Chybił trafił. „Wygrany” Wiesława Saniewskiego
"Wygrany" to film, na którego plakacie reklamowym powinno znaleźć się ostrzeżenie: Uwaga: dla widzów cierpliwych. Niewiele można poradzić na wyraźną słabość Saniewskiego do kumulowania wątków w leniwie rozwijających się fabułach.
Monstrualna parówka w kolorze magenty
Jak co roku, bardzo się obawiałem. Chociaż z każdą kolejną edycją Nowych Horyzontów coraz lepiej odczytuję tajny kod autorów katalogu, którzy w sformułowaniach w rodzaju „minimalistyczna opowieść o przemijaniu” czy „monotonna, ostentacyjnie powolna narracja” zawierają – chcę w to wierzyć – wyraźne przestrogi, to i tak zawsze trafiam na filmy, które nakręcono tylko po to chyba, by udowodnić, że się da.
Dla wytrwałych w wierze (w dobre kino)
Dawno, dawno temu, jeszcze w ubiegłym wieku, gdy byłam bardzo młoda i miałam mniej więcej trzynaście lat, postanowiliśmy z tatą i z dziadkiem, w drodze do Ostrowa Wielkopolskiego (rodzina), zahaczyć o sławetny Licheń. Dziadek – można się domyślić, dlaczego, tata – raczej z turystycznej ciekawości, ja – bo ważne, żeby być w drodze, nieistotne dokąd (już wtedy przejawiałam jakieś podświadome prokerouackie ciągoty).
Poznasz starzejącego się Allena
Woody Allen ma szczęście. Wszyscy go znają jako tego małego, przewrotnego nowojorczyka, który z wielkim uporem twierdzi, że jego ulubioną rozrywką jest oglądanie meczów w telewizji. Dzięki wyrachowanej nieporadności wykreował wizerunek uroczego safanduły. Dla swoich fanów przestał już być artystą, a stał się raczej symbolem pewnego stylu życia. Nie ma więc znaczenia, że od dawna nie nakręcił nic, co można by z czystym sumieniem nazwać świetnym.