Czy więcej sensu ma lot na Marsa?

Zdjęcie: Natalia Rajszys

„Jest bardzo dużo przyrodopisarstwa, które jest teraz modne i popularne, i które de facto bardzo przedmiotowo podchodzi do obiektu, jakim jest pozaludzkie życie. Pojawia się duże ryzyko bezrefleksyjnego antropocentryzmu. Nie wiem, czy antropocentryzm w ogóle można zlikwidować, kiedy jest się człowiekiem”.

Z prof. Julią Fiedorczuk – ekokrytyczką, pisarką i poetką, autorką m. in. powieści Pod słońcem – rozmawia Zuzanna Dziedzic.

Czym jest ekokrytyka?

Ekokrytyka to przede wszystkim nurt w literaturoznawstwie, ale też szerzej w badaniach nad kulturą, który najogólniej rzecz biorąc, wysuwa na pierwszy plan kwestie relacji pomiędzy ludźmi a pozaludzkimi środowiskami, w których funkcjonujemy. Czyli między ludźmi a tak zwaną „naturą”. Zawsze mówię „tak zwaną »naturą«”, używam cudzysłowu, bo z punktu widzenia ekokrytyki to pojęcie natury jest trochę problematyczne, ale może do tego dojdziemy później. Ekokrytyka to po prostu analiza dyskursu, czyli sposób badania tekstów literackich i innych tekstów kultury. Przygląda się naszym sposobom wyobrażania sobie tego, kim jesteśmy w relacji do innych istot i w relacji do Ziemi, czym jest kultura, czym jest język, w jaki sposób wyobrażamy sobie inne istoty. To pewien sposób interpretowania rozmaitych tekstów z założeniem, że właściwie wszystkie teksty coś nam mówią o tej relacji pomiędzy ludzkim a nieludzkim. Nawet jeżeli istnieją teksty, które ten temat starają się pomijać, to w tym pominięciu też zawiera się komunikat, na przykład jakieś wyparcie. To jest punkt wyjścia. Oczywiście trudno zajmować się w tym momencie takim rodzajem krytyki literackiej czy też kulturowej bez jakiegoś większego zaangażowania. Większość ekokrytyków to ludzie, którzy uprawiają badania w sposób zaangażowany. Oprócz punktu wyjścia istnieje pewien punkt dojścia: przemiana naszych relacji z pozaludzkim światem.

Jak Pani doszła do zainteresowania ekokrytyką?

W życiu zawodowym zajmuję się literaturą amerykańską i wykładam ją, przede wszystkim poezję, na Uniwersytecie Warszawskim, w Instytucie Amerykanistyki. Trafiłam dzięki temu na ekokrytykę, która narodziła się w latach dziewięćdziesiątych w obszarze literaturoznawstwa i literatury anglojęzycznej w Wielkiej Brytanii i w Stanach. To zresztą pewien problem ekokrytyki: jest bardzo zachodniocentryczna i angielskojęzyczna. Ekokrytycy są tego świadomi. Teraz pojawiają się próby włączania innych perspektyw: pozaeuropejskich, pozaamerykańskich, z innych języków czy z rdzennych kultur. Ale to się dzieje dopiero od niedawna. Początkowo to angielski romantyzm czy amerykańskie przyrodopisarstwo były na topie, jeśli chodzi o zainteresowanie ekokrytyków. Trafiłam więc na ekokrytykę jako ciekawą przestrzeń badań w moim życiu zawodowym i to mi się wydało zupełnie wspaniałym odkryciem też ze względu na to, że w swoim własnym pisaniu i myśleniu tak naprawdę zawsze bardzo się interesowałam relacją między materialnością a znaczeniem, między cielesnością a sensem. Odkąd cokolwiek pisałam, nad czymkolwiek się zastanawiałam, istniała dla mnie kwestia eksplorowania materialności naszego istnienia, doświadczenia ludzkiego, jego zmysłowości i zakorzenienia w Ziemi. Bo wszyscy mieszkamy na tej planecie, jakkolwiek ona nie byłaby przez antropocen przekształcona. Ziemia to było coś, co zupełnie od początku intuicyjnie wychodziło u mnie na pierwszy plan. Kiedy natrafiłam na ekokrytykę, zajęcie się akademicko akurat tą dyscypliną było po prostu logiczną konsekwencją tego, co i tak chciałam robić z punktu widzenia moich prywatnych obsesji. Nie było tak, że trafiłam na jakąś teorię i zaczęłam od niej.

