Ze sztambucha Szumowskiej
W jednym z wywiadów z Małgośką Szumowską dziennikarka chyba przypadkiem trafia w punkt. „Czy to nie jest historia stara jak świat? — pyta. — Kiedyś to się nazywało: mieć utrzymankę”. Reżyserka odpowiada: „Tak, ale utrzymanki nie udzielały wywiadów”. I to właściwie starcza za recenzję.
„… a ciemność jej nie ogarnęła.” Rzecz o „Róży”
„Kiedy opadła groza pogasły reflektory / odkryliśmy że jesteśmy na śmietniku w bardzo dziwnych pozach”. Dziwną (a w każdym razie niespecjalnie normalną na co dzień) pozycją jest przykładowo leżenie płasko na szarej ziemi, tak że ma się piasek we włosach, a krzepnącą krew rozlaną po całym czole.
Musicie porozmawiać o Kevinie
Trzeba przyznać, że Lynne Ramsay, reżyserka filmu, nadała mu ciekawy tytuł. Ciekawy i sprytny. Oprócz nawiązania do stereotypowego „kodu rodzinnego” i nakreślenia problemu, jaki przyjdzie widzowi śledzić przez dobrze zagospodarowane 110 minut, robi coś jeszcze. Tytułem wykracza poza przestrzeń fabuły i zwraca się bezpośrednio do nas, włączając we wspólną sprawę.
Milcząca radość Syzyfa
Wojtek Smarzowski w Róży obnażył bez wątpienia najokropniejsze cechy ludzkiej natury. Wyciągnął na wierzch rządzące nami najpodlejsze instynkty. Rzucił Polakom w twarz ich największe wady, przypomniał o tym, o czym uporczywie próbujemy nie pamiętać. Ale poza tym bez męczącego patosu i bez dawania podstaw do bezsensownych dyskusji przedstawił bardzo optymistyczną i – o dziwo – wciąż wiarygodną wizję człowieka.