podczas koncertu The Swell Season.
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Po kapitalnym, czterdziestominutowym (!!!) bisie (podczas którego zespół wykonał między innymi prześmieszną piosenkę o diabelskim mieście i wampirach), niemal dwuipółgodzinny występ The Swell Season dobiegł końca. Wzruszeni muzycy, żegnani owacją na stojąco, z pewnością zapamiętają polską publiczność na długo. Ja z kolei jestem pewien, że ten fantastyczny, pełen ciepła i piękna występ zajmie bardzo wysokie miejsce w moim koncertowym podsumowaniu roku. Pamiętajcie: jeśli Hansard, Irglová i ich przyjaciele znowu pojawią się w Polsce, to nie wahajcie się ani chwili i jak najszybciej kupujcie bilety!
Maciej Skowera
foto: YGX / flickr.com
Na muzykę można natknąć się wszędzie. Przeklęta przez polemizujących z klasykami harmonia (na której – chcąc nie chcąc – muzyka niezaprzeczalnie się opiera), utożsamiana przez starożytnych z pięknem, współtworzy strukturę wielogłosowego dzieła muzycznego. Wiąże się przy tym ściśle z egzotycznie brzmiącym współbrzmieniem.
Biały kwadrat, dwa niestarannie narysowane flamastrem psy (a może lisy). Uśmiechnięte błogo „usta” lewego, większego zwierzęcia, stają się zarazem okiem mniejszego. Po paru sekundach zauważamy, że ich ręce, na pozór splecione ze sobą w uścisku, są w zasadzie zrośnięte – że rysunek nie ma sensu, że postacie zamierają na ilustracji uchwycone w tanecznej pozie, że dryfują w kontekstualnej próżni dookoła. Że całość wygląda właściwie jak bazgroł z zeszytu.
Świetna recenzja. Tak to właśnie pamiętam!
To był magiczny wieczór, taki jakiego długo się nie zapomina :-)
Myślę, że jeżeli ktoś trafił na tamten koncert przypadkiem, to na pewno teraz już się z „The Swell Season” nie rozstaje. :-)