Zastanawiało mnie właśnie, co było pierwsze? Warsztat badaczki czy warsztat twórczyni?

Wydaje mi się, kłopotem, który dotyczy dzisiaj części twórców, jest to, że twórczość jest podporządkowana projektowi. Czyli najpierw ma się jakieś założenia teoretyczne, a dopiero pod to się pisze czy tworzy sztukę wizualną. To nie zawsze daje ciekawe rezultaty.

Czyli tutaj jednak warsztat twórczyni był pierwszy niż warsztat badaczki? A jak one wzajemnie na siebie wpływają? Jak Pani twórczość nienaukowa się zmieniała? Nawet jeśli była wcześniejsza wobec teorii, trudno oczekiwać, żeby pozostała taka sama, kiedy już zyskała Pani perspektywę teoretyczną?

Może stałam się bardziej świadoma zagrożeń związanych z próbą włączania innych istot czy włączania nieludzkiego w obręb własnej twórczości? W tym przypadku zawsze istnieje ryzyko postawy trochę kolonizatorskiej. Zresztą zawsze istnieje taka możliwość, jest bardzo dużo przyrodopisarstwa, które jest teraz modne i popularne, i które de facto bardzo przedmiotowo podchodzi do obiektu, jakim jest pozaludzkie życie. Pojawia się duże ryzyko bezrefleksyjnego antropocentryzmu. Nie wiem, czy antropocentryzm w ogóle można zlikwidować, kiedy jest się człowiekiem. To pewnie niemożliwe. Ale myślę, że zyskałam większą świadomość kwestii związanych z szeroko rozumianą politycznością takiego pisania. Przeważnie nie używamy pojęcia polityczności, kiedy mówimy o pozaludzkich istotach, ale z perspektywy ekokrytyki to jest błąd! Należy tak przedefiniować polityczność, żeby ona też włączała w obręb swoich operacji pozaludzki, więcej niż ludzki świat. Badania związane z ekokrytyką dały mi większą świadomość newralgicznych z punktu widzenia tej polityczności sytuacji, w które się można zapędzić  czasami w dobrej wierze, kiedy się próbuje pisać w czyimś imieniu albo kiedy próbuje się dać komuś głos. Trzeba bardzo uważać, gdy robi się takie rzeczy.

Wydaje mi się też, że czasami humaniści mają pokusę do posługiwania się pojęciami naukowymi, których nie do końca rozumieją, i tego też trzeba się wystrzegać. Jeżeli już się posługujemy wiedzą z zakresu nauk ścisłych, to trzeba dokładnie wiedzieć, kiedy rzeczywiście używamy tej wiedzy w taki sposób, w jaki ona funkcjonuje w obrębie dyskursu swojej nauki, a w jakim stopniu używamy jej jako metafory. U humanistów czy filozofów występuje wielka skłonność do brania czegoś z nauki i metaforyzowania, na przykład pojęć z fizyki. Czasami rezultaty są dosyć kłopotliwe. Na pewno z biegiem czasu stałam się też bardziej świadoma ryzyka pewnego narcyzmu. Ludzki narcyzm jest ogromny i nawet kiedy się mówi o miłości do tak zwanej „natury”, jest go w tym mnóstwo. I projektowania własnych potrzeb, wyobrażeń czy fantazji na tak zwaną „naturę”, która tak czy inaczej jest jakimś konstruktem jako „natura”, jakiś metafizyczny konglomerat.

W ekokrytyce próbuje się bardziej upodmiotowić naturę, prawda? W jaki sposób to jest możliwe? Jak można to zrobić w kulturze mającej wręcz tysiąclecia tradycji, według której człowiek jest panem natury? Choćby w Biblii?

Tak jest w kulturze judeochrześcijańskiej czy też eurocentrycznej, bo w innych kulturach  niekoniecznie. Jednym ze sposobów na zmianę jest właśnie rozszczelnianie tej perspektywy czy też poszerzanie jej o inne perspektywy kulturowe, nieeuropejskie. Ale tutaj istnieje ryzyko sentymentalnego idealizowania wspaniałego Indianina… Trzeba uważać też na to. Jestem zdania, że można się dużo nauczyć z innych języków. Pojawił się też na przykład taki nurt, który się nazywa etnobotanika, ale są też inne nurty, starające się badać takie rodzaje wiedzy czy mądrości, jakie zostały przechowane przez różne języki i kultury, które  choćby nawet w niewielkim stopniu  przetrwały w czasach późnego kapitalizmu i globalizacji. Ale jednak gdzieś przetrwały i mądrość, którą przechowały, możemy pożenić z nowoczesnością, z wiedzą naukową, i się od nich uczyć. Nie pamiętam, który pisarz amerykański ostatnio powiedział zdanie, które mocno zapadło mi w pamięć [chodzi o poetę Johna Curla – przyp. red.]. Powiedział: „We must become indigenous again”. Oczywiście nie chodzi o to, że wracamy do lasu i będziemy z powrotem mieszkali na przełazach. Po pierwsze, to byłoby głupie. Po drugie, byłoby bardzo niszczące dla resztek dzikiej przyrody, które jeszcze istnieją. Chodzi tu raczej o odzyskanie poczucia, że rzeczywiście mieszkamy na Ziemi, a nie o życie w jakiejś mrzonce o technologicznej nieśmiertelności. Mieszkanie na Ziemi oznacza też cielesność i śmiertelność, na przekór technoutopiom, które mówią o możliwości przetransportowania się na twardy dysk i które podzielają wszystkie błędy zachodniej filozofii i teologii.

Wracając do Pani pytania o sposoby upodmiotawiania przyrody: oprócz sięgania do mądrości, która gdzieś istnieje, tylko była niszczona aktywnie przez kolonializm, trzeba sobie uświadomić, że samo pojęcie „natury” jest pewnego rodzaju konstrukcją, bo opiera się na binarnym podziale na naturę i kulturę, według którego te dwie przestrzenie są monolitami. Natura nie jest żadnym monolitem. To nie jest jedna przestrzeń. Weźmy przykład: teraz mieszkam sobie w kulturze jako człowiek, a jak chcę przenieść się do tej drugiej przestrzeni, to jadę w jakieś inne, „naturalne” miejsce – na wieś. To bardzo dziwna narracja, nieciekawa, i nie potrzebujemy takiego wyobrażenia w tej chwili. Oczywiście w obszarze tego, co zwykle się określa jako naturę, mamy własną fizjologię, własne ciało, uformowane przez tę planetę, jej grawitację. Czy grawitacja to natura, czy nie? Raczej tak, prawda? Budowa ciała jest zdeterminowana przez warunki życia panujące na tej planecie. Warunki życia panujące na Ziemi to kwestia bardzo złożonej sytuacji fizycznej i chemicznej. Mikroorganizmy, które tworzą warunki życia dla tak zwanych wielkich organizmów, to bardzo ważna część natury, którą rzadko się kocha. A tak naprawdę zniszczenie jakiegoś mikroorganizmu może mieć bardziej dramatyczne konsekwencje dla życia na Ziemi niż wybicie jakiegoś wspaniałego gatunku, nad którym łatwiej nam lamentować. Bo tak po prostu działa ludzka miłość. Na rzecz zmiany myślenia może wpłynąć uświadomienie sobie, że nie ma monolitu natury, który byłby czymś oddzielnym od kultury, dlatego że nasza kultura jest absolutnie zakorzeniona w tak zwanej „naturze” i że ta „natura” to bardzo złożony, dynamiczny system procesów i zjawisk wzajemnie na siebie wpływających, w ramach którego występują też działania, które należy uznać za sensotwórcze.

Ludziom się zawsze wydawało, że tylko my tworzymy sensy. Długo się mówiło, że tylko my mamy języki. Dziś wiadomo, że to nieprawda. Wiemy o istotach podobnych do nas, takich jak delfiny czy naczelne, że one też się porozumiewają, ale ta komunikacja naprawdę zachodzi na wszystkich poziomach, tylko nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć te języki czy je w ogóle wyłapać. Tak samo z tworzeniem sensów. To też nie jest ściśle ludzka aktywność. Uświadomienie sobie całej złożoności tego, co określamy jako „naturę”, jej aktywności, sprawczości (w tym sensotwórczej) to bardzo ważny krok. Prawdziwe otwarcie się na to bardzo zmienia perspektywę. Myślę, że głębokie uświadomienie sobie tego, jak złożone i niesamowite są zarówno procesy zachodzące na tej planecie, jak i życie innych istot, u przynajmniej części osób wywołuje jakiś rodzaj pokory i wycofania się z tej arogancji w postawę troski i poczucia odpowiedzialności czy współodpowiedzialności za los istot na Ziemi. Nawet nazywanie tego, jak bardzo instrumentalne jest nasze podejście do tak zwanej „natury”, przyjrzenie się językowi, który odzwierciedla to podejście do tak zwanych „zasobów”, z których rzekomo mamy prawo korzystać, też pomaga. Taką pracę wykonuję: przyglądanie się językowi, próba przepracowania metafor, które dziś są zupełnie nieadekwatne, próba zbudowania nowego języka. To projekt tak pilny, że po prostu konieczne jest działanie na najrozmaitszych przestrzeniach. Można to robić z perspektywy sztuki i ja to robię. Można szukać namysłu, duchowości, znam też prawników/prawniczki, które przyglądają się prawu. W Polsce, ale też w innych europejskich krajach, działa ruch Prawnicy dla Ziemi, który tę podmiotowość próbuje nadać prawnie innym istotom.. Są naukowcy i naukowczynie (to częściej są naukowczynie) na przykład Ula Zajączkowska, która wczoraj [29 sierpnia – przyp. red.] dostała Nagrodę Literacką Gdynię za Patyki, badyle. Ona jest jedną z osób, które uprawiając naukę, jednocześnie praktykują krytykę dyskursu naukowego poprzez wybijanie na pierwszy plan tej pokusy uprzedmiotowienia. W swoim pisarstwie próbuje pożenić perspektywę naukową z bardziej poetyckim podejściem, upodmiotawiającym rośliny, bo te istoty, z którymi ona pracuje.

Zajmuje się Pani przede wszystkim poezją. Dlaczego właśnie w poezji widzi Pani największy potencjał dla ekologicznego myślenia? Dlaczego nie w prozie, która jest łatwiej dostępna dla odbiorców i jest szerzej czytana?

Zależy, jak rozumieć potencjał. Jeżeli określimy go jako zasięg, czyli możliwość dotarcia do jak największej liczby ludzi, to największy potencjał będzie miała popkultura. I oprócz tego działalność wprost polityczna. Wyobrażam sobie demonstrowanie czy głoszenie jakichś haseł, które są potrzebne. Bardzo się cieszę, jeśli na poziomie popkultury coś się dzieje, lecz z nią jest taki problem, że ona niestety jest w silnym sojuszu z kapitalizmem. Możliwość wywrotowości zostaje przez to ograniczona. Na pewno wszystko, co dzieje się w obrębie popkultury, jest wartościowe, i wszystko, co dzieje się również w obrębie działalności politycznej, jest po prostu bardzo potrzebne, w ogóle nieodzowne. W prozie zaczęły się eksperymenty z opowiadactwem i wydaje mi się to bardzo ciekawe, też to robię. Natomiast poezja jest szczególnym rodzajem sztuki. Po części moje zainteresowanie nią wynika z tego, że sama ją uprawiam i z niej wyszłam. To był dla mnie punkt wejścia w literaturę. Poezja jest dosyć szczególnym przypadkiem właśnie dlatego, że nie ma takich ogromnych zasięgów. Miewa czasami. Zdarza się, że jakiś wiersz ma ogromny zasięg, ale to pracuje w innym rytmie, rzadko kiedy w świetle reflektorów. Paradoksalnie dlatego poezja jest bardziej wolna od zamówienia rynkowego czy konsumenckiego niż jakikolwiek inny rodzaj sztuki. Wolność, która wynika tego, że to jest niszowe działanie, pozwala eksperymentować. Można spojrzeć na poezję jako na bardzo ciekawe laboratorium języka, metafor i wyobrażeń, gdzie ludzie eksperymentują. To może się udać albo nie. Ale nieudane eksperymenty też są potrzebne, to też nauka, naukowcy o tym wiedzą. Ile trzeba postawić nieudanych pytań, ile trzeba zrobić podejść, zanim raz się coś uda? Myślę, że w tym sensie poezja jest trochę podobna do nauki.

Niekoniecznie mnie interesuje poezja mainstreamowa, która multiplikuje typ liryki mocno osadzonej w podmiocie lirycznym. Mnie interesuje poezja eksperymentalna. Ciekawi mnie, co ludzie robią z językiem, z podmiotowością, w jaki sposób poeci reagują na katastrofę planetarną, jak odczuwają wpływ tej katastrofy na możliwość twórczości poetyckiej w ogóle? W poezji wyjątkowo mocno czuć ten wpływ, dlatego że ona zawsze była zakorzeniona w tej tak zwanej „naturze”. Od tego się zaczęła. Wskazuje się na kilka źródeł poezji, ale te najstarsze wiersze czy pieśni były związane z rytuałem, który zakorzeniał ludzi w środowisku. Mamy w europejskiej tradycji poezję pastoralną, na przykład rzymską, czy całą poezję romantyczną. Teraz, w dwudziestym pierwszym wieku, nie da się w ogóle polegać na takich środkach, które wydawały się dane. Wydawało się, że pewne metafory zawsze będą miały sens, na przykład cykliczność pór roku jako metafora wiecznotrwałości. Teraz okazuje się, że nie. Nie można po prostu napisać wiersza o oceanie, bo za chwilę będzie więcej plastiku niż ryb w oceanie. Nie da się uprawiać klasycznych form poetyckich, bo one stały się lipne w obliczu tego, co zaszło z materialnym światem. W konsekwencji mnie ciekawi, w jaki sposób poezja samoświadomego antropocenu reaguje na ten zmiany.

Wiem, że to jest wielkie pytanie, ale mamy katastrofę klimatyczną. Co możemy z tym zrobić? Wiemy, że to jest nieuniknione, w najlepszym razie możemy mówić o zmianie klimatu, chociaż ja osobiście nie zgadzam się z tym określeniem, ale powiedzmy, że jest w nim ładunek optymizmu, którego w określeniu „katastrofa klimatyczna” zdecydowanie nie ma. Mamy nadchodzące… dziejące się w tej chwili wydarzenie, które zmienia wszystko. Co to może zrobić z naszym człowieczeństwem, z naszą kulturą, z tym, kim jesteśmy?

To jest ogromne pytanie. Myślę, że wielu teoretyków/wiele teoretyczek działających w różnych przestrzeniach i w różnych dyscyplinach, stara się na nie odpowiedzieć. Mówi się o konsekwencjach stricte ekonomiczno-materialnych: ludzie tracą możliwość mieszkania w jakimś miejscu, tracą możliwość dostępu do wody pitnej. Coraz częściej mówi się też o konsekwencjach emocjonalnych katastrofy klimatycznej. Czasami pojawia się pojęcie depresji klimatycznej, do którego nigdy nie miałam przekonania. Podobnym sceptycyzmem podzieliła się Magdalena Budziszewska, która jest psycholożką na Uniwersytecie Warszawskim i jest członkinią zespołu „Uniwersytet Warszawski dla klimatu”. Ona bada kwestie emocjonalnych skutków katastrofy klimatycznej, ale zajmuje się też nauką o klimacie i emocjami od tej drugiej strony. Bada to, co działa, co może pomóc. Wprost mówi, że pojęcie depresji klimatycznej jest nieadekwatne, bo depresja w psychiatrii jest jednostką chorobową, a poczucie lęku i rozpaczy w tym momencie to po prostu zdrowa reakcja na to, co się dzieje. Pojęcie depresji klimatycznej patologizuje to, co czują ci z nas, którzy są najprzytomniejsi. Lęk, złość, rozpacz i żałoba to są adekwatne reakcje na to, co się w tej chwili dzieje.

O każdym z tych aspektów można by rozmawiać bardzo długo: o tym, co się dzieje na poziomie naszych emocji, duchowości. Jestem głęboko przekonana, że gdy tracimy grunt pod nogami, jeśli chodzi o przewidywalność pór roku, gdy tracimy dzikość i oparcie w inności świata, który zawsze był niedostępny, tracimy fundamentalną część własnej duszy. Nasza kultura się zamienia w totalny narcyzm. Wszędzie spotykamy tylko samych siebie. I to jest straszne. Tracąc ten świat, tracimy siebie, to, co nadawało sensowność życiu na głębokim, afektywnym poziomie. Nie wiem, w jaki sposób się będzie, są różne przewidywania. Istnieje scenariusz optymistyczny, zgodnie z którym ludzie zaczynają rozumieć, że konsumpcja nie jest równoważna ze szczęściem, że wzrost ekonomiczny nie jest równoważny z dobrobytem, a w kryzysie zwracają się do siebie nawzajem i tworzą nowe formy solidarności i wsparcia. Takie rzeczy się dzieją. Myślę, że warto jest patrzeć na oddolne inicjatywy i lokalne fenomeny, bo one dają siłę. Ale jest drugi scenariusz, który mówi o załamaniu się systemu podtrzymującego prawa człowieka, i o takim barbaryzmie, kryzysie globalnym, humanitarnym, wynikającym z tego, że to, co bierzemy za jakieś niedyskutowalne prawa człowieka już nie ma racji bytu wobec przewagi siły. Niektórzy komentatorzy widzą pierwszy krok do takiego bardzo przykrego scenariusza we wzrastającej popularności ruchów populistycznych i faszystowskich lub nawiązujących do tej ideologii. Siła się stanie tym, co będzie organizowało życie społeczne bardziej niż prawa, do których tak się już przyzwyczailiśmy, że nawet nie pamiętamy, że je mamy. Naprawdę nie wiadomo, co będzie. Nauka o klimacie jest bardziej złożona niż nam się to wydaje, i dlatego nikt nie wie, jak będzie przebiegała katastrofa klimatyczna, oprócz tego, że wiemy, że ona już trwa. Dla wielu ludzi jest rzeczywistością w tej chwili. Nam się może jeszcze wydawać, że to jest kwestia ciepłego lata czy okresowej suszy. Ale dla ludzi gdzie indziej na Ziemi to się już dzieje i będzie przyspieszało. Jak na razie to dzieje się szybciej niż przewidywały nawet najbardziej pesymistyczne prognozy. Tyle wiemy na pewno, to jest nauka. To nie jest pogląd. To nie jest coś, w co ktoś może wierzyć, a ktoś  nie. To jest tak samo rzeczywiste jak istnienie bakterii. Nikt tak naprawdę nie wie do końca, jakie będą konsekwencje życiowe, ekonomiczne, zdrowotne, psychologiczne, duchowe i społeczne dla nas.

Co robić? Pani zapytała też o to. Odpowiedź od ludzi, którzy zajmują się nauką o klimacie, jest jasna: wszystko, co w naszej mocy. Potrzebne są działania w absolutnie każdej przestrzeni. I tutaj zawsze pojawia się ta debilna rozmowa, przepraszam, że tak mówię, ale ona mnie strasznie irytuje: „Czy indywidualne działania, czy systemowe działania?”. Już nie mogę tego słuchać. To narcystyczne zapętlenie własnego dyskursu! Wiadomo, że jedno i drugie, wiadomo, że bez zmian systemowych nie złagodzi się skutków katastrofy klimatycznej. Tylko że te działania systemowe nie mają szansy się pojawić, jeżeli nie będziemy też walczyć na poziomie indywidualnym, jeżeli nie będziemy wymuszać zmiany wszystkimi możliwymi sposobami: chodzeniem na demonstracje, domaganiem się działań od lokalnych polityków, głosowaniem, ale też głosowaniem pieniędzmi, czyli wyborami konsumenckimi. Te wszystkie rzeczy muszą się nakładać na siebie. Marcin Popkiewicz, który jest moim idolem, jeździ po całej Polsce i prowadzi szkolenia z zakresu nauki o klimacie. Robi niesamowite rzeczy, jeśli chodzi o edukację u podstaw, ale mówi też, że „to, co wy robicie w Szkole Ekopoetyki, jest po prostu wspaniałe”. Trzeba robić to i to. Każdy powinien działać tam, gdzie czuje największą sprawczość. Nie ma jednej recepty. Oczywiście zmiana prawa jest potrzebna, zmiana regulacji dotyczących plastiku i emisji, przechodzenie na odnawialne źródła energii, to wszystko jest ważne, ale ważna jest też zmiana nastawienia, języka i paradygmatu, który w ogóle określa naszą relację z pozaludzkim światem. Ważne jest przebudowanie naszych wyobrażeń na temat tego, czym jest dobre i spełnione ludzkie życie. Wszystko, co robimy, ma jakieś znaczenie, bo chodzi o to, co jest stawką: zmniejszenie cierpienia, które istnieje i będzie narastało. Jeżeli to jasno zobaczyć – mało kto to widzi, niestety!  to wtedy jest jasne, że każdy z nas może wiele zrobić. Tu nie chodzi o branie odpowiedzialności czy o poczucie winy, tylko o aktywne zaangażowanie się w to, co można zrobić.

Czyli to jest kwestia etyczna? Nie filozoficzna, metafizyczna, tylko przede wszystkim etyczna.

Dla mnie chyba tak, chociaż też praktyczna. Mam dziecko i dopóki będę w ogóle żyła i miała siłę cokolwiek robić i mówić,  będę wszystkimi dostępnymi mi sposobami walczyła o to, żeby moja córka miała świat, na którym może przeżyć swoje życie. I to jest kwestia i emocjonalna, i pragmatyczna też. Dla mnie ekologii i etyki nie da się rozdzielić, przynajmniej  ja nie potrafię. Ale też nie potrafię etyki wyrugować z fundamentów sensownego ludzkiego życia.

A co Pani sądzi o dark ecology? O myśleniu takich osób jak Timothy Morton i tezie, że jedyne, co nam pozostało, to trwanie przy umierającym świcie, że tylko tyle mamy i tylko tyle możemy zrobić?

To mi się wydaje troszeczkę melodramatyczne, w takim męskim stylu. Bardzo szanuję Timothy’ego Mortona, natomiast jestem sceptyczna wobec figur, które wydają mi się melodramatyczne, dlatego że melodramat zawsze jest narcystyczny czy egocentryczny. Może za dużo już tutaj powiedziałam, bo nie chcę przypisywać mu takich intencji, wiem, że są stuprocentowo czyste. Tyle że ta opowieść ma cechy melodramatyczne. Na pewno trwanie przy umierającym świecie jest czymś, co tak czy inaczej jest naszym udziałem w tej chwili. Znów pojawia się fundamentalny wybór, związany też głęboko z duchowością: na ile jesteśmy gotowi być obecni przy tym, a na ile będziemy mieć różne strategie ucieczkowe. Ale punktu widzenia mojej konstrukcji psychicznej te strategie są trudno dostępne. Kwestia opłakiwania i bycia przy tej stracie to bardzo ważny wymiar życia i twórczości teraz. Natomiast powiedzieć, że tylko to nam zostało, to trochę bezproduktywne. Na pewno nie tylko to. Została nam walka na wszystkich dostępnych nam frontach o to, żeby sobie nawzajem ulżyć, tak? Sobie, innym ludziom i innym istotom. Tak widzę sens ludzkiego życia.

Lawrence Buell napisał, że „kryzys ekologiczny to kryzys wyobraźni”. Czy mogłaby Pani to rozwinąć?

To jest dość prosta myśl. Buell sformułował ją na początku zwrotu ekokrytycznego w literaturoznawstwie amerykańskim. To jest punkt wyjścia dla ekokrytyki. Wypływa z obserwacji, że przecież to nie jest tak, że nie mamy technologii, nauki, możliwości przeciwdziałania. Kiedy on to pisał w latach dziewięćdziesiątych, wydawało się, że będzie można jakoś zapobiec tej katastrofie. Teraz już wiadomo, że nie. Ale nadal: skoro mamy te wszystkie techniczne możliwości, to dlaczego nic nie robimy? My musimy o tym rozmawiać. Pojawiło się totalne odklejenie od rzeczywistości, które jest kryzysem wyobraźni. Upatruję go w logice późnego kapitalizmu, korporacyjnego myślenia, które działa na wszystkich frontach, żeby z potencjalnie przytomnych istot zrobić konsumentów, którzy konsumują dwadzieścia cztery godziny na dobę i nie robią nic innego, a jednocześnie pracują na to, żeby móc tę niekończącą się konsumpcję podtrzymywać. Zrobienie luki, wyrwy w tym myśleniu, żeby rzeczywiście zobaczyć, jaki jest świat w jego kruchości i złożoności, to wielkie zadanie dla wszystkich, ale też właśnie dla poezji, literatury i sztuki. W tej przestrzeni próbujemy działać, wytrącać nas z tego otumanienia i po prostu uświadamiać nam, że jesteśmy Ziemianami/Ziemiankami, czy nam się to podoba, czy nie.

Chociaż Elonowi Muskowi wydaje się, że więcej sensu ma polecenie na Marsa i założenie tam kolonii.

To też jest dla mnie totalny kryzys wyobraźni, ale taki wręcz dziecinny. To przykład mówienia: „Tu się nam nie udało, ale w takim razie po śmierci pójdziemy do nieba”. To dziecinna – nie wiem, czy powinnam mówić dziecinna, bo to nie dzieci mają najgorszą wyobraźnię  to infantylna fantazja o tym, że można uciec od swojego śmietnika i po prostu zacząć się bawić gdzie indziej. Tak naprawdę, jeżeli mielibyśmy wyeksportować w kosmos te wartości, którymi późny kapitalizm się kieruje, to nie jestem pewna, czy warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